Stefan Pastuszewski - Żmudzkie teatrum wierności i miłości

– Natura dała co mogła. Ludzie nie dodali nic nad  konieczną potrzebę (s.43)

 

Doprawdy, ale ja, w końcu znawca Inflant, nie czytałem dotąd tak celnej definicji tej przedziwnej krainy. Wprawdzie znałem ją jakby intuicyjnie, tłumacząc osobom zdziwionym, swoją inflancką pasję. Mówiłem, dlaczego tam jeżdżę: – Bo tam jest przedziwna harmonia miedzy tym, co naturalne, przyrody, a tym co ludzkie, kulturą i cywilizacją. Człowiek nie przytłoczył tam swą działalnością przyrody.

Choćby dla wyłuskania tej perełki warto sięgnąć po powieść Marii Rodziewiczówny „Dewajtis" z 1889 roku.  Ale także, a może przede wszystkim dla wczucia się w atmosferę Żmudzi tuż, tuż przed wielkimi kataklizmami cywilizacyjnymi Europy, jakimi były dwie wojny światowe, także walcujące tamte tereny i równie niszczycielska inwazja globalizacyjno–konsumeryczna, która aż do mdłego średniactwa unifikuje dziś wszelkie odrębności, a krajobrazy tknięte ludzką ręką upodabnia do standardowych, gładko–pudełkowatych wyciągów z tłusto lakierowanych katalogów, a raczej już wirtualnych zapisów na CD. Sidiki zamiast brewion i strzech, talerze anten satelitarnych zamiast bocianich gniazd, volkswageny i peugoty zamiast linijek i powód. Wprawdzie Inflanty tu i ówdzie, szczególnie w głubinkach Kurlandii, Wironii i Polesia jeszcze się bronią przed tym cywilizacyjnym chłamem, ale już owa, ulokowana między Niewiażą a Bałtykiem, warowna dotąd wiernością i miłością, Żmudź z „Dewajtisu" poległa w tej nierównej walce. Lasów i strzech tam jak na lekarstwo, a ludzie otępieni w finansowej pogoni. Jedynie zagęszczenie osadnictwa jak dawniej („Ubodzy jesteśmy i nieliczni tylko, ale uczciwi", s. 88). No i Dubissa (Dubysa) od wieków tak samo szumi, choć już młynów nie zrywa (s.116, 131).

Żmudź zakonserwowana na wieki w „Dewajtisie" (ach, ta przedziwna właściwość literatury!) jest samoswoja, odrębna, trochę to skansen, ale nie jest wcale zapyziałym zaściankiem. Geografia świadomości jej mieszkańców obejmuje bowiem cały świat. Wprawdzie na co dzień drepczą po obydwu brzegach Dubissy, od czasu do czasu przepływając ją czółnem lub promem w Jurgiszkach, to jednak na pocztę jeżdżą do Gryni (Griniai), do kościoła do Ugian (Ugioniai); po nauki elementarne do Rosień (Rasieiniai), załatwiać sprawy urzędowe i prawne do gubernialnego Kowna (Kaunas), natomiast po ekskluzywne zakupy, karierć i wyýycie sić do Rygi (Rîga), a z opasami na sprzedaż do Prus. Ziemie szeroko ujętych Inflant (Żmudzi, Litwy, Łotwy, Estonii, Nadpregola) tworzą społeczno– gospodarczą, tudzież polityczno–kulturową, jedność.

Kto chce poznać wysoką kulturę, ten pędzi pociągiem do Wilna, Warszawy, a nawet Paryża, a po niebotyczne zarobki i niespełnione nadzieje, a w rzeczywistości po śmierć w odosobnieniu (s. 136–138) wyprawia się statkiem z Lipawy (Liepâja) do Ameryki.

W tym miejscu warto zaznaczyć, że Ameryka ze swoją mitologią Nowego Świata wyryła trwałe ślady w świadomości XIX – wiecznych Inflantczyków także za sprawą literatury, intensywnie wówczas czytanej, choćby wspomnieć powieści przygodowe Karola Maya (1842–1912), czy nowele Henryka Sienkiewicza Za chlebem (1880) i Latarnika (1882). Jeśli ten pierwszy pisarz, tłumaczony na polski dopiero na początku XX wieku nie był inteligencji inflanckiej, w tym M. Rodziewiczównie dogłębnie znany z oryginałów, a trzeba wiedzieć, że wtedy w dworach i salonach czytało się dzieła literackie w językach oryginalnych, to miała ona wyobrażenie o amerykańskich rajach, choćby ze świetnych reportaży drukowanych w warszawskich, wileńskich czy petersburskich, znakomicie ilustrowanych stalorytami, żurnalach. Nic też dziwnego, że jej przejmujący opis zmagań białych kolonizatorów, w tym Żmudzinów, z broniącymi swej ojcowizny Indianami jest bardzo wiarygodny (s.136–138).

Chyba już z autopsji autorka „Wrzosu" poznała charakter przeciętnego, a więc luzackiego i pełnego pychy Amerykanina, świetnie kreśląc sylwetkę Clarke'a Marwitz'a.

Dziewiętnastowieczni Żmudzini, choć milkliwi, mają szerokie horyzonty, a że drepczą zazwyczaj w swych zaściankach, to sprawa ich mistycznej ideologii (S. Żeromski: Idea każe kochać tę powieść), jakże dziś nie zrozumiałej – przywiązania do ziemi. Od wieków strzegli tego samego: ziemi i świątyni (s.135). Zawsze wierni! Główny bohater od dziecka miał jedną myśl i pragnienie: utrzymać ziemię; jeden strach: dać ją sobie wydrzeć (s. 61). Do ojcowizny się wraca. To obowiązek. Marek Czertwan, finansując paryskie studia swej przyrodniej siostrze, zastrzega: Odwdzięczysz się jeśli nauki swej nie wywieziesz za kraj, ale tu, w nim i dla niego będziesz pracowała, nie sławnie, ale z całych sił (s.44).

W ogóle jest to powieść o wierności. Wierności ziemi, rodzinie i danemu słowu. Główny bohater Marek Czertwan, wbrew sobie, dręcząc się, pilnuje majątku Orwidów. Bo jego zmarły ojciec Paweł obiecał swego czasu swemu przyjacielowi, który wyjechał do Ameryki za chlebem, że będzie pilnował. „A tu, po złote runo w zakątku Żmudzi nikt nie przybywał" (s.53). Umierający Paweł Czertwan, dawny powstaniec uzależnia przekazanie błogosławieństwa i majątku synowi Kazimierzowi pod warunkiem zachowania wiary i mowy (s.13).

„Miłości nie opisuje u nas nikt tak dobrze jak Rodziewiczówna" – odnotował S. Żeromski w 1887 roku w swych Dziennikach. Rzeczywiście, jej stopniowalna, rozciągnięta w czasie  relacja z miłosnego związku Marka Czertwana i Ireny Orwidówny powala na kolana. Miłość tamtej epoki to nie dzisiejszy ekspres erotyczno–seksualno–konsumeryczny, ale długoczasowy, fundamentalny proces duchowo–egzystencjonalny, problem przeogromny, czy mówiąc ustami bohatera powieści – zgryzota (s. 138). Tym bardziej, że już raz takiej zgryzoty bohater nasz doświadczył. Marta Wojnat, która – jak to w przypadkach wielu kobiet bywa – okazała się płocha i egoistyczna, czyjejś kochanie poniewierała (s.160).

Autorka „Między ustami a brzegiem pucharu" świetnie zna psychikę kobiet i nic z niej nie ukrywa. Pisze wprost, że to kobieta zapala ogień miłości: zabiło jej serce jak do kogoś swojego (s. 132), złowieszczo zabiło jej serce (s.132), patrzyła nań ślicznymi oczyma, na których dnie, za iskrami ożywienia, leżała tęskna, przejmująca głąb (s.133). Mężczyzna płonie: „ale stara się ugasić ten pożar: „Był w głosie tym dźwięk, co się gwałtem przedzierał do serca. On zamilkł (s.133). W duszy jego coś nieznanego bolało, rwało się, ciągnęło do niej, aż wybuchnęło na zewnątrz (s.137). Błądził wzrokiem bez blasku, takim, co skupiony w jakiś obraz myśli, nie widzi przedmiotów wokoło. Śnił z otwartymi oczyma, on, dziki Marek Czertwan (s.140). Ogarnęło go jakieś męczące uczucie niepokoju, gorączki i rozstroju (s.141). Nic więcej nie pragnął, tylko tu pozostać z bólem swym i rozkoszą. Dwa te uczucia splatały się w jedno; nie wiedział, w czym było gorsze nieszczęście i troska" (s.157).

A jednak pisarka przestrzega przed zaślepieniem, zawładnięciem całej osobowości przez  miłość: „Grzech, takie miłowanie okrutne" (s.141). Dowodem na to jest karykaturalny w swym uczuciu, Łukasz Gral, który za ów grzech pokutuje przedwczesną śmiercią poniekąd jakby samobójczą.

Ostatecznie jednak powieściopisarka głosi pochwałę i zwycięstwo miłości. A czyni to– a jakże– ustami kobiety (Irena Orwidówna): – To, co ja myślę nie jest ani grzechem, ani nikczemnością, i dlatego właśnie złamie pana, bo wielkie i dobre! (s.165). Doprawdy, ale – mówiąc trochę żartem– wielka to otucha dla uciekających przed miłością. Prawdziwą miłością. „Równiśmy sobie, bo ja cię kocham, a ty mnie" – orzeka Irena Orwidówna (s.167). I to ona pierwsza oświadcza się mężczyźnie (s.194), bo kobiety w Ameryce nie chowano, jak tutejsze panienki, na bierną rolę; nas uczono, żeśmy wam równe, niezależne (s.193). Rzeczywiście, na Starej Żmudzi pojawiło się nowe.

Stary postfeudalny, zharmonizowany, choć też mający wewnątrz swoje kłopoty i boje, świat rozpada się. Przyczyną rozkładu jest też pieniądz, ta trująca krew nowej epoki– kapitalizmu. Pompującymi tę krew są „trutnie, co ni pamięci, ni ducha ojców w piersi nie mają (s.146) oraz Żydzi – „złodzieje i oszuści" (s.145). Monumentalna to scena przyjścia Nowego (brutalnego kapitalizmu): „Stał Żyd rudy, ogromny, w brudnym kaftanie, z roztarganą wielką brodą. Głowę miał podniesioną, w dłoni trzymał siekierę i uderzał nią w pień starego dębu, próbując, czy zdatny na klepki" (s.145).

Powieść Marii Rodziewiczówny „Dewajtis" lokuje się w ciągu takich dzieł ukazujących spóźniony na Inflantach w stosunku do reszty świata przełom epok, jak Elizy Orzeszkowej (1841–1910) „Nad Niemnem", Józefa Weyssenhoffa (1860–1932) „Soból i panna" (1911) oraz Melchiora Wańkowicza (1892–1974) „Szczenięce lata" (1934). „Dewajtis" jest oczywiście – obok powieści E. Orzeszkowej – prekursorski w tej dziedzinie i jak najbardziej pozytywistyczny. Choć ideologicznym problemem polityczno–moralnym bohaterów tych dzieł jest obrona polskiego stanu posiadania, to jednak w utworze M. Rodziewiczówny jedynym sygnałem istnienia wokół okropnej rosyjskości są ruble, które główny bohater skrzętnie kolekcjonuje i dla pożytku swego oraz ogółu udatnie nimi obraca. Podobnie jest na kartach powieści J. Weyssenhoffa i M. Wańkowicza, co zadaje kłam mitom o brutalnej rusyfikacji na Inflantach, przynajmniej w zaściankach. Ludzie tam żyją w sobie własnym, sielskim klimacie.

Twierdzą polskości, choć często zmodyfikowanej przez chłopską kulturę narodów inflanckich, jest rodzinny dworek szlachecki, broniący „wiary i ziemi". Dworek jest konserwatywny, niełatwo ulega nowinkom, przechowuje obyczaje. Nie przejmuje się zbytnio losami Europy i postępami cywilizacji. Staje im raczej na przekór, kpi z nich, podobnie jak A. Mickiewicz w „Panu Tadeuszu". Głęboką religijność chrześcijańską godzi często z wiarą w czary i gusła oraz z reliktami pogańskiej religii naturalnej, dowodem czego jest kult dębu Dewajtisa („Akant" 2008, nr 7, s. 8–9).

Wszystko tu toczy się inaczej niż w takich metropolitach, jak Warszawa, Ryga, Wilno, choć i kresowe dworki odwiedzają nieraz eleganccy panowie i wytworne damy. Ci, którzy muszą pracować, noszą strój „na pół chłopski, na pół szlachecki". Mezalianse są możliwe, a rumiane złotowłose dziewczyny, cenione nawet jako kandydatki do małżeństwa. Nie mówiąc oczywiście o brzydkiej praktyce uwodzenia, czy prawie pierwszej nocy. Społeczności lokalne żyją w swoistym typie średniowiecznej demokratycznej gromady, choć szlachta ma w niej ostateczny głos. (M. Czertwan, choć hołysz, tytułowany jest paniczem). Kresowy dworek mieści się w „pierwotnym raju", pośród natury bujnej i dostarczającej  człowiekowi niezmiernych bogactw. Jada się tu potrawy mniej wyrafinowane, na pół chłopskie. Rozrywek jest niewiele. Dla panów – polowanie, dla pań– zbieranie grzybów i jagód. Kresy lubią legendy i pieśni, cenią gawędziarzy i pieśniarzy. Atrakcją wyłącznie dla mężczyzn jest podglądanie w sobotnie wieczory dziewczyn kąpiących się w jeziorze lub rzece, po których to, niebiańskiej czystości akwenach, dostojnie pływa się łódkami („Szczenięce lata").

Z punktu widzenia formalnego jest to bardzo porządna powieść. Wartka (S. Żeromski: Wczoraj w ciągu nocy przeczytałem „Dewajtis"…), choć bez modnych dziś zabójstw i zbrodni, fabuła ujmująca w teatralny kołowrót zwykłe życie zwykłych ludzi. Jak w teatrze, ni z tego ni z owego pojawiają się różne postaci, wiążąc się ze sobą, często nie uzasadnionymi kompozycyjnie, intrygami. Ta teatralność, a może nawet i filmowość, bo tempo zdarzeń jest duże, najbardziej razi mnie, realistę, w scenie spotkania amerykańskich gości, którzy przypłynęli statkiem do Lipawy, a potem dotarli pociągiem do Kowna. Ledwo Marek Czertwan przeczytał list, spojrzał na zegar ścienny (na pewno z kukułką), a już „czapkę porwał i poleciał na kolej" (s. 81), aby cudnym trafem, spotkać tam Irenę Orwidówną i Clarke'a Marwitz'a. Później ta pierwsza, jak w dramacie starożytnym Deus ex machina pojawia się przed głazem Aleksoty, aby wstrzymać uniesioną w morderczym ciosie rękę z siekierą (s. 145).

Współczesnego czytelnika, a szczególnie wyrafinowanego, mogą drażnić niektóre, jakby sztuczne, napuszone dialogi, ale chyba takim hieratycznym językiem jednak mówiło się w średnich warstwach inflanckich w drugiej połowie XIX wieku. Niektóre wypowiedzenia są tak skrótowe, że aż niezrozumiałe, ale kudy nam do kontekstu tamtych czasów i ziem!

Z punktu widzenia dzisiejszej, odmitologizowanej świadomości, razi sztucznością i tanim sentymentalizmem, zwornik dzieła, czyli antropomorfizujący kult starego dębu Dewajtisa, ale być może to też literacka konserwa z tamtych czasów, a już na pewno kompozycyjny leit motiv powieści. Jest on dziś zupełnie de mode, bardzo naiwny, wręcz szkolarski, lecz trzeba wiedzieć, że od czasów M. Rodziewiczówny powieść polska przeszła długą ewolucję poprzez realizm, wraz z naturalizmem, symbolizmem, modernizmem. A teraz podlega, rozkładającemu ją na czynniki pierwsze, kto wie, czy w ogóle literaturę nie rozkładającemu postmodernizmowi.

Przekonywująca za to jest indywidualizacja postaci, analityczno–behawioralna, w rezultacie czego świetne są sylwetki do rany przyłóż panny Anety i wielkiego czarodzieja kaprala Rymko Ragisa, niezła Clarkéa Marwitz'a (amerykański szut gorochowyj), no i ostatecznie, choć jak na mój gust zanadto wyidealizowana i zideologizowana, postać głównego bohatera Marka Czertwana. Jak w dobrym teatrze malowniczo grają postaci drugoplanowe, choćby wspomnieć głuchą jak pień mumię szambelana Filomena (s.95).

W ogóle powieść ta ma wiele ze sztuki dramatycznej i dlatego nadal godna jest ekranizacji. Inspiracją dla zdolnego operatora mogą być obyczaje żmudzkie– sceny panoramiczne, jak sobotni wieczór, rozkoszny dla przeciętnego ludu i dobytku (s. 5), korowód weselny (s.63 i 66), wiosenne przyjęcie dziedziczki w Poświciu (s. 93–98), a nade wszystko, tak rzadki w naszej kresowej literaturze postromantycznej opis połowu ryb, a zarazem ich ekspedycji nad jeziorem w Wiłajkach (s.139). Aż pióro korci, aby przytoczyć choćby początek: „Dwa obozy biwakowały nad wodą, pod szałasami, wypoczywając po dziennych trudach. Z jednej strony kupcy z podwodami, z drugiej rybacy" (s. 139).

Jeśli idzie o dialogi, a jest to powieść, jak na teatr przystało, silnie dialogowana, to choć nie do końca są one dziś zrozumiałe i trącą czasem dzisiejszemu czytelnikowi naiwnością, sentymentalizmem i patosem, to z drugiej strony bywają pełne humoru, skrzą się błyskotliwym dowcipem. Nie ciężki i milkliwy Marek Czertwan tym się popisuje, ale Ragis i różne kobiety, w tym luźna Amerykanka– Irena Orwidówna. M. Rodziewiczówna inkrustuje narrację dziesiątkami mądrości ludowych i aforyzmów. Oto celniejsze z nich: „Chleb płacze, gdy go darmo jedzą (s.39), Rada, rzecz trudna (s.41). się Język ludzki – młyn na plewy (s.61), Dola buduje się na klęskach (s. 164). Nie zawsze z tym się wraca, po co się idzie (s.176)". Takie zwarte myśli dobrze zabrzmiałyby w ustach współczesnych aktorów.

Gdyby teatralizacja czy ekranizacja „Dewajtisa" miała dziś dojść do skutku, to bez wątpienia trzeba by wyciąć całe sentymentalno–dydaktyczne zakończenie powieści. Dobre ono było u schyłku XIX wieku, gdy literatura odgrywała głównie rolę wychowawczo–formacyjną, dziś, kiedy jest sztuką samą dla siebie, a funkcje pedagogiczne przejęły wyspecjalizowane instytucje, w tym niestety zdemoralizowane media, taki finał powieści niewątpliwie ją banalizuje. A przecież jest ona niezłą, stosunkowo dokładną fotografią epoki i miejsca, tudzież wnikliwą analizą charakteru narodowego Żmudzinów: „Nazywano go tym chytrym i skąpym, a on był tylko skrytym i wytrwałym" (s. 61).

Gdybym miał nakreślić ramy scenariusza „Dewajtisa" na dziś, to zamknąłbym go fantastycznym obrazem żmudzkiego dworu zatopionego w zielono–złotej poświacie lipca: „Lipy zaglądały w otwarte okna, rzucając kłęby miodowej woni i puch srebrzysty (…). Pszczoły zaglądały i tu, znęcone zapachem wosku i miodu, mijały się nad malinami. Wtedy kobieta podnosiła głowę i przyglądała się z lubością skrzętnym robotnicom. Cieszyła ją ta praca niestrudzona" (s. 215).

I z takim obrazem rajskiej Żmudzi przed oczyma wybrałam się w dolinę Dubissy (Dubysa), na brzegach której rzeczywiście są jeszcze miejscowości z powieści, choć M. Rodziewiczówna dość swobodnie topografią tego zakątka operowała. Ale na lewym brzegu tej dudniącej rzeki rzeczywiście stoi kościół w Ugianach (Ugioniai), a na prawym, nie, nie ma już pałacu w Poświciu, choć pozostała maleńka wioseczka o tej nazwie – Pašventupys. Bo obok płynie rzeka Święta czyli Šventupis przedzierająca się przez łokupijski las (Lokupio miškas). Jest jeszcze wioszczyna Vilaičiai, ale jeziora w Wiłajkach nie ma. Natomiast Rosienie (Raseiniai) rozpierają się w pobliżu miejsca akcji jako stolica Żmudzi, w centrum którego to miasta powiatowego, stoi niezwykle ekspresyjny pomnik Żmudzina. Oglądając go nieraz w milczeniu, wciąż słyszałem słowa pisarki: „Żmudzin nie lubi zaczynać  rozmowy, ciekawym nie jest– on patrzy, słucha i …milczy" (s.8). I nie drażnią mnie wcale te antypolskie reliefy na cokole owego pomnika („Świat Inflant" 2010, nr 10, s. 1–3), bo tam właśnie – jakby przeniesiony z ryngrafu wiszącego na ścianie domu Marka Czertwana – pędzi w pogoni za krzyżackim wrogiem legendarny Wejdawutas (s.165–167). Cały czas odnoszę wrażenie, że ów piekielnie zdolny i szalenie antypolski żmudzki rzeźbiarz Vincas Grybas (1890–1941), projektując ten pomnik czytał „Dewajtisa" polskiej pisarki Marii Rodziewiczówny, a kamienna postać Żmudzina w Rosieniach, to wypisz wymaluj Marek Czertwan. Bohater powieści mówił po polsku, będąc Żmudzinem, bo ten język był językiem szlachty, wyższej kultury. Zapytany, czy zapomniał rodzinnego języka, odparł dumnie:

– „Oj, nie, pani! Nie zapomnieliśmy niczego i na Żmudzi naszej dzieje nie zapisały żadnego wstydu! Ubodzy jesteśmy i nieliczni tylko, ale uczciwi…." (s. 87–88).

Wprawdzie mit odnowicielski (założycielski) Litwy, w tym Żmudzi w 1918 roku jest antypański i antypolski, to jednak rzeczywistość jej jest mieszana, czyli…inflancka.

Istotnie, Żemajtis, czyli Żmudzin na tej ziemi pozostanie na zawsze.

– Zostanie – zdawała się mówić ziemia cała, urobiona z klęsk, strat i ciągłej walki.

Potakiwała swemu synowi" (s.223).

 

 

 

Maria Rodziewiczówna: Dewajtis, Warszawa 1995, Wydawnictwo „Książka i Wiedza" ss. 224

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora