Stefan Pastuszewski - Być może, ale nie zapewne

„Gazeta Wyborcza" jest gazetą bardzo autorską. A więc ze wszech miar subiektywną. I robi politykę. Własną politykę. Adama Michnika et consortes. Ma ku temu pełne prawo-wolność słowa- ale płaci też za to prawo wysoką cenę. Niewiarygodność!

Bo gazeta to dla mnie i wielu, wielu innych czytelników, to przede wszystkim zbiór faktów jak najbardziej zbliżonych do rzeczywistości. A jeśli ktoś fakty te ukrywa, zmienia je w całości lub częściowo, umieszcza w całkiem innym kontekście, to po prostu kłamie.

„Gazeta Wyborcza" kłamie w sprawie Białorusi. Kłamie ustami i piórem swego agenta w Grodnie Andrzeja Poczobuta, ale też „najwybitniejszego specjalisty ds. wschodnich" Wacława Radziwinowicza, który popisał się ostatnio bełkotliwym felietonem o staraniach Rosyjskiej Prawosławnej Cerkwi o przyzwoity ubiór swoich wiernych (2011, nr 16, s.12), zapominając, że w tradycji Kościoła wschodniego nie ma podziału na sferę sacrum i profanum; zawsze i wszędzie trzeba szanować Boże prawa, a więc nie wolno gorszyć swoim ubiorem.

Osią „białoruskiego kłamstwa 2010-2011" w „Gazecie Wyborczej" jest wiec 19 grudnia 2010 roku w Mińsku. Wbrew zasadom panującym w zachodniej demokracji, którą kupcy europejscy usiłują wcisnąć Białorusi jako platformę, na której wyjeżdżać będą za Bug ich towary, opozycja antyłukaszenkowska, bo nie ideowa czy programowa, zorganizowała w czasie ciszy wyborczej wiec na stołecznym Placu Październikowym („Świat Inflant’ 2011, nr 1, s.1-3). Zebrało się około 10 tysięcy ludzi (GW pisze o 20 tysiącach) i wysłuchało różnych przemówień oraz okrzyków.

A . Poczobut w GW (2011, nr 16, s.1) pisze: „Manifestacja zakończyła się - zapewne sprowokowanym przez władze - wybijaniem szyb w siedzibie rządu, brutalną pacyfikacją opozycjonistów i masowymi aresztowaniami".

Grodzieński żurnalista posługuje się figurą stylistyczną „fryzjerczyka z Bydgoszczy" (tak w anty-salonach określa się R. Sikorskiego), który w, mającym podjudzić do działania nowojorskich Żydów, artykule sponsorowanym w New York Timesie, użył pojęcia zapewne przy kwestionowaniu wyników wyborów prezydenckich („Świat Inflant" 2011, nr 1, s.3).

A jak było naprawdę?

Gdy manifestanci zaczynali się już rozchodzić dwóch kandydatów na prezydenta RB - Andrej Sannikau i Mykoła Statkiewicz ogłosili, że zawiązali tymczasowy rząd narodowy i idą negocjować przejęcie władzy do budynku rządu na Placu Niepodległości oddalonym o 1,5 kilometra. Wspólnie z grupą demonstrantów, która po drodze wyraźnie stopniała, próbowali  się tam wedrzeć, ale okazało się, że w środku były już siły milicyjne i odparły atak. Ale obrazki z „przejmowania władzy" poszły w świat. Znowu za pośrednictwem rosyjskich telewizji, których operatorzy jakimś dziwnym trafem zawsze są w centrum wydarzeń. Nie byli jednak w stanie zamazać widoku demonstrantów prowokacyjnie rzucających się na stojących w bezruchu funkcjonariuszy.

Nie była to więc pokojowa demonstracja, ale próba przejęcia władzy, choć według mnie bardziej artystyczna instalacja sędziwego poety. W założeniu zachodniej agentury była to natomiast klasyczna operacja mająca na celu doprowadzenie do przesilenia politycznego przy pomocy ulicy (kolorowa rewolucja, tym razem bławatkowa).

Próba zmiany prezydenckiej władzy-póki co-nie ma na Białorusi szerszego poparcia.

Tak, więc, chyba spontanicznie, określone agendy wycofują książki sędziwego poety ze sprzedaży. Poety, który swego czasu chwalił władzę radziecką, bo fragment jego wiersza został odlany z metalu w podziemnej części mauzoleum walk II wojny światowej na Placu Zwycięstwa.   Być może A. Łukaszenka, akceptuje tego typu operacje wycofywania książek... Być może, ale nie zapewne…

W każdym razie o „reżimie" białoruskim dowodnie świadczy fakt, że książki U. Niaklajeua można oficjalnie nabyć w mińskiej siedzibie Białoruskiego Frontu Narodowego i że ta siedziba nie jest zamknięta.

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora