Grzegorz Grabowski - Iwieniec i reszta

Dom Polski w Iwieńcu zarządzany przez Bogusławę Sobol od dłuższego czasu nie spełniał roli organizatora życia kulturalno–oświatowego, lecz był warowną twierdzą określonej, antyprezydenckiej opcji politycznej. Wstęp do niego mieli jedynie nasi, czyli ci Polacy, których szczuto obietnicą bezpłatnej wizy, otrzymaniem Karty Polaka czy paczki żywnościowo–odzieżowej w zamian za poparcie dla grupy Andżeliki Borys. W bibliotece kiszono dary z Polski, tak że, po otwarciu tej twierdzy, trzeba było popsute produkty i zbutwiałą odzież wywozić traktorem. Atmosferę wrogości wobec reżimowych Polaków i lokalnych władz białoruskich– powiatowych i miejskich podtrzymywali dyplomaci i wysłannicy, w tym parlamentarni z RP. Na każdym kroku manifestowali pogardę wobec Białorusinów, a na uroczystościach odwracali się do nich plecami, pomijając ich oczywiście przy przywitaniach. Był to nie tylko brak dyplomacji, ale i elementarnej kultury i wywoływał pejoratywne na Inflantach określenie: Polskie pany.  Ale, skoro widzę rozpitych i zwulgaryzowanych rodaków, traktujących wszystkich wokół siebie jako ruskich, to nie mam prawa temu się dziwić.
Obłędna sytuacja w Iwieńcu mimo prawnego, choć na pewno bolesnego dla niektórych rozwiązania problemu w formie milicyjnej interwencji, nadal trwa. Lekcje języka polskiego przeniesiono do szkoły państwowej. Teraz wrogiem dla osuniętej od władzy B. Sobol stała się nauczycielka, która postanowiła nauczać polskiego w warunkach zaproponowanych przez władze. Zakładnikami, nie – polskiej przecież cały czas gry politycznej, stały się polskie dzieci. I gdzie tu rozsądek? Gdzie polska, narodowa racja stanu?
A przecież sondaż Niezależnego Instytutu Badań Społeczno–Gospodarczych i Politycznych wykazał, że aż 12,5 procent mieszkańców Białorusi nie miałoby nic przeciwko nowej Unii Lubelskiej, czyli federacji z Polską. 
Walor ekonomiczny tej przestrzeni jest oczywisty – korytarz tranzytowy na przepastny wschód, wolne tereny inwestycyjne, tanie, ale nieźle wykwalifikowana i karna siła robocza. We współczesnym świecie cele takie się osiąga, choć noszą one pejoratywne miano neokolonializmu. Karygodne jednak jest choćby w świetle deklaracji o prawach narodów, niszczenie przy okazji delikatnej tkanki narodowej i antagonizowanie jednego narodu przeciwko drugiemu.
5-letni konflikt polsko–białoruski o motywach globalnej polityki napędzanej przez amerykański imperializm odbywa się pod biało–czerwonym sztandarem, a Polacy, i ci naiwni i ci sprzedajni, notabene za mizerne grosze, są w nim jedynie zakładnikami. Nie o ich interesy idzie bowiem cała gra. Nie przykłada się nawet do tego prometejski, choć już przez Napoleona Bonaparte dawno sfalsyfikowany, paradygmat walki o wolność naszą i waszą. Zdecydowana większość społeczeństwa białoruskiego nie potrzebuje takiej interwencji zewnętrznej, a jedynie życzliwego wsparcia dążeń emancypacyjnych. Bo niezawisła Białoruś istnieje dopiero 20 lat!
Większość statecznego społeczeństwa białoruskiego nie popiera też opozycji w obecnym kształcie. Są to zazwyczaj ludzie nieopierzeni, przedwcześnie zmanierowani przez obce media i obce pieniądze. Białorusi potrzebna jest opozycja rozważna, taka która artykułować będzie cele narodowe, a nie kosmopolityczne i globalistyczne. Taka która służyć będzie ludziom, a nie tylko sobie. Być może podczas okrągłego stołu zaproponowanego przez A. Łukaszenkę tacy ludzie się wyłonią.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież