Stefan Pastuszewski - Napoleon nad Niemnem i Wilią

Podczas tradycyjnego niedzielnego spaceru, po wysłuchaniu Mszy Świętej w katedrze pw. św. św. Piotra i Pawła, część kowian, w drodze na deptak Alei Wolności zachodzi na ulicy Wileńskiej do Starych Piwnic (Seniei Rűsiai) pod numer 34. Urządzona tam w XVII– wiecznych lochach restauracja posiada trzy efektowne sale: Napoleońską /w pobliżu obecnej restauracji pokonany Napoleon jadł obiad 7 grudnia 1812 roku/, Szlachecką i Karabinową /Strzelecką/. Największe wrażenie wywiera ta pierwsza, z barwnym freskiem autorstwa Broniusa Rutkauskasa, będącym ścienną transpozycją sławnej litografii de C. Montte, a przedstawiającego przeprawć wielonarodowoúciowej Wielkiej Armii (Grand Armeç) przez Niemen w dniu 24 czerwca 1812 roku. Od tego momentu, w dniu zrównania dnia z nocŕ, formalnie bowiem datuje sić poczŕtek Drugiej Wojny Polskiej (Deuxičme Guerre des Polonais), zwanej w naszej, jak widać niezbyt szanującej polskie akcenty, historiografii: Wyprawą Moskiewską, bądź Najazdem Napoleona na Rosję, a nawet Kampanią Rosyjską 1812 roku. Środkiem rzeki biegła bowiem granica między, de facto zhołdowanym przez Napoleona, Królestwem Prus (umowa z 24 lutego 1812 roku), a Cesarstwem Rosyjskim.

Niemen – magiczna rzeka, mityczna granica między Zachodem a Wschodem; ilekroć jedziemy na Inflanty, tylekroć szukamy mostów, aby przekroczyć ten legendarny limes. Tak samo było w owym pamiętnym roku. Główny trzon Wielkiej Armii (600. 000 żołnierzy, 150.000 koni i 583 działa) zmierzał do Niemna trzema oddzielnymi partiami. Król Westfalii, najmłodszy brat Napoleona– Hieronim Bonaparte (1784–1860) na czele osiemnastu tysięcy żołnierzy (Hesyjczyków i Westfalczyków) szedů na Grodno, wicekról Wůoch, ksiŕýć Eugenç de Beauharnais (1781–1824) z czterdziestoszeúciotysićcznŕ grupŕ (Francuzi, Wůosi, Chorwaci, Hiszpanie) ku Pilonie (Piliuona), na poůudnie od Kowna a sam Napoleon Bonaparte na czele dwustu dwudziestu tysićcy ýołnierzy (tę część armii nazwano Armią Środkową) w kierunku Nowogródka (Naugardi Tškés), folwarku położonego o trzy mile powyżej Kowna, obecnie jego południowej dzielnicy. Józef Poniatowski przekraczał dopływ Niemena– rzekę Szczarę w pod Małkowiczami, a książę generał Karl Philips Schwarzenberg (1771–1820) tę samą rzeką pod Słonimem.

Napoleon zdawał sobie sprawę z czekających go trudności. Niepokoiła go zwłaszcza rozległość terenu spodziewanych operacji i brak dostatecznych zasobów żywnościowych, na jakie mógł liczyć po wkroczeniu na Litwę i Białoruś. Dlatego też po raz pierwszy od czasu wojen rewolucyjnych prowadzonych niemal na całym świecie przygotował ogromne tabory z zaopatrzeniem oraz wielkie stada wołów i krów, baranów i owiec, które musiały powodować znaczne opóźnienia w marszu. W konsekwencji niemal wszystkie manewry cesarza podejmowane w tej wojnie zakończą się niepowodzeniem – właśnie z racji powolności ruchów jego wojsk. Co więcej, ze względu na trudności z zaopatrzeniem Bóg Wojny zwlekał do trzeciej dekady czerwca 1812 roku z podjęciem działań bojowych po to, by wyrosła już trawa, a tym samym można było zapewnić paszę dla tak wielkiej liczby koni.

Inną ze słabych stron Wielkiej Armii był jej skład narodowościowy. Napoleon prowadził przeciwko Rosji niemal wszystkie narody europejskie, nawet Prusaków i Austriaków, z którymi do tej pory walczył i którzy nigdy nie byli jego sojusznikami. Cesarz nie ufał poszczególnym kontyngentom narodowym – z wyjątkiem Francuzów i Polaków – dlatego też dążył do ich przemieszania. W konsekwencji powstały wielonarodowe korpusy, źle ze sobą spojone, składające się z pułków, między którymi bardzo szybko wystąpiły antagonizmy. Źle też nimi dowodzono; przykład – Hieronim Bonaparte, którego trzeba było wycofać niemal na początku kampanii.

Jednak pycha, wynikła z dotychczasowych zwycięstw nie pozwalała Bogowi Wojny zrezygnować z szaleńczego zamiaru zhołdowania ogromnej Rosji.

Napoleon w Wyłkowyszkach (Vilkaviškis) podyktował wypowiedzenie wojny. Miało ono formę proklamacji do armii:

„Żołnierze! Rozpoczęła się Druga Wojna Polska. Pierwsza zakończyła się pod Friedlandem i w Tylży. W Tylży Rosja przysięgała być wiecznym sojusznikiem Francji i walczyć z Brytanią. Dziś łamie ona te zobowiązania. Odmawia też wyjaśnienia swego osobliwego postępowania, tak, że francuskie orły nie mogą powrócić za Ren, bo byłoby to równoznaczne z pozostawieniem naszych sojuszników zdanych na jej łaskę i niełaskę. Rosję porywa jej los, jej przeznaczenie musi się wypełnić. Czy myśli, że ulegliśmy degeneracji? Czyż nie jesteśmy żołnierzami spod Austerlitz? Zmusza nas do wyboru pomiędzy hańbą a wojną. Nie może być wątpliwości co do naszego wyboru. Maszerujmy więc dalej, za Niemen, i przenieśmy tę wojnę na jej terytorium. Druga Wojna Polska będzie tak samo chwalebna jak pierwsza, lecz pokój, jaki zawrzemy, będzie miał swą własną gwarancję. Przyniesie koniec zgubnym wpływom, jakie Rosja wywierała na stosunki w Europie przez ostatnie pięćdziesiąt lat. – Napoleon".

Nocą 23 czerwca kolumna cesarska, pokonując ogromny las koło Pilwiszek (Pilviškai), dotarła do rzeki, stając na jej wysokim lewym brzegu. Około godziny drugiej Napoleon, jadący dotąd powozem zaprzężonym w sześć rączych koni, dosiadł wierzchowca. I wydarzyło się coś, co przytomni temu wydarzeniu wzięli za zły omen.

Cesarz przebrał się w polski mundur 6 Pułku Ułanów. Polski oficer artylerii Roman Sołtyk w swych „Pamiętnikach wojskowych i historycznych" (1836) odnotował:

 

„Ustalono bowiem, a nawet wydano rozkaz, że żaden francuski żołnierz nie może być zauważony przez Moskali. Napoleon zdjął więc swoją kurtkę mundurową a książę Neuchatel, Suchorzewski, ja sam i pułkownik Pągowski, który właśnie nadbiegł, uczyniliśmy podobnie. Tak samo uczynił też generał Bruyčres".

Teraz jest więc „nas pięciu czy sześciu, stojących wokół Cesarza w samych koszulach i trzymających mundury w rękach w samym środku naszego biwaku. Szczególny to widok! Ze wszystkich tych mundurów, kurtka i furażerka pułkownika Pągowskiego najlepiej pasowały na Cesarza. Początkowo proponowaliśmy mu czapkę oficera lansjerów, lecz odmówił, uważając ją za zbyt ciężką. Wszystko to zabrało tylko kilka minut. Berthier także założył polski mundur. Szybko przyprowadzono dwa konie pułkownika. Jednego dosiadł Napoleon, zaś drugiego Berthier. Ponieważ tego dnia służbę na wysuniętych placówkach pełniła kompania porucznika Zrelskiego, on to właśnie został odkomenderowany, aby towarzyszyć Cesarzowi w charakterze przewodnika".

Wyprawa skierowała się do wioski Aleksota (obecnie lewobrzeżna dzielnica Kowna), trzy mile w dół rzeki, „położonej naprzeciwko, a oddalonej jedynie o dystans strzału armatniego od małego, otoczonego murami miasta o nazwie Kowno".

Są dwie wersje wspomnianego, źle rokującego wydarzenia. Członek Sztabu Generalnego, czyli de facto adiutant cesarza odpowiedzialny za kwatery wodza – generał brygady Filip Paweł de Ségur (1880–1873) w swoich pamiętnikach pisze, że tuż po dotarciu nad brzeg Napoleon ruszył ku rzece, chcąc natychmiast ujrzeć ów magiczny Niemen. „Owóż gdy dojeżdżał do Niemna, koń nagle zwinął się pod nim i wysadził go z siodła. Jakiś głos zawołał: „Zła to wróżba; Rzymianin cofnąłby się" 2.

Inne źródła natomiast podają, że stało się to dopiero 23 czerwca po obiedzie w Nowogródku (Naugardiđkës), gdzie cesarz kwaterował na terenie posiadłości lekarza wojskowego. Wówczas to, najedzony cesarz, po ustaniu południowej duchoty zaprosił generała dywizji, inżyniera wojennego François Haxo (1774–1838), księcia Nuechâtel, a zarazem szefa sztabu – marszałka Louisa Alexandre Brethier'a (1753–1815) oraz Wielkiego Koniuszego, generała Armanda de Canlaincourt na rekonesans. To oni w pobliżu niemeńskiego dopływu, małej rzeczki Jiesia, o godzinie dwudziestej pierwszej, w poświacie księżyca wyznaczyli miejsca na budowę trzech mostów przeprawowych bazujących na pontonach. Wracając z powrotem pod wierzchowcem imperatora przebiegł zając i wystraszony koń zrzucił jeźdźca. Choć wódz szybko wsiadł na wierzchowca i pogalopował dalej, to jednak towarzyszący Napoleonowi oficerowie wzięli to za złą wróżbę i roznieśli ją bardzo szeroko. Szef sztabu, L.A. Brethier szepnął do towarzysza:

– Lepiej nie przekraczajmy Niemna. To zły omen.

Napoleon z pewnością nie był dobrym jeźdźcem, co najwyżej niestrudzonym, a teraz jechał, jak mówi Odenleben: „Jak rzeźnik. Nie poruszając nogami, trzymając wodze luźno w prawej ręce, ze zwisającą lewą ręką, wyglądał jak zawieszony w siodle. W galopie, jego tors kołysał się do przodu i na boki wraz z ruchami konia".

A tego lata przybrał dużo na wadze. „Jego Cesarska Mość" – pisze w swoim pamiętniku kapitan hrabia Bonifacy de Castellane, oficer służbowy, który codziennie widywał go z bliska w Cesarskiej Kwaterze Głównej (IHQ), „przybrał sporo na wadze i jazda konna sprawia mu coraz więcej trudności. Wielki Koniuszy musi pomagać mu przy wsiadaniu".

Wodowanie pontonów mostowych rozpoczćůo sić okoůo dwudziestej drugiej. O trzeciej nad ranem 24 czerwca w pobliýu wsi Poniemoń (lit. Panemunë) trzy mosty w  odstćpach stumetrowych byůy juý gotowe. Rozpoczćůa sić przeprawa, która przeszła do historii wojskowości jako jedna z najlepszych operacji przeprawowych w dziejach wojen światowych. Urządzona w bardzo krótkim czasie przebiegała tak sprawnie, że nie zginął ani jeden żołnierz czy wierzchowiec, nie stracono ani jednego wozu.

Rozpoczęta 24 czerwca 1812 roku wojna nie budziła jednak entuzjazmu u francuskich

niemieckich czy włoskich żołnierzy Napoleona, bowiem nic im nie dawała, a wielkości i wartości łupów trudno było przewidzieć... A poza tym, jak przewieźć je do domu? Jedynie Polacy rozumieli, że tylko zwycięstwo nad Rosją przywrócić może zjednoczone Królestwo Polskie i widzieli w wojnie rewanż za rozbiory. Pułki polskie szły na Moskwę, śpiewając o rzezi Pragi dokonanej przez wojska pod dowództwem Aleksandra Suworowa (1723–1800) w 1794 r. Co do szans powodzenia operacji, nie brakowało jednak sceptyków. Jednym z nich był książę Józef Poniatowski (1763–1813).

Księstwo Warszawskie, w którym już po 1809 r. podniesiono stan armii do 60 000, dokonało nadzwyczajnego wysiłku mobilizacyjnego. W 1812 r. na wojnę poszło niemal 100 000 polskich żołnierzy, z tego ponad 35 000 utworzyło 5. korpus Wielkiej Armii pod wodzą Józefa Poniatowskiego. Po doliczeniu załóg twierdz i Gwardii Narodowej, zmobilizowanej do obrony granic Księstwa, otrzymamy około 130 000 żołnierzy (o takiej armii nie mogła nawet marzyć Rzeczpospolita liczniejsza w latach Sejmu Wielkiego) wystawionych przez nieco ponad 4–milionowe państwo. Rozproszenie Polaków po poszczególnych korpusach Wielkiej

Armii sprawiło, iż mało kto pamięta, że co czwarty żołnierz Napoleona w Rosji mówił po polsku! Nie tylko mówił, ale znał lepiej warunki klimatyczne i kuł konie „na ostro", by nie ślizgały się podczas spodziewanych gołoledzi, co oczywiście później wystąpiło.

Kilka dni po rozpoczęciu wojny, nazwanej propagandowo przez cesarza Drugą Wojną Polską, w Warszawie zebrał się Sejm Nadzwyczajny Księstwa Warszawskiego, który za zgodą Napoleona ogłosił utworzenie Królestwa Polskiego i wrócił do dawnego herbu Rzeczypospolitej – Orła i Pogoni. Nawiązując do miłych szlacheckim tradycjonalistom zwyczajów, sejm zawiązał Konfederację Generalną Królestwa Polskiego (1812–1813), której marszałkiem został sędziwy książę Adam Kazimierz Czartoryski (1734–1823). W istocie był to tylko pusty gest, bowiem prawdziwe Królestwo Polskie powstało dopiero po klęsce Napoleona w 1815 roku decyzją Kongresu Wiedeńskiego i było monarchią połączoną unią personalną z Rosją.

Do Konfederacji przystępować miały sejmiki szlacheckie oraz z Księstwa Warszawskiego i z guberni litewskich. Liczono też, że kupi się litewską szlachtę sygnałem, iż w odrodzonej Polsce instytucje napoleońskie zostaną bardziej przystosowane do lokalnych, konserwatywnych tradycji, w tym oczywiście litewskich.

Entuzjazm w kręgach politycznych byłej Rzeczypospolitej był duży. Po posiedzeniu Sejmu nadzwyczajnego księżna Izabela Czartoryska (1746–1830) pisała do syna: „Słowo jest wyrzeczone i Polska istnieje, O Boże, Boże, wróciłeś nam Ojczyznę i moje uszy zasłyszały słowa na zawsze w moim sercu wyryte, Polska żyje, Polska jest".

Nie sposób jednak nie wspomnieć o ograniczonym entuzjazmie polskiej i litewskiej szlachty dla wkraczającego w granice Rosji „wyzwoliciela". Dlaczego?

Armia napoleońska, wkroczywszy do Litwy, uważanej za kraj nieprzyjacielski, rabowała i niszczyła wsie oraz dwory, rekwirowała żywność. Musiała bowiem czymś się wyżywić. Skorzystali z tej okazji zrewoltowani chłopi, którzy też rzucili się do rabowania dworów i siebie nawzajem.

Mobilizacja kilku pułków piechoty i kawalerii wystawionych z prywatnych środków przez patriotycznie nastawionych wielkich posiadaczy ziemskich pozwoliła zapomnieć o działaniach prorosyjskiego Komitetu Polskiego z następcą Tadeusza Kościuszki w dowodzeniu insurekcją 1794 roku, Tomaszem Wawrzeckim (1759–1816) na czele, który bardzo się starał, by zebrać przed nadejściem Francuzów i... sfrancuziałych rodaków żywność oraz paszę i oddać ją do dyspozycji rosyjskiego dowództwa. Działał on w okolicach Widz. Narodowy entuzjazm nie zawsze bowiem wytrzymywał bezwzględne francuskie rekwizycje, a szlachta obawiała się, nie zrealizowanej jeszcze, ale wciąż aktualnej republikańskiej groźby uwolnienia ubezwłasnowolnionego chłopa pańszczyźnianego. To dopiero byłaby rewolucja! Dwoistość zachowań Litwinów w 1812 r. najlepiej wytłumaczył Marian Kukiel: „Polska napoleońska działała poza Niemen i Bug urokiem orła białego, narodowego munduru, świeżej wojennej sławy. Odpychała widokiem upadku gospodarczego, ruiny finansowej, radykalnych przeobrażeń społecznych, zrównania w prawach z chłopem".

Księżna Gabriela Puzynina (1815–1869) zapisała – znany jej ze słyszenia – w swoim pamiętniku „W Wilnie i ziemiach litewskich" spór między francuskim komendantem placu w Głębokiem, wymawiającym – przez tłumacza –„obywatelom ich obojętność ku Wielkiemu Wodzowi [tj. zbyt małe dostawy zboża i bydła], a przeto i dla własnej sprawy", a stojącym na

czele szlachty marszałkiem, przezwanym przez pamiętnikarkę „Sztuczką Energiczną", „który, nie żałując elokwencji, sypał jakby gradem wyrazami przez d... przez k... i przez s..., wymierzonemi przeciw Wielkiej Armii i jej Szefowi".

Brutalność napoleońskiego gubernatora Litwy (od 8 lipca 1812 roku), Holendra, generała Thierryrana Hogendorpa (1762–1821), który doświadczenie w zarządzaniu zdobywał wcześniej na... Jawie, a przed kampanią moskiewską jako komendant karnych obozów dezerterów, nie sprzyjała poprawie stosunków.

W cofającej się armii rosyjskiej, która aż do Smoleńska obawiała się widma polskiego powstańca, stającego się kolejnym argumentem za stawianiem oporu dopiero na rdzennie rosyjskiej ziemi, panowała niechęć wobec Polaków. Pod różnymi pozorami odsyłano na tyły polskich oficerów, w tym nawet carskich adiutantów, jak Władysława Branickiego. Choć dezercje były częste, jednak tysiące Polaków dzielnie walczyły w obronie Rosji i cara. Wejście oddziałów Józefa Poniatowskiego do Moskwy, prestiżowo boleśniejsze dla Rosjan niż wkroczenie Francuzów, wywołało w rosyjskiej propagandzie falę wzmożonej polonofobii i oskarżeń o grabieże. Uległ jej nawet hrabia Lew Tołstoj.

Wróćmy jednak do początku Drugiej Wojny Polskiej, czyli dnia 24 czerwca 1918. F. P de Ségur pisze:

„Resztę dnia spędził cesarz w swojej kwaterze, bądź to w namiocie, bądź też pod gościnnym dachem polskiego dworu (w Nowogródku– przyp. S.P), szukając na próżno spoczynku, odrętwiały, znużony niewywczasem i niezwykłym upałem.

Z nadejściem nocy skierował się znów nad rzekę. Najpierw przeprawiło się łódką kilku saperów. Zdziwieni panującą dookoła ciszą, wylądowali na rosyjskim brzegu bez żadnej przeszkody. Z tamtej strony Niemna panował spokój; to na ich brzegu toczyła się wojna, pokój zaś spowijał tę ziemię, którą malowano im w tak groźnych barwach. Po chwili dopiero zjawił się młody oficer kozacki, dowodzący patrolem. Zjawił się, jak gdyby nic nie zagrażało pokojowi, jak gdyby nieświadom tego, iż tam – za rzeką – stoją w bojowym szyku nieprzebrane hufce wszystkich niemal ludów Europy. „Kto idzie?" – zapytał. „Francuzi" – brzmiała odpowiedź. „Czego chcecie? W jakim celu przekroczyliście granicę?" – „Czego chcemy?... Bić się z wami!... Zająć Wilno!... oswobodzić Polskę!" – krzyknął jeden z saperów.

Kozak zawrócił konia i znikł wkrótce w leśnej gęstwinie. Wówczas uniesieni zapałem i ciekawi, co kryje się w lesie, trzej nasi żołnierze zdjęli z ramion karabiny. Huknęły trzy strzały, a słabe ich echo było jedyną zapowiedzią rozpoczynającej się nieszczęsnej a wiekopomnej kampanii!

To pierwsze hasło bojowe zirytowało mocno cesarza. Skarcił surowo niewczesny wybryk żołnierzy, nie wiadomo, czy była to z jego strony przezorność, czy też złowieszcze przeczucie. Natychmiast trzystu woltyżerów przeprawiło się przez rzekę dla ochrony mostów. Wówczas z lasu i z wąwozów wysunęły się równocześnie wszystkie kolumny francuskie. Szły w milczeniu, niewidoczne pod osłoną nocy. Zakazano rozpalania ognisk, niecenia najdrobniejszych nawet światełek. Odpoczywano z bronią w ręku, jak w obliczu nieprzyjaciela. Mokre od rosy, zielone żytnie łany łożem były dla ludzi, strawą dla koni.

Przenikliwy, budzący ze snu chłód długiej nocy, mrok, który smutkiem zasnuwa dusze ludzkie, wreszcie bliskość niebezpieczeństwa – wszystko to wzmagało ponury nastrój. Otuchy dodawała jedynie nadzieja zwycięstwa. Szeptem powtarzano sobie najcelniejsze urywki ostatniej proklamacji Napoleona, a geniusz wojny płomiennym swoim tchnieniem rozpalał wszystkie wyobraźnie!

Przed nami leżała granica rosyjska. Nasze chciwe spojrzenia, przebijając ciemności, próbowały wedrzeć się w krainę, której podbój okryć nas miał nieśmiertelną chwałą. Zdawało nam się, że słyszymy już radosne okrzyki Litwinów witających swoich oswobodzicieli, że widzimy za rzeką tysiące błagalnie wyciągniętych ku nam dłoni. Tutaj wszystkiego nam brakowało, tam opływać będziemy we wszystko. Oni zatroszczą się o nasze potrzeby, przyjmą nas z serdeczną a głęboką wdzięcznością. Czymże był wobec tego trud bezsennej nocy?... Niebawem zbudzić się miał dzień, a wraz z nim jego dobroczynne ciepło i wszystkie jego uroki. Lecz światło dzienne ukazało nam pustą jeno, piaszczystą wydmę i posępne, gąszczem podszyte lasy! Oczy nasze spoczęły ze smutkiem na postaciach kamratów, a wtedy imponujący widok olbrzymiej naszej armii nową napełnił nas dumą i pokrzepił otuchą.

W odległości trzystu kroków od rzeki, na najwyższym pagórku, bielił się namiot cesarza. Dookoła zaś wszystkie wzgórza, stoki pagórków, jary i wąwozy roiły się od ludzi i koni. Gdy pierwsze promienie słoneczne padły na te ruchome masy, połyskujące bronią, ozwały się trąbki i trzy olbrzymie kolumny ruszyły ku trzem mostom. Jak potworne cielska ogromnych wężów wiły się i pełzały pośród niewielkiej piaszczystej równiny, dzielącej je od Niemna, wydłużały się i zacieśniały coraz bliżej rzeki i mostów, a po chwili pierwsze szeregi rozwijały się już na tej obcej ziemi, którą miały spustoszyć, a następnie zasłać własnymi krwawymi szczątkami.

Tak wielki był zapał, że doszło niemal do utarczki między dwiema dywizjami przednich straży, każda z nich bowiem usiłowała pierwsza dostać się na przeciwległy brzeg. Z trudem zdołano zaledwie uśmierzyć wzburzonych żołnierzy. Napoleon również pospieszył postawić stopę na ziemi rosyjskiej. Bez lęku i wahania czynił ten pierwszy krok na drodze prowadzącej do zguby… Gdy tylko pierwsza dywizja zajęła pozycje na drugim brzegu Cesarz, ogarnięty nagłym zniecierpliwieniem, pogalopował na przełaj, tak szybko jak tylko mógł biec jego koń, do przylegającego do rzeki lasu. Zdawałoby się, że w swym pędzie sam jeden chce dosięgnąć wroga".

Cesarz ulokowany pod specjalnie sporządzonym baldachimem na Wzgórzu Napoleona, osobiście doglądał przeprawy przez Niemen, obecnością swoją zagrzewając żołnierzy, którzy witali go zwykłym okrzykiem. Wydawali się bardziej rozentuzjazmowani od niego: może w owej chwili padł mu na duszę mroczny cień zwątpienia; może osłabł chwilowo, znużony bezsennością i upałem, albo też dziwił się, iż nic więcej nie ma już do zdobycia.

Wreszcie – zniecierpliwiony – ściągnął cugle i pomknął w las nad rzeką. Zdawało się, że w swym zapale chce sam uderzyć na wroga. Przejechał tak samotnie przeszło milę. W końcu zawrócił ku rzece i brzegiem Niemna podążył wraz z gwardią ku Kownu. Była trzynasta godzina 24 czerwca 1812 roku.

F. P de Ségur odnotował:

„Głuchy huk wstrząsnął nagle powietrzem. Idąc nasłuchiwaliśmy, w której stronie rozpoczyna się bitwa. Lecz z wyjątkiem luźnych oddziałów kozackich, zarówno tego dnia, jak i następnych, walczyły z nami jedynie żywioły. Zaledwie bowiem cesarz przeprawił się przez rzekę, rozległ się daleki huk. Niebawem ściemniło się; zerwała się, zawyła wichura, a z nią złowróżbne pomruki gromów. Otaczająca nas pustka i brzemienne czarnymi chmurami niebo posępny wytwarzały nastrój. Najwięksi nawet zapaleńcy spoglądali z zabobonną, trwogą na zbliżającą się nawałnicę. Zdawało się, że te rozdzierane błyskawicami chmury, co gromadzą się nad naszymi głowami, opadną na ziemię, aby bronić jej przed naszym najazdem.

Burza ta dorównywała wielkością naszemu przedsięwzięciu. W ciągu wielu godzin, na przestrzeni pięćdziesięciu mil nadciągały zewsząd czarne i gęste chmury. Niebo prażyło ogniem, a chłostało ulewą. Woda pozalewała drogi i pola, straszliwy upał przemienił się nagle w przejmujący chłód. Padło wtedy dziesięć tysięcy koni, częściowo podczas marszu, lecz głównie na postojach. Wzdłuż piaszczystego wybrzeża porzucono mnóstwo wozów. Dzień ten wielu ludzi przypłaciło zdrowiem, a nawet i życiem.

Na początku burzy cesarz schronił się do pobliskiego klasztoru karmelitów. Wkrótce jednak ruszył dalej, ku Kownu, gdzie panował zupełny bezład i rozprzężenie. Błyskawice i pioruny nie przestraszały już nikogo, nie zwracano na nie żadnej uwagi. Burza – zwykłe o tej porze zjawisko – zatrwożyła nieliczne jednostki, ogół natomiast zachowywał się obojętnie. Powszechna niewiara bądź to wyrozumowana, bądź też prostacka i bezmyślna, gwałtowne żądze i namiętności, wzrastająca coraz bardziej ilość nieodzownych potrzeb, wszystko to oddalało duszę ludzką od nieba, kolebki jej i ostatniego przytułku. Toteż straszliwa owa burza na nikim właściwie nie wywarła głębszego wrażenia; widziano w niej jedynie niefortunny, ale naturalny przypadek, i armia nie umiejąc dostrzec w niej potępienia tak srogiego najazdu, za który zresztą nie ponosiła odpowiedzialności, znajdowała tu powód do gniewu przeciw losowi lub niebiosom, które tą drogą ostrzegały wówczas – mimowolnie lub świadomie – przed straszliwą przyszłością".

Tegoż dnia do niespodzianki w formie burzy gradowej przybyło jeszcze jedno niepowodzenie. Opodal Kowna kozacy spalili most na Wilii, uniemożliwiając tym samym przejście korpusowi pod dowództwem marszałka Nicolasa Charlesa Oudinota (1767–1847), Korpus ów, spychając na północ rosyjski korpus pod wodzą feldmarszałka Ludwika Adolfa Piotra Christianowicza Wittgensteina (1768–1842) miał opanować Kiejdany (Këdaniniai), a nastćpnie Wiůkomierz (Ukmergë) i dotrzeă do Dęwiny pod Poůockiem. Napoleon zirytowany nieoczekiwaną przeszkodą, lekceważąc ją tak, jak lekceważył wszystko, co stawało mu na zawadzie, rozkazał szwadronowi Polaków z 6 Pułku Piechoty lekkiej przebyć wpław rzekę. Bez wahania skoczyli dzielni żołnierze w spienione nurty. E. P de Ségur pisze:

„Początkowo płynęli szeregami, niebawem jednak, gdy zdwoiwszy wysiłki znaleźli się na głębinie, zniosła ich fala. Przestraszone konie, szarpiąc się, na próżno usiłowały walczyć z wartkim prądem. Jeźdźcy dobywali ostatka sił, by dopłynąć i rozkaz spełnić, lecz wkrótce i oni również zanurzali się coraz bardziej, coraz widoczniej szli na dno. Nieuchronną była ich zguba, lecz że na ojczystej ginęli ziemi, za sprawę wspólnej Matki, za jej zbawcę, więc zwróciwszy nadludzkim wysiłkiem głowy w stronę Napoleona, z okrzykiem: „Niech żyje cesarz!" – zniknęli pod wodą. Trzej zwłaszcza okrzyk ten powtórzyli kilkakrotnie, nim pochłonęła ich wzburzona topiel. Tysiące oczu spoglądało na nich ze zgrozą i uwielbieniem.

Co się tyczy Napoleona, to wydał wprawdzie szybko i z całą precyzją odpowiednie polecenia i zarządził akcję ratunkową, nie znać było jednak na nim żadnego wzruszenia: albo tak umiejętnie panował nad sobą, albo podczas wojny uważał wszelkie wzruszenia za karygodny objaw słabości, albo wreszcie przewidywał większe nieszczęścia, wobec których niczym była utrata jednego szwadronu".

To dramatyczne wydarzenie znad kowieńskiej Wilii świadczy z jednej strony o okrucieństwie cesarza, a z drugiej o kabotyńskim zaślepieniu części Polaków. Tak jak Wzgórze Napoleona jest w Kownie oznakowane, tak niektórzy twierdzą, że należy jak najszybciej oznakować tragiczną dla nas przeprawą przez Wilię. O ile, oczywiście była aż tak tragiczna… W źródłach różne się o niej traktuje.

Baron generał Louis François Lejeune (1775–1848) w swoich pamiętnikach odnotował, że pułkownik 6 Pułku Piechoty Lekkiej przy pomocy dwóch rezolutnych pływaków przeprawił się z koniem na drugi brzeg wezbranej po obfitych opadach i wartkiej przy ujściu Wilii. Wracając do swojego pułku, zauważył polskiego szwoleżera porwanego prądem rzeki i rzucił się „w ubraniu do wody, aby go ratować. Czyn ten, sam w sobie bardzo chwalebny, Napoleon uznał za niestosowny w wykonaniu pułkownika stojącego na czele swojego oddziału, i to w obliczu wroga. Co też mu oznajmił".

Bohaterskie wyczyny są piękne, ale tu potrzebne były pontony. Napoleon rozkazał więc hrabiemu generałowi Jean Ambroise Lariboisičr' owi (1759–1812), aby pożyczył generałowi François Haxo batalion robotników marynarki z tak zwanej Marynarki Dunaju.

„Cesarz, choć tak samo przemoczony jak wszyscy, był obecny przy odbudowie mostu. W ten sposób wymusił niesamowitą aktywność wszystkich tam pracujących, w tym dwustu inżynierów z oddziałów generała Haxo, rozebranych do naga".

Tak się składa, że mamy jeszcze trzeci opis. Antoine Marcelin Marbot powiada, że w tym samym momencie zjawił się tam jego 23 Pułk Szaserów, idący na czele II Korpusu. Wszystko jednak, co dowódca tego oddziału widział, to zaledwie jeden topielec: „Zanotowałem jego nazwisko. Brzmiało ono Trzciński". Także i Gaspard Gourgaud (1783–1852) szydzi z literackiej bohaterszczyzny F. P de Ségura. Powiada on, że niejaki kapitan Józef  Załuski, dowodzący pierwszym szwadronem Pułku Polskich Szwoleżerów Gwardii, „porzuciwszy swego konia był bliski utonięcia. Został ocalony przez kilku pracujących w pobliżu saperów i żołnierzy lekkiej piechoty".

Jest mało prawdopodobne, aby F. P de Ségur zajęty, w tym czasie jako zastępca Prefekta Pałacu poszukiwaniem kwatery dla wodza w Kownie był świadkiem sceny nad Wilią. Widocznie jednak na wpół mityczna wersja zdarzenia, podobna do tej, którą poda później F. P de Ségur, cały czas wzbogacana, rozchodzi się po całej armii i dociera również do Francisa Dumonceauia. Właśnie kiedy urządza się on na swoim mokrym biwaku tuż pod murami miasta, słyszy od kolegów, „którzy byli w mieście po zakupy", wersje jeszcze bardziej melodramatyczną: „To sam cesarz, z pomocą dwóch żołnierzy, ryzykował życiem, próbując przeprawić się przez wezbrany potok!"

Dziwna ludzka naturo! Dziwna ludzka pamięci! Zamiast szukać rzeczowej prawdy poprzestajemy na fantasmagoriach, mając niezwykłą skłonność do budowania mitów. Nie wolny od niej był kongenialny pisarz Lew Tołstoj (1828–1910), który w swej niezwykłe powieści „Wojna i pokój" rozwinął – według mnie nie bez jadowitej niechęci do Polaków, w końcu współnajeźdzców – nieodpowiedzialne fantazje F. P de Ségura:

„Kiedy Cesarz się zbliżył do szerokiej rzeki Wilii, zatrzymał się przy pułku ułanów polskich, który stal na brzegu.

– Wiwat! – z takim samym entuzjazmem krzyczeli Polacy, łamali szyk i tłoczyli się, aby go zobaczyć. Napoleon przyjrzał się rzece, zsiadł z konia i usiadł na pniaku leżącym na brzegu. Na niemy znak podano mu lunetę; oparł ją na ramieniu pazia – który podbiegł uszczęśliwiony – i jął patrzeć w przeciwną stronę. Potem zagłębił się w badaniu mapy rozłożonej między pniakami. Nie podnosząc głowy powiedział coś i dwaj adiutanci pocwałowali do polskich ułanów.

– Co? Co powiedział? – rozlegało się w szeregach polskich ułanów, kiedy adiutant przycwałował do nich.

Wydano rozkaz, by odnaleźć bród i przeprawić się na przeciwległy brzeg. Pułkownik polskich ułanów, piękny, starszy mężczyzna, zaczerwieniony, plącząc słowa ze wzruszenia, zapytał adiutanta, czy wolno mu będzie wraz ze swymi ułanami przepłynąć rzekę nie szukając brodu. Z wyraźnym lękiem, aby mu nie odmówiono, niby chłopiec, który prosi o pozwolenie, by mógł dosiąść konia, prosił, by mu pozwolono przepłynąć rzekę w obecności cesarza. Adiutant powiedział, że cesarz prawdopodobnie nie będzie niezadowolony z tego nadmiaru gorliwości.

Jak tylko adiutant to powiedział, stary, wąsaty oficer, z uszczęśliwioną twarzą i błyszczącymi oczyma, wzniósł do góry szablę, krzyknął: „Wiwat!", zakomenderował: ,,Za mną!", spiął konia ostrogami i pocwałował ku rzece. Z gniewem szarpnął konia, który się pod nim zawahał, i runął w wodę kierując się w główny nurt rzeki. Setki ułanów pognało za nim. Było zimno i strasznie w środkowym bystrym nurcie rzeki. Ułani czepiali się jeden drugiego, spadali z koni. Nie które konie tonęły, tonęli i ludzie, pozostali usiłowali płynąć naprzód na drugą stronę, a choć pół wiorsty był bród, szczycili się tym, że płyną i toną w tej rzece, pod okiem człowieka siedzącego na pniaku nawet nie patrzącego na to, co oni robią. Kiedy adiutant wrócił i wybrawszy stosowną chwilę pozwolił sobie zwrócić uwagę cesarza na oddanie Polaków dla jego osoby, mały człowiek w szarym surducie wstał, wezwał do siebie Berthiera i jął spacerować z nim po brzegu tam i z powrotem, wydając mu rozkazy i z rzadka spoglądając z niezadowoleniem na tonących ułanów, którzy rozpraszali jego uwagę.

Nie było dla niego nowością przeświadczenie, że na wszystkich krańcach świata – od Afryki do stepów moskiewskich – jednako budzi podziw w ludziach i przyprawia ich o szaleństwo poświęcenia. Kazał sobie podać konia i odjechał do swej kwatery.

Utonęło ze czterdziestu ułanów, choć wysłano na pomoc łodzie. Większość wydostała się z powrotem na ten sam brzeg. Pułkownik i część ułanów przepłynęli rzekę i z trudem wygramolili się na przeciwległy brzeg. Jak tylko wyszli na ląd, przemoknięci, ociekający wodą, natychmiast wykrzyknęli: „Wiwat!", patrząc z zachwytem na miejsce, gdzie stał Napoleon, lecz gdzie go juz nic było, i w tej chwili uważali się za szczęśliwych".

Szkoda, że ów groteskowy obraz kabotyńsko zachowujących się polskich żołnierzy utrwalił się w świadomości milionów, bo „Wojna i pokój" znana jest na całym świecie i dla wielu stanowi jedyne źródło wiadomości o Drugiej Wojnie Polskiej. Autor „Anny Kareniny" pogłębił opinię o polskiej bohaterszczyźnie, co dziś, w cieniu katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku wyjątkowo źle się kojarzy. A przecież to wielką nieodpowiedzialnością, jeśli już nie kabotyństwem była już sama wyprawa Napoleona na Moskwę, którą usiłował „poprawić" Adolf Hitler atakując ZSRR w rocznicę napoleońskiego wypowiedzenia wojny w Wyłkowyszkach, czyli 22 czerwca 1941 roku.

W ogóle wszystkie relacje zastępcy Prefekta Pałacu i adiutanta Napoleona zarazem są przerysowane i kiedy w 1823 roku ukazały się drukiem, to wzbudzają falę krytyki, ale też oskarżenia autora o sympatie proburbońskie. F. P de Ségur niedwuznacznie wskazuje na kabotynizm w postępowaniu cesarza.

Owa rosyjska straż graniczna, spłoszona przez przeprawiające się przez Niemen wojska napoleońskie zawiadomiła jeszcze tego samego dnia (25 czerwca, odległość miedzy Kownem a Wilnem wynosi 100 kilometrów), cara (1801–1825) Aleksandra I Romanowa (1777–1825), który w Wilnie bawił się na balu. Władca Rosji, nie chcąc zakłócać radosnej atmosfery, zataił ten fakt do dnia następnego, co spowodowało jeszcze większą panikę podczas rozpaczliwej ewakuacji.

Car, rozpowiadając wszem i wobec, że „zawrze pokój tylko wówczas, gdy ani jeden żołnierz nieprzyjacielski nie pozostanie na mojej ziemi", napisał w nocy list do Napoleona żądający opuszczenia terytorium Rosji, który wyekspediował dopiero nocą z 26 na 27 czerwca. Bóg Wojny nie ugiął się.

28 czerwca 1818 roku Napoleon Bonaparte wkroczył triumfalnie do Wilna i spędził w nim 19 dni do 16 lipca. Upajał się świeżymi śladami uciekającego przed nim cara Aleksandra I Romanowa, z którym przecież dzielił Europę w 1807 roku w Tylży („Świat Inflant" 2010, nr 12, s. 1–3). W istocie jednak czekał aż dojrzeją trawy, aby konie Wielkiej Armii miały co jeść. Zaopatrzenie wojska było w tamtych czasach równie trudne, jak bój i marsz.

1 lipca imperator powołał Komisję Rządu Tymczasowego Wielkiego Księstwa Litewskiego ze Stanisławem Sołtanem na czele.

Napoleon mówił wprawdzie o konieczności zniesienia poddaństwa, ale sprawę tę poruczył Komisji Rządu Tymczasowego. Komisja ta jednak w kwestii chłopskiej nic nie postanowiła, tłumacząc, że wzburzenie powszechne i czasy wojenne stanęły temu na przeszkodzie. Żądała za to od chłopów natychmiastowego powrotu do zagród i do obowiązków pańszczyźnianych. Wmawiała wieśniakom, że przez to okażą się oni „godnymi tych dobrodziejstw, które dla was wspólna ojczyzna wkrótce ogłosi". Zniesienie poddaństwa oznaczało wówczas nic innego, jak rewolucję. Wówczas Napoleon miałby przeciwko sobie szlachtę litewską, na której poparcie dostarczy żywności, i pieniądze liczył.

Kiedy Wielka Armia pociągnęła w głąb Rosji, litewska Komisja Rządu Tymczasowego zajęła się organizacją administracji, sądownictwa, zatroszczyła się też o oświatę, ogłosiła wznowienie unii z Polską. Niesłychany urodzaj 1812 r. pozwolił na ściągnięcie żywności dla głodującej armii napoleońskiej. Jednakże zanim uformowano pułki litewskie, nadeszła wiadomość o odwrocie Napoleona z Moskwy, a potem o straszliwej przeprawie jego armii przez Berezynę („Świat Inflant" 2006, nr 6, s. 1–3). Zapał wojenny i wiara w Napoleona zgasły wówczas na Litwie niemal doszczętnie. Straty poniesione przez Litwę w wojnie 1812 r. były olbrzymie.

Powszechna wojna narodowa ludu rosyjskiego przeciwko francuskim najeźdźcom, dzielność i dobra, genialnie wykorzystująca ogromne przestrzenie, strategia armii rosyjskiej, kłopoty z zaopatrzeniem i błędy w dowodzeniu, a na koniec przedwczesna, sroga zima złamały potęgę Napoleona. W końcu grudnia 1812 r. ostatnie niedobitki Wielkiej Armii opuściły Litwę. Straty, jakie poniosła armia w tej kampanii, były ogromne. Do szeregów w 1813 wróciło nie więcej niż 30 tysięcy żołnierzy. Zabitych było około 60 tysięcy, do czego dochodzi podobna liczba zmarłych z wyczerpania i chorób. Około 15 tysięcy dostało się do niewoli, z której zaczęli powracać dopiero około 1814 roku.

Litwa, spustoszona i wyczerpana przemarszami wojsk, musiała z kolei żywić armie rosyjskie. Po powrocie Rosjan przestało istnieć półroczne, odrodzone Wielkie Księstwo Litewskie. Ucierpieli oczywiście zwolennicy Napoleona, szykanowani przez urzędników carskich i tych Litwinów, którzy pozostali wierni Aleksandrowi I. Szlachta litewska zaczęła wzdychać do tego, „ażeby Litwa połączona była z Królestwem Polskim i jednakowych z nim używała dobrodziejstw". W 1815 roku okazało się jednak, że Rosja nadal uważa Litwę za swoją prowincję. Kongres Wiedeński na życzenie cara Aleksandra I Romanowa utrzymał podział Litwy na dwie części: Suwalszczyzna pozostała w składzie Królestwa Polskiego; Żmudź i Wileńszczyzna z powrotem wróciły pod berło carskie.

Ów pamiętny 1812 rok wszedł do historii Litwy jako czas zamętu i awantur, o czym subtelnie wzmiankuje Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu".

 

Przypisy

1)   Robert Bielecki: Encyklopedia wojen napoleońskich, Warszawa 2001, Wydawnictwo „Trio", s. 267

2) Filip Paweł de Ségur: Pamiętniki adiutanta Napoleona, przekład z francuskiego Emilia Leszczyńska, Warszawa 1982, Wydawnictwo MON, s. 25

3) Andrzej Nieważny: My z Napoleonem, Wrocław 1999, Wydawnictwo Dolnośląskie, s. 101–108

4) Paul Britten Austin: 1812. Marsz na Moskwę, przekład z angielskiego Klementyna i Wojciech Chrzanowscy, Gdańsk 2002, Wydawnictwo „Finna", s. 559

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora