Stefan Pastuszewski - Graniczne obszary bez granic

Zbiór esejów Tadeusza Chrzanowskiego (1926–2006) pt. Kresy, czyli obszary tęsknot to nasycone pozytywną emocją, gęste od szczegółów, ale nacelowane jednak na wychwycenie istoty, opowieści o wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej, lecz nie w kategoriach militarno-politycznych, tylko narodowo-kulturowych. Autor, choć nie omija polityczno-ekonomicznych waśni, to jednak skupia się na opisaniu i zrozumieniu wspólnoty doświadczeń, wywiedzionych z ogromnych, niekończących się, samych wręcz będących końcem (Samuel Bogumił Linde: Kres to zaznaczone granice, naznaczony koniec, cel) Kresów. Doświadczenia te utrwaliły się w architekturze, malarstwie literaturze, a nade wszystko światopoglądzie i mentalności mieszkających tam ludzi.
Mimo okrutnie kończących się swarów (najnowszy to rzeź na Wołyniu) ludzie ci są na co dzień bardzo tolerancyjni, bowiem z racji tego niezwykłego tygla kultur, nacji i religii tak krzyżówkowo zróżnicowani, że gdyby ulegli odwiecznej skłonności do narzucaniu światu swojego formatu, to kłóciliby się dzień w dzień.
To głównie Kresów dotyczy interesujący wywód T. Chrzanowskiego, że nie istnieją granice politycznie sprawiedliwe i zadowalające wszystkich, cechą ich bowiem jest to, że najczęściej przebiegają przez obszary, na których rozmaite formacje etniczne wzajemnie się przenikają. Narody mają na swych obrzeżach bardzo często strukturę plazmy, która miękko wlewa się na obszary dotychczas przez nią nie wypełnione i natrafiając tam na inne plazmy, albo się z nimi łączy, ale kształtuje się w skomplikowany układ enklaw, diaspor i kolonii (s.8). Autor nie kwestionuje granic politycznych, uznając je za konieczne dla sprawnego funkcjonowania państw, lecz anty-endecko apeluje o stworzenie warunków do maksymalnie możliwych autonomii: kulturalnych, narodowych i religijnych. Gdyby nie endecka doktryna polonizacji administracyjnie prowadzonej asymilacji w II Rzeczypospolitej to kto wie, czy nie doszłoby wcale do rzezi na Wołyniu i antypolsko nastawionych, kolaborujących z Niemcami struktur samorządowych w okresie II wojny światowej na Białorusi, Litwie, Łotwie, Ukrainie i w Estonii.
T. Chrzanowski w swej niezwykłej erudycji posiada raczej rzadką zdolność docierania do istoty rzeczy. Dla niektórych są to imponderabilia, sprawy drobne, nieokreślone, ale w istocie to one o istocie stanowią. Tak na przykład precyzuje się klimat duchowo-psychiczny Kresów, ściśle związany z ich warunkami geograficzno-przyrodniczymi: Na tych ziemiach raz po raz niósł się wicher romantycznych nastrojów, nostalgiczno-melancholijnych zadum (…). Tęsknica pospołu z dzikim pragnieniem czegoś niezupełnie określonego wiała przez stepowe przestrzenie, nie napotykając żadnych przeszkód, co najwyżej kępę drzew czy kępę bodiaków, a załamując się nad jeziorami rzek i potoków (s. 7).
Zbiór esejów wyodrębnia Kresy południowo-wschodnie, Lwów oczywiście, Podole i Wołyń, ale też Białoruś, Litwę, Wilno oraz Kowno–Inflanty Polskie.
Krótka historia naszej obecności na Inflantach (s.161–162) rozpoczyna się niestety od ahistorycznego stwierdzenia, że w wojny inflanckie zostaliśmy wciągnięci przez Litwę.
To prawda, że panowie litewscy poszukiwali nowych ziem i chcieli kontrolować handel Dźwiną, ale te królewiacy, głównie mazowszanie też pragnęli rozładować swoje problemy sukcesyjne i to przede wszystkim oni stali się beneficjentami traktatów w Wilnie i Pozwolu.
T. Chrzanowski używa błędnego określenia bałtycki zamiast bałtyjski w przypadku narodów litewskiego i łotewskiego.
O Kurlandii nie pisze jako o księstwie lennym, sugerując tym samym jej integralny związek z Rzeczypospolitą, zaś Rygę przypisuje Rosji od 1558 roku, podczas gdy była ona 60 lat polska, a potem szwedzka aż do 1710 roku („Świat Inflant” 2011, nr 9, s 4–7).
T. Chrzanowski jest pisarzem ogółu, lecz nie szczegółu. Zbyt często się myli. Świetny, późnobarokowy kościół jezuicki pw. św. Franciszka Ksawerego na północnej pierzei kowieńskiego rynku kwalifikuje jako drewniany (s.195). Głosi dość ryzykowną tezę (s.196), o przejęciu dachów naczółkowych przez budowniczych litewskich z Prus Wschodnich (Nadpregola!), podczas gdy było to osiągniecie baroku europejskiego, w którym litewski mieścił się w całości (kościół pw. Bożego Ciała w Nieświeżu wybudowano jako jeden z pierwszych na rzymskim wzorcu). Kalwarię Wileńską lokuje pod Wilnem (s.199), podczas gdy już od dziesiątków lat wchodzi ona integralnie w skład organizmu miejskiego. Łatgalska Liksna ma u T. Chrzanowskiego rodzaj męski (s.208).
Nie, nie wytykajmy już dalej błędów rzeczowych, bo T. Chrzanowski świetny jest jako przewodnik po przebogatym królestwie sztuki litewsko–inflanckiej oraz owym geniusz loci tych ziem.
Specyfikę baroku wileńskiego sprowadza bardzo trafnie do smukłości, malowniczości i graficzności (s.185), zwraca uwagę  (s.198) na niezwykłą popularność Piety w ludowej sztuce litewskiej (pomnik poległych w walce z wojskami sowieckiego OMON-u w 1990 roku w Wilnie na cmentarzu wojskowym na Antokolu też ma w centrum Pietę). Genius loci szeroko pojętych Inflant to obszar wprawdzie nie nadmiernie obfitujący w dobrodziejstwa naturalne, ale za to obdarowany szczodrze niematerialnymi darami. A przede wszystkim talentami tych, którzy się tu rodzili (s.210). To też szczególne zamiłowanie do świata mitów i symboli, ornamentów znaczących i symboli niemych, ale frapujących (s.217). Rzeczywiście, powinnyśmy być kresowiakom wdzięcznymi, że dali nam wyborne talenty, że otwarli przed nami świat różnorodnych romantyzmów, to znaczy nauczyli postrzegania otaczającego nas świata nie tylko w jego materialnym kształcie, ale w zaciszu ogrodów, mitów i symboli, ozdobności i niezwykłości, w owej mistycznej atmosferze lęku i radości, jakie zawsze towarzyszą spotkaniom z nieznanym i nieprzeczuwalnym (s.220).
Choć Inflantom nasz utalentowany eseista nie poświęca zbyt wiele miejsca, to jednak Białoruś zdaje się być przez niego wyróżniona. 42 strony migotliwej, sięgającej po istotę rzeczy, gawędy pisanej z wyrzutami sumienia, bowiem Białorusinom w ich narodowych aspiracjach nie bardzo pomagaliśmy, gdy do niepodległości budziły się zniewolone przedtem kraje Europy Środkowowschodniej. Traktowaliśmy ich jako sympatyczny rezerwat folklorystyczny, choć oni wcale znów tak bardzo sympatyczni nie byli, ale za to mieli swoje własne marzenia i nadzieje (s.105).

Tadeusz Chrzanowski: Kresy czyli obszary tęsknot, Kraków 2009, Wydawnictwo Literackie, ss.240

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora