Stefan Pastuszewski - Białoruskie fakty

19 grudnia 2010 roku Aleksander Łukaszenka został po raz czwarty prezydentem Republiki Białoruś. Kadencja jest pięcioletnia.

Wielonakładowa, polskojęzyczna, lecz sterowana pośrednio przez obcych decydentów prasa, wszczęła niesamowity jazgot. Ukrywając bądź przecinając fakty, zamęczała czytelników ideologią krwiożerczej dyktatury. Milicyjne pałki stały się według niej głównym rekwizytem grudniowego teatru politycznego nad Swisłoczą, Niemnem, Berezyną i Dnieprem.

A jak było naprawdę?

Trudno przy licznych barierach informacyjnych, ale też nadmiarze przeróżnych, sprzecznych informacji, napędzanych euroatlantycką ideologią oraz dolarami i euro, jednoznacznie wszystko opisać. Niemniej spróbujemy:

Oprócz głównego współtwórcy Republiki Białoruś- Aleksandra Łukaszenki

formalne aspiracje do prezydentury zgłosiło dziewięć osób; w tym: Ryhor Kastusiau, Aleś Michalewicz, Uładzimir Nieklajeu, Jarosław Romańczuk, Wital Rymaszeuski, Andrej Sannikau, Mikoła Statkiewicz, Dymitryj Wus.

Były to oczywiście aspiracje złudne, bowiem sondażowe, ale też praktyczne poparcie dotychczasowego prezydenta wciąż (w zależności od tego kto liczy, wynosi ono od 30 do 70 procent), wciąż jest bardzo wysokie. Większość obywateli Białorusi nie widzi jeszcze drugiej strony alternatywy. Politolog Walery Bułhakau nazywa to „słabością społeczeństwa obywatelskiego". Niewątpliwie, ale też „obywatelskość" w przestrzeni prawosławno-postcarsko-postsowieckiej ma całkiem inny wymiar („Świat Inflant" 2005, nr 10, s. 2-3; 2006, nr 3, s.6,; 2007, nr 1, s. 8). To karność w sprawach fundamentalnych wobec jednolitej, hierarchicznej władzy, gromadność, czyli soborność w sprawach lokalnych (Świat Inflant" 2008, nr 8, s. 1-2) oraz, przeradzająca się w anarchię, swoboda w obszarze prywato-rodzinnym. Tak pojmowana i uprawiana „obywatelskość" jest głęboko zakorzeniona w mentalności większej części społeczeństwa. Nic też dziwnego, że co rozsądniejsi politycy, politolodzy i publicyści, akceptując, choć ze zgrzytającymi zębami, dominację A. Łukaszenki, radzą tym, którzy koniecznie chcą meblować czyjąś komnatę, nie widząc bałaganu u siebie, skupić się na „rozbudowie niezależnych organizacji, dotarciu z informacjami, pokazywaniu wzorców, fundacji stypendiów, tworzeniu nie zależnych mediów, szkoleniu, zmianie relacji miedzy autorytarną władzą a obywatelami" (Jerzy Buzek).

Większość tej dziewiątki to kandydaci tak zwanej opozycji (muzycy rockowi są esencją tej grupy), choć do grona tego - podobnie jak w Polsce - dołączyło kilku snobów, pragnących wpisać do swej biografii formułę: „Kandydat na prezydenta RB". Sędziwy poeta U. Nieklejau po nieudanej przygodzie na Zachodzie znów zapragnął grzać się w blasku reporterskich fleszy.

Opozycja antyłukaszenkowska, bo nie systemowa (część kandydatów aprobuje „chińską drogę" Białorusi), czy ideową z roku na rok jest coraz bardziej podzielona i składa się z partii (Białoruska Chrześcijańska Demokracja, Front Narodowy, Narodnaja Hramada, Zjednoczona Partia Obywatelska) oraz ruchów („Europejska Białoruś", „Młody Front", „Mów Prawdę!", „O Modernizację"). Brak płaszczyzny porozumienia i, choćby taktycznego, na czas wyborów, lidera potwierdza tezę o anarchicznej składowej w mentalności białoruskiej.

W łonie opozycji coraz wyraźniejsza jest grupa prorosyjska, w większości złożona z agentów Rosji i typowych dla tej sfery kulturowej „paputczyków", czyli „pożytecznych idiotów". Taka opinia przylgnęła niestety do sędziwego poety (64 lata).

 

Kampania wyborcza

Te wybory były inne niż poprzednio. Dziewięciu opozycyjnych kandydatów miało łącznie cztery i pół godziny na wystąpienia w państwowej telewizji. Brali też udział w debacie telewizyjnej, co było jak na warunki białoruskie absolutną nowością. W sumie dostali dziewięć godzin na ekranie. Dopuszczono prywatne finansowanie kampanii wyborczej, przez co pojawiło się więcej ulotek i plakatów. Wszyscy kandydaci mogli spotkać się z wyborcami i prowadzić agitację w miejscach publicznych.

Głośnym i forsiastym stał się właśnie poeta i tekściarz, Uładzimir Nieklajau, który dysponował pieniędzmi z Rosji, mówiąc: „Dostałem je od moich przyjaciół, białoruskich biznesmenów, którzy zmuszeni byli wyjechać za granicę". Do grona tych biznesmenów dołączyli oczywiście inni. Poeta ten- według mnie – to jedna z postaci obcych agentur, mieszających w wyborach, o których pisze Stanisław Michalkiewicz („Świat Inflant" 2011, nr 1). Ta „rosyjska pomoc", notabene sprytnie nagłośniona przez prołukaszenkowskie media, wcale nie przyniosła artyście sympatii wyborców, którzy wiedzą, ze bez Rosji trudno Białorusi żyć (energetyka, surowce, tarcza obronna), ale boją się niej, a nawet nienawidzą, mając w „historycznych genach" pamięć bezwzględnej rusyfikacji, carskiego i sowieckiego wyzysku.

Opozycyjni kandydaci pyszczyli przeciw A. Łukaszence, ale nie zdecydowali się - znając sympatie ludu- na ostry, frontalny atak. Jak wykazuje niezależny politolog Władimir Podgoł, antyłukaszenkowskie filmy pt. „Baćka chrzestny", emitowane w rosyjskiej telewizji, skupiły się na oskarżeniach o porwaniu - a według tych filmów i zamordowaniu- czołowych działaczy opozycji ponad dziesięć lat temu. Tymczasem ani podczas indywidualnych wystąpień w TV, ani podczas debaty telewizyjnej, żaden opozycjonista tego poważnego przecież zarzutu nie podniósł. Wynikło to z jednej strony z kalkulacji taktycznej, bo filmy te miały większy rezonans w Rosji niż na Białorusi, a z drugiej ze strachu przed represjami, choć moje wielokrotne pobyty za Bugiem utwierdzają mnie w przekonaniu, że tam rzeczywiście, „strach ma wielkie oczy".

Jedno co prawie całej opozycji udało się uzgodnić, to zorganizowanie w niedzielę wyborczą (a gdzie europejskie standardy „ciszy wyborczej"?) na centralnie położnym Placu Październikowym w Mińsku demonstracji „zmuszającej władzę do uczciwego liczenia głosów i przekonania Zachodu, by nie uznawał wyników wyborów".

Scenariusz opracowanej przez amerykańską CIA i wypraktykowany m. in. na Ukrainie i w Gruzji kolorowej rewolucji (na Białorusi miała być bławatkowa) jest prosty. Jeszcze przed zakończeniem wyborów, póki emocje nie ostygły, ogłasza się, że wybory są sfałszowane. Potem przygotowuje się „protest" polegający na próbie wtargnięcia do budynków państwowych, w tym przypadku siedziby centralnej komisji wyborczej parlamentu lub innego wysokiego urzędu. Natychmiast po ogłoszeniu sondażowych wyników odpowiednio opłaceni lub podpuszczeni ludzie wychodzą na ulice i w „imię wolności i demokracji" wszczynają rozróbę pod sztandarami demokracji i Europy, żeby było godnie i z agenturalnymi oraz polującymi na sensację mediami pod bokiem, a też w towarzystwie zachodnich dyplomatów (część z nich to oczywiście agenci służb specjalnych). Widomo, że władza, broniąca ładu i porządku użyje siły, a więc ktoś będzie poturbowany i o to właśnie chodzi. Najlepiej też, żeby była krew, a już najbardziej pożądane byłoby, gdyby ktoś zginął. Wtedy – oburzony świat  zaprotestuje, wywrze się międzynarodowy nacisk na władzę i może nawet zmusi się ją do ustąpienia. Albo przynajmniej do negocjacji z grupą, która opanowała budynek rządowy i w związku z tym stała się polityczną alternatywą dla obecnych władz.

Opozycja nie kryła wcale, ze będzie realizować ten amerykański scenariusz białoruskiej rewolucji. Na kilka dni przed wyborami A. Dymitrijew, szef sztabu U. Nieklejeua mówił, że w przypadku przyjścia na Plac Październikowy ponad 30.000 ludzi demonstranci zostaną na placu i będą negocjować z władzą („Rzeczypospolita" 2010, nr 295, s.8). Przyszło  niecałe 5 tysięcy, więc nerwy puściły i pociągnięto na budynki rządowe, chcąc je zająć, aby…negocjować i w ten sposób stać się alternatywa polityczną.

Oficjalnie w kampanię wyborczą włączyły się państwa sąsiedzkie. Tuż przed wyborami z prezydentem A. Łukaszenką spotkał się rosyjski prezydent B. Miedwiediew, a litewska prezydent A. Gribauskenietë wypowiedziała kilka rozsądno-ciepłych słów o swym wschodnim odpowiedniku. Polska jako „unijny piesek" wysłała ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, oraz pilnującego go, niemieckiego odpowiednika Guido Wasterwella, aby przekupił Olka śmieszną sumą 3 miliardów euro i to jeszcze nie w formie kredytów czy bezzwrotnej pomocy, ale jedynie „włączenia w europejskie programy", z których znaczny procent zagarnia przecież brukselska biurokracja. Nic też dziwnego, że trzeźwo kalkulujące, bo przecież w korzeniach chłopskie, społeczeństwo białoruskie (badania zachodnich uniwersytetów dowodzą, że Białorusini mają najwyższe IQ w Europie) wybrało opcję rosyjsko-litewską, licząc na wspólną przestrzeń gospodarczą, która może przeciwstawić się kolonizatorskim zapędom UE i USA. Białorusini jak ognia boją się wyzysku kapitalistycznego jaki zapanował na Inflantach i w Polsce oraz mafijno- oligarchicznego bezhołowia jakie panoszy się na Ukrainie.

 

Przebieg wyborów

Wybory na Białorusi, choć nie tylko, mają dwa etapy: przedterminowy i właściwy. Pierwszy trwał pięć dni, drugi niedzielę. Głosowanie przed terminem ma umożliwić oddawanie głosów przez ludzi, którzy rzekomo nie mogą głosować w niedzielę. Przed terminem głosuje ok. 30 proc. wyborców (tym razem w ten sposób głos oddało 23 procent). Władzy zależy na wielodniowym głosowaniu, bo jej zdaniem wtedy głosują tylko zwolennicy A. Łukaszenki. Według opozycji to świetny pretekst do fałszerstw, bo w nocy jedynie milicjanci pilnują urn.

Jak jest naprawdę, trudno powiedzieć. I chyba nigdy nie będzie wiadomo. Zarzut o podmianie kart wyborczych, a nawet i całych urn podczas fazy przedterminowej jest trudny do zweryfikowania. Może być tak i tak i prawdopodobne w niektórych przypadkach jest źle, gdyż rozhisteryzowani zwolennicy Baćki mogą robić głupstwa, ale to i tak nie wpływa na ostateczny wynik, przynajmniej w wyborach prezydenckich. Przywództwo A. Łukaszenki jest nadal niekwestionowane przez większość społeczeństwa,  w tym mniejszość polską.

Kontrowersyjna praktyka wyborów przedterminowych ma na pewno charakter wychowawczy. Przywódcy, wciąż jeszcze raczkującej, nigdy dotąd w dziejach nie mającej państwowości, Białorusi chcą wychować społeczeństwo obywatelskie, anarchizujące przecież w sferze prywatnej, a więc także mające skłonność do obywatelskiej bierności. W każdym razie lepiej byłoby, gdyby władze republiki jak najszybciej zrezygnowały z wyborów przedterminowych, ale wtedy frekwencja sięgnęłaby polskiej, czyli na poziomie 40 procent. Zjechałem Białoruś wzdłuż i wszerz i zapewniam, ze przy jej gęstości zaludnieniu i stopniu urbanizacji ruchliwość komunikacyjna jest tam znacznie mniejsza niż u nas. Białorusini nie bez podstaw twierdzą, że paliwo dlatego jest u nich dlatego tak tanie, bo w ten sposób, choćby w pewnym stopniu, niweluje się barierę ogromnych odległości.

Obserwatorom z opozycji i OBWE niż pozwolono na prowadzenie całodobowej obserwacji urn wyborczych i nie wiedzieli oni, co się z nimi dzieje w nocy. Niezależni obserwatorzy byli oddaleni o kilka metrów od miejsca, gdzie komisja liczyła głosy. Czternastu członków komisji wspólnie liczyło głosy; każdy swoją partię, a później każdy na kartce pisał wynik. Sumował je przewodniczący. Członkowie komisji nie znali ostatecznego wyniku, gdyż każdy znał tylko swój rachunek. Tradycyjnie w lokalach wyborczych grała muzyka, a bufet serwował ciepłe bułeczki, herbatę, kiełbasę i wódkę. Dla Białorusi wybory to kolejne święto ludowe.

Zagraniczni obserwatorzy wyborów ostrożnie twierdzą, że „nie odpowiadały one standardom OBWE". Mówili o „odbywającym się praktycznie poza kontrolą procesie liczenia głosów oraz braku zabezpieczenia przedterminowego głosowania" (Geert Hinrich Abreus i Tony Lloyd).

Według oficjalnych danych frekwencja wyniosła 91 procent. A. Łukaszenka otrzymał 79,67 procent głosów, a najlepiej notowany z kontrkandydatów 2,6 procent. Przeciwko wszystkim kandydatom zagłosowało 6,5 procent wyborców.

 

Demonstracja

 

Złamaniem standardów, w końcu europejskich, czyli ciszy wyborczej, było zorganizowanie demonstracji w dniu wyborów, kiedy one trwały. Demonstracja zaczęła się o godzinie 20.00. Miała być pokojowa, na Placu Październikowym na którym zgromadziło się 5 tysięcy (20 tysięcy?) osób, a przerodziła się w pochód na, oddalony o około kilometra, Plac Niepodległości, gdzie za pomnikiem Lenina stoi potężny gmach rządowy. Poszczególne komisje wyborcze dopiero zaczęły liczyć głosy.

Kto wpadł na ten pomysł? Opozycjoniści? Agentura? Białoruskie władze?

Z ustaleń o pokojowym, statycznym charakterze manifestacji wyłamało się czterech prezydenckich kandydatów: Uładzimir Nieklajeu, Witali Rymaszeuski, Andrej Sannikau i Mikoła Stankiewicz. Ta ostatnia trójka poprowadziła tłum na Placu Niepodległości pod Dom Rządu (Dom Uriada). Po drodze grupa młodych zdjęła z gmachu KDB w państwową flagę czerwono-zielono-białą, a zawiesiła biało-czerwono-białą, za wprowadzeniem której i ja też się opowiadam („Świat Inflant" 200, nr 10, s.1-2). Jak to uczyniła? Czy KDB,  w którym macza palce rosyjska agentura, w tym nie pomogła? Trudno powiedzieć.

Władze dysponują nagraniem, na którym A. Sannikanu wzywa ludzi do marszu, a następnie przygląda się, jak rozbijają oszklone drzwi budynku. Tak więc on wraz z trójką pozostałych oraz działaczy sztabów wyborczych oskarżony jest o organizację masowych zamieszek, za co zgodnie z art. 293 Kodeksu karnego grozi kara od 5 do 15 lat pozbawienia wolności. Opozycja i agenturalne media, w tym polskojęzyczne, twierdzą, że atak na gmachy urzędowe był prowokacją KDB, że nagle z boku pojawiła się grupa podpitej młodzieży i to ona zaczęła tłuc szyby. Policja rzekomo znalazła samochód załadowany materiałami wybuchowymi. Redakcja OMON-u i specnazu była bezwzględna, bez wątpienia przesadna w stosunku do skali ataku.

Według mnie była to piramidalna, wielowarstwowa prowokacja (głupota również), po której Minister Sprawiedliwości RB- Wiktor Hołowamau zapowiedział, że partie i ruchy, które organizowały niedzielno-wyborczą manifestację mają zostać rozwiązane. Cztery mińskie sądy rejonowe sądziły aktywnych demonstrantów (zaaresztowano 639 osób), w większości przypadków wydając „ojcowskie" wyroki - grzywny lub odsiadki od 5 do 15 dni.

Przed głównym więzieniem wywieszono listy z nazwiskami aresztowanych demonstrantów, a więc histeryczny zarzut o ich „nieznanym losie" jest fałszem.

Nie przebierający w słowach A. Łukaszenka podczas konferencji prasowej 21 grudnia 2010 roku stwierdził, że „liderzy opozycji dostali na alternatywne liczenie głosów i fałszywe badania opinii publicznej tysiące dolarów od zagranicznych fundacji". To samo dotyczy niedzielnej demonstracji. Nie ulega wątpliwości, że tak było, ale jak to udowodnić?

Staro-nowy prezydent RB stwierdził też z właściwą sobie mocą, humorem i soczystością języka:

 

-„ Muszę gwoli ścisłości podkreślić, że nie potraktowaliśmy ich gazem łzawiącym i nie polewaliśmy w mróz wodą z armatek wodnych jak we Francji".

 

I miał dużo racji, bo starcia z policją na Zachodzie, a szczególni we Francji, która bardzo szanuje swoją państwowość, są często bardziej bolesne.

 

 

Reakcje w Polsce.

 

Polskojęzyczne media, w tym przede wszystkim „Gazeta Wyborcza", zakładają, w myśl libertyńsko-konsumistycznej ideologii i interesów światowego kapitalizmu, że:

1. A. Łukaszenka jest dyktatorem

2. Wszystkie wybory na Białorusi są fałszowane

3. Społeczeństwu Białorusi potrzebna jest zachodnia medio-plutokracja

4. Obce agentury mają prawo bezkarnie hulać po Białorusi

5. Powiązana z tymi agenturami część opozycji ma pełne prawo łamać zasady współżycia społecznego, w tym standardy międzynarodowe dotyczące „ciszy wyborczej"

 

Nie biorą pod uwagę, że:

1. Bonapartyzm A. Łukaszenki wyrasta z tradycji politycznej społeczeństwa białoruskiego i znajduje akceptację jego większości

2. Zachodnie modele polityczne i współżycia społecznego nie mają na Białorusi wzięcia

3. Władze Republiki Białoruś mają pełne prawo bronić spokoju społecznego i integralności państwa

4. A. Łukaszenka jest znakomitym kreatorem suwerenności Białorusi, ponad miarę warunków zewnętrznych i wewnętrznych możliwości. Suwerenność Białorusi leży w interesie Polski, bowiem stanowi bufor wobec rosyjskiego imperializmu. Świetny sowietolog A. Besancon stwierdził, że to Polska pomogła uzyskać Białorusi minimum autonomii. Prawda, ale też w miarę suwerenna Białoruś jest gwarantem naszej suwerenności. Nie rozmawialibyśmy z Rosją tak odważnie, gdyby nie oddzielało nas od niej inne państwo.

W myśl przyjętej z góry ideologii i socjotechniki owe polskojęzyczne media, w tym TV, perfidnie oddzielając skutki od przyczyn i skupiając się na sensacyjnym wymiarze samych wydarzeń, tak zamieszały w głowach odbiorców, że mój znakomity brat Bronisław przybiegł do mnie z okrzykiem:

- Co ten Łukaszenka wyrabia?!

- Ma twardy orzech do zgryzienia- odpowiedziałem. - Musi tak wyciągnąć konsekwencje z działalności obcych agentów i rodzimych paputczyków, aby zachować państwową karność, a równocześnie nie rozdrażniać, bardzo już rozdrażnionej przez fałszywy przekaz, opinii międzynarodowej. Rosjanie, aktywnie uczestnicząc w prowokacji na Placu Niepodległości, chcą zamknąć mu szansę na dialog z Zachodem,  a on wciąż chce balansować („Świat Inflant" 2008, nr 11, s.1-5).

Nic też dziwnego, że w charakterystyczny dla siebie sposób zapowiedział „ojcowską" formę rozwiązania problemu zaaresztowanych manifestantów:

- Nie żądajcie ode mnie ich zwolnienia i nie wywołujcie presji, bo będzie tylko gorzej.

W końcu on i białoruskie państwo są zwycięzcami.

 

„Czarna lista"

Obecne władze RP zachowują się jak dzieci. Najpierw kokietowały A. Łukaszenkę, zachęcając również do miękkości swoich współtowarzyszy z UE. Teraz są liderami w pluciu. R. Sikorski z towarzyszami z Niemiec, Czech i Szwecji, a wiec państwami najbardziej zainteresowanymi rozbiorem ekonomicznym Białorusi („Świat Inflant" 2006, nr 4, s.12; nr 6, s. 3) zabawili się w pisarzy i zamieścili w czytanym przez amerykańskich Żydów „New York Timesie" artykuł sponsorowany (za ile?), w którym znalazło się kuriozalne stwierdzenie, że A. Łukaszenka nie ma legitymacji do dalszego rządzenia, bo zapewne (sic!) nie zdobył 50 procent głosów w wyborach, lecz nie chciał stanąć do drugiej tury.

Doprawdy, ale poważnym dyplomatom nie przystoi mówić: zapewne. Albo coś wiedzą, albo nie.

Niemniej polska, sterowana przez UE, agentura działa w RB, gdyż pomaga, no bo kto?, sporządzić MSZ-owi tajną, „czarną listę", na której znajdują się sędziowie, funkcjonariusze KGB, oraz urzędnicy najbardziej zaangażowani w prześladowania opozycji. Za karę nie wjadą oni do Polski. Polscy geniusze polityki zagranicznej wprowadzając dla Białorusinów spoza „czarnej listy" wizy darmowe (dotychczas kosztowały 20 euro) uważają, że „zakaz wjazdu na zakupy do Białegostoku może być dotkliwą karą" („Rzeczypospolita" 2010, nr 304, s.9).

 

Głosy rozsądku

Nawet w tej polskojęzycznej prasie pojawiają się jednak głosy rozsądku i realizmu.

J. Haszczyński pisze w „Rzeczypospolitej" (2010, nr 296, s.2):

„Łukaszenka ma wiele grzechów na sumieniu i pewnie kiedyś go z tego rozliczą sami Białorusini. Za jego władzy Białoruś umocniła jednak swoją suwerenność. To nie jest łatwy partner dla nikogo. I to się nie zmieni.

Zachód nie powinien się odwracać od Białorusinów. I - bez uzasadnionej konieczności - od Łukaszenki. Białoruś nie jest bezpowrotnie stracona dla świata zachodniego"

Rzeczywiście, Zachód powinien wreszcie zrozumieć, że wszelkie próby usunięcia Baćki z białoruskiej sceny politycznej są bezsensowne, a poparcie opozycji nie daje efektów.

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora