Romuald Kromplewski - Wspomnienia z wojny (1)

Lata mijają szybko. Mgła czasu coraz bardziej przesłania to co minęło. Nowe miejsca, zdarzenia, ludzie…  Coraz mniej tych, którzy pamiętają dni wojny. Miałem niespełna 7 lat gdy mnie one zastały na Kresach, które obecnie są już częścią Białorusi.
Jeżeli by ktoś zechciał przeczytać tę garść moich wspomnień, dobrze by wiedział, że to co zapisałem, miało miejsce już dobre kilkadziesiąt lat temu, oraz że starałem się przedstawić mą relację tak, jak widziałem wszystko oczami dziecka, i że zatem język i pewne zwroty nie zawsze może są odpowiednie, za co przepraszam, ale nie chciałem ich już zmieniać. Jedynie skróciłem nieco ówczesne zapiski, choć i tak pewnie są przydługie.
***
Mój ojciec pracował na kolei na jednym z kierowniczych stanowisk, co skutkowało tym, że wraz z rodziną mieszkał najpierw w Królewszczyźnie na Ziemi Wileńskiej, potem w Grodnie i w Mołodecznie. Rok lub dwa przed wojną przenieśliśmy się do Baranowicz.  Stoi mi  w oczach nasz tamtejszy duży, żółty, drewniany dom. Wejście od południa, po lewej stronie lasek, za domem ogródek i dalej tory, a na podwórku biegający kudłaty pies Pędrak – dość złośliwy i groźny. Wewnątrz ogromne radio, z którego pewnego słonecznego dnia zaczęły wydobywa się groźne wołania: „Uwaga! Nadchodzi! ...Uwaga! Nadchodzi!" Mnie  to nie martwiło, ale widziałem, że jest w domu napięta atmosfera i wszyscy są czymś bardzo przejęci. Był to początek wojny; pierwszego września 1939 r.

Dalej już będę pisał tylko o tym, co sam widziałem i czułem. Bo podobno zacząłem chodzić do szkoły i zaliczyłem miesiąc edukacji – ale ja nic o tym nie pamiętam, więc skąd pewność, że to prawda? Widać tkwił we mnie zdrowy instynkt – nauką się nie przejąłem. Żeby już skończyć z edukacją, to powiem od razu, że w czasie wojny miałem nieustające wakacje. Za wyjątkiem wspomnianego miesiąca i jeszcze jednego, o którym potem, byłem wolny jak ptak. Mój tata usiłował mnie uczyć pisać, czytać i rachować, ale nie przypominam sobie, bym odczuł to jako jakąś uciążliwość.
Co działo się w czasie wojny? Czy muszę pisać kolejno? Chyba nie.
Jako ważny fakt muszę podać, że pewnego razu leżałem sobie  pod krzakiem kwitnącej porzeczki. Po jej blado–zielonkawych kwiatkach chodziła pszczoła, wyżej błękitniało majowe niebo, a ja myślałem sobie tak: „Teraz jestem bardzo szczęśliwy, bo widzę tę świeżą zieleń, pszczołę i słonko na bezchmurnym niebie. Kto wie czy nie jest to najszczęśliwsza chwila w moim życiu? Nie mam żadnych zmartwień. Ot, leżę sobie pod tym krzakiem i o niczym nie muszę myśleć, tylko patrzę sobie i wącham jak pachnie wiosna."
Wtedy miałem 9 lub 10 lat i ta filozoficzna, a może tylko leniuchowska, refleksja była jedyną jaką pamiętam. No, przyrodę owszem, tak. To było fascynujące:
Smakowite antonówki w sadzie sąsiada; na drzewach starych i rozłożystych.
Kwitnący jaśmin koło piwnicy na podwórku.
Rowy przydrożne pełne trawy.
Kałuże błotniste, po których tak przyjemnie można chlapać bosymi nogami.
A za miastem Myszanka płynąca przez podmokłe łąki, na których razu jednego ukazał się wąż. Wtedy podniósł się krzyk kąpiących się. Wąż skoczył do wody. Tam go dopadnięto i zabito. Mówili, że był jadowity. To była bodaj jedyna panika i akcja pełna napięcia i grozy, jaką widziałem w czasie wojny. Wszystkie inne odbywały się ze spokojem, czasem w majestatycznej ciszy lub atmosferze humoru i wesołości.
Do wojny wrócę później; najpierw może parę zdań o tym, co było ważniejsze i utkwiło mi w dziecięcej świadomości.
Parę uliczek dalej drewniany kościółek. Szło się tam drewnianymi chodnikami, których deski zabawnie klepały, gdy było po deszczu. Maszerowałem tam chętnie na nabożeństwa majowe, i pewnie dlatego dzisiaj, gdy w tym okresie rozlegną się dzwony, zawsze pragnę pójść i śpiewać o umajonych łąkach i „módl się za nami" w loretańskiej litanii. Tyle, że diabełek trzyma za kołnierz i podszeptuje: „Przecież jesteś leniem, nie idź."

Pamiętam też jak trzymałem wstążeczkę chorągwi na procesji wokół świątyni i jak stary ksiądz proponował bym przychodził raniutko służyć mu do mszy, bo nie miał on ministranta. Żal mi go było i chciałbym przychodzić, ale bałem się. Bałem się, że nie zapamiętam tylu modlitw po łacinie.
I nie poszedłem.
Pamiętam jeszcze z jakim przejęciem śpiewano „Ojczyznę wolną, racz nam wrócić, Panie" albo „Królowo korony polskiej, módl się za nami."
W pokoju przy łóżku ścianę osłaniał kilim, a na nim krzyżyk, który towarzyszył mi od urodzenia do dziś. Odpadła mu jedynie tabliczka z napisem INRI.
W domu częstymi gośćmi byli żebracy. Skąd się brali, jak do nas trafiali? Chyba chodzili od domu do domu? Rodzice sadzali takiego żebraka za stołem w kuchni i dawali coś jeść i jeszcze coś na drogę.                               

Zdarzali się czasem tacy, którzy chcieli tylko pieniędzy; powiadano w domu, że na wódkę. Takich– jeśli ich znano –wyganiali.
W dużym poważaniu był chleb, bo – jak mi tłumaczono – modlimy się o niego. Jeśli kromka upadła na podłogę, babcia podnosiła ją i całowała, by przeprosić. Chleb był pieczony zresztą zawsze (dopóki było z czego) w domu. Wspaniałe, okrągłe, duże bochenki, ugniecione w dużej drewnianej dzieży, w której pozostawiano zakwaszkę na następny wypiek.
Moi rodzice zawsze – a zwyczaj ten pozostał do końca – zawierali jakieś znajomości z wieśniakami, i była to jakby trochę przyjaźń, a trochę symbioza, korzystna dla obu stron. W owym czasie taką znajomą  była Emilianczycha, białoruska chłopka, mieszkająca wraz z rodziną na gospodarstwie kilka kilometrów na zachód za miastem. Być może jej mąż był przed wojną kolejarzem i stąd ich znał tata, wszak mieszkali tuż przy torze linii na Wołkowysk. Gdy przyjeżdżali do miasta na rynek, może w innych sprawach, zachodzili też do nas, częstowano ich, a oni opowiadali na wpół po białorusku o różnych ciekawych sprawach.
Dużą atrakcją dla mnie były letnie i jesienne wędrówki do nich. Tam mieliśmy zagonik kartofli, który trzeba było w porę okopać i wykopać. Pomagałem przy wykopkach, ale to nie utkwiło mi zbytnio w pamięci, tak jak sprawy ważniejsze – jak to, że paliliśmy ognisko, piekli kartofle, lub że hasałem po polach albo biegałem na drugą stronę toru na bagna, gdzie można było skakać z kępki na kępkę po grzęsawisku.
Niezmiernie interesująca była droga na wieś. Wiodła między łanami żyta i jęczmienia, przeplatanych chabrem i kąkolem lub obok łąk i mokradeł. Człapało się po niej najlepiej boso. Niezależnie od pogody była to wielka frajda.
Tu wspomnę o pewnej dywersantce. Była nią moja ciocia Szura (Urszula), zawsze bardzo zawzięta na wszelkich najeźdźców i wrogów Polski. Kiedyś właśnie szła z nami tą drogą, gdy spostrzegliśmy druty zakopane pod drogą, a dalej ukryte przy miedzy.  Linia telefoniczna!  Zaczęła się dyskusja: komu to może służyć, partyzantom czy Niemcom? Gdy doszliśmy do wniosku, że raczej okupantom, ciocia niezwłocznie przecięła druty i  zamaskowała dobrze miejsce sabotażu. Powiedziała bodaj przy tym parę niezbyt uprzejmych słów o Szwabach. Trudno, taki miała charakter.
Powiem jeszcze coś śmiesznego. Niektórzy wieśniacy zwracali się do mnie per „panicz". Bawiło mnie to bardzo, bo już wtedy wiedziałem, że przecież żaden ze mnie panicz; ot, kolejarskie dziecko i tyle. 
Z ciekawostek, mogę jeszcze się pochwalić, że widziałem to, czego już się niemal nie spotyka: młócenie cepami. Chłopi rozkładali snopki na klepisku i walili w nie cepami co sił. Widziałem też żniwa sierpami i kosami  oraz wiele prac, które odbywały się tak, jakbym żył w dziewiętnastym wieku. Choćby robienie masła – taką drewnianą maślenicą. Tak też zresztą robiono u nas masło w domu. Widziałem Poleszuków w łapciach i wiele razy krążyłem wśród chłopskich koni (bardzo uważając, by mnie któryś nie ugryzł) po rynku, którego egzotyki zupełnie nie potrafię opisać.
O czymkolwiek jednak nie piszę, wisi nad wszystkim ponury temat: wojna. Muszę więc się jakoś z nim choć w paru zdaniach rozprawić.
Front przechodził przez nas lub obok nas, albo nad nami – jak kto woli – trzy razy. Tata za każdym razem brał rodzinę i najniezbędniejsze rzeczy i uciekaliśmy na wieś. Uważał, że tak jest bezpieczniej i chyba tak było; a za ostatnim razem na pewno tak było.
Za pierwszym razem, gdy wszyscy mieliśmy uwagę skierowaną na to co dzieje się na zachodzie, przyszło nagłe uderzenie ze strony przeciwnej. Jak to się odbyło nie pamiętam, wiem tylko, że Polacy nie byli zachwyceni niespodziewaną zmianą okupanta. Czas pokazał, że mieli rację. Z tego przejścia frontu, oprócz kilku odgłosów strzelaniny, nic nie pamiętam.
Potem  przyszedł bardzo przykry dla mnie okres ciężkiej choroby: zapalenie płuc, gdy antybiotyków jeszcze nie znano, a lekarstw nie było w ogóle. Mama powiada, że powinienem był umrzeć, a że to nie nastąpiło, do dziś poczytuje za cud. Zima była ciężka. Pamiętam jak opatulono mnie do nadludzkich granic i na sankach wieziono gdzieś do lekarza.
Z chwilą nastania okupacji, mieliśmy kilka przeprowadzek. Od razu wyrzucono nas z domu, który opisywałem, bo był duży, przydatny dla jakiegoś naczelnika z ZSRR. Zaraz potem  przekwaterowano nas znowu, ponieważ dom zajęło NKWD. Chyba po czterech przerzutach zamieszkaliśmy w pomieszczeniach, gdzie ciocie przed wojną miały sklepik spożywczy – także przy ulicy Szosowej, ale po przeciwnej stronie niż tory i niemal naprzeciw domu, w którym mieszkała  od dawna moja trzecia ciocia, Weronika Świątek.
Tę zimę i wiosnę rodzice siedzieli nocami na węzełkach, wyglądając tych, którzy załomocą do drzwi, by zabrać nas w odwieczną dla Polaków drogę syberyjskich kibitek. Tym razem były to transporty towarowych wagonów, do których wtłaczano do granic możliwości i wywożono wszystkich, którzy mogli by świadczyć o tym, ze na tych ziemiach mieszkają jacyś Polacy. Nie robiono jednak tego chaotycznie, lecz zgodnie z zasadą socjalistycznego planowania: najpierw rodziny wojskowych, potem leśniczych i wszystkich którzy mogli mieć dostęp do broni, dalej urzędników państwowych, lekarzy, nauczycieli i w ogóle inteligencję ... My jako rodzina kolejarska byliśmy nieco dalej w kolejności.
Któregoś dnia jednak tatuś przyszedł i powiedział: „Dowiedziałem się, że już jesteśmy na liście – więc tylko kwestia dni." Oczywiście wiadomość taką można było uzyskać jedynie potajemnie, przez jakieś znajomości. Zabierano tylko nocą, by innych nie raziło jak to się odbywa.
Transporty szły jednak dzień i noc, bo także z innych miast. Pamiętam więc dobrze – a były już majowe lub czerwcowe upały – jak od strony stacji dochodził przeciągły, głuchy jęk. Rodzice mówili, że to ludzie jęczą z pragnienia, ale że nie można podać im wody, bo pociągi obstawiano żołnierzami. Ci stoją z bronią gotową do strzału i nikomu nie pozwalają się zbliżyć. Mama mi też nie pozwoliła tam iść, by mnie nie zastrzelono.
Ratunek przyszedł w sposób nagły i nieoczekiwany.
O rannym świtaniu wyszliśmy z mamą, by w przydrożnym rowie urwać trawy, chyba dla kozy. Wtedy zobaczyliśmy , że jakoś dziwnie, jakby w ucieczce, co jakiś czas pędzi na wschód ciężarówka, a w każdej Rosjanie, których zachowanie się wskazywało na ich zdenerwowanie i przerażenie. Przezornie schroniliśmy się w domu, i tylko kwestią godzin było wyjaśnienie sprawy – Niemcy zaatakowali swego niedawnego sojusznika. Chociaż granica IV rozbioru Polski znajdowała się 220 km od nas, Sowieci uciekali w takim popłochu, że już po kilku dniach mogłem się przyjrzeć z bliska zmotoryzowanym i zbrojnym po zęby jednostkom armii niemieckich. Defilowały one  kolejno koło naszego domu , wszak była tu główna i bodaj jedyna szosa kierunku na Moskwę.
Zanim jednak do tego doszło, uciekliśmy oczywiście na okres działań wojennych do jakiejś stodoły na wsi. Jedyne te działania to to, że spod strzechy tejże stodoły jakiś sowiecki żołnierz strzelał z karabinu do krążącego nad nim i atakującego samolotu niemieckiego. My na ten czas uciekliśmy w żyto, by stamtąd podziwiać, tyleż bohaterstwo  sołdata co i głupotę.
Nadejście Niemców przyniosło nam ulgę; odeszła zmora zesłania na Sybir. Była to jednak tylko ulga chwilowa. Wszak wiadomo było, że teraz też nic dobrego nas nie czeka.
Sami Niemcy na razie nie mieli czasu „zająć się" nami. Znaleźli sobie jednak sprzymierzeńców w szowinistach białoruskich, którym dali władzę rozprawiania się z Polakami, a w pierwszej kolejności załatwić własne urazy i osobiste porachunki. Znam to oczywiście tylko z prowadzonych w mojej obecności rozmów. Mówiło się też, że podobno nacjonaliści litewscy  byli jeszcze gorsi.
My tymczasem dokonaliśmy kolejnej przeprowadzki do wynajętego mieszkania w sąsiednim budynku, którego właścicielem był Białorusin Zajcew. Ciocie Stasia i Szura poszły bodajże do cioci Wery (naprzeciwko), bo mieszkanie – sklepik w murowanym budynku trzeba było z jakichś powodów zwolnić.
W „naszym" drewnianym, parterowym domku było kilka mieszkań. Od strony  południowej był ogród i tam mieszkał ów Zajcew. Miał on dwóch chłopaków: Walę i Tolka – starszych ode mnie o parę lat. Z młodszym z nich nieraz się bawiłem, a od starszego przeważnie obrywałem kamieniami. Inne mieszkanie zajmowała jakaś panna L. Mówiono: młoda aktorka, która – jak powiadano– bo ja się na tym nie znałem, bawiła się z okupantem i wysługiwała mu, wydając wielu ludzi. Długo już po wojnie, rodzice rozpoznali ją jako aktorkę jednego z teatrów centralnej Polski, ale poniechali zgłoszenia władzom o jej wyczynach wojennych. – Pan Bóg to załatwi – powiedzieli.
My zajęliśmy mieszkanko od strony szosy: dwa pokoiki przedzielone kuchnią. Na ścianach tapety, a pod nimi mnóstwo pluskiew, które w nocy wchodziły na sufit i skakały na śpiącego jak prawdziwi komandosi.
Ale czy ja nie odbiegłem od tematu? Może nieco, ale oddech był konieczny.
Niemcy w pierwszej kolejności  zajęli się Żydami. Rzeczywiście tych było w miasteczkach kresów wschodnich mrowie, przeważnie sklepikarze i rzemieślnicy. Zajmowali całe dzielnice drewnianych domków i krętych zaułków, gdzie zapuszczałem się tylko z konieczności i ze strachem mijałem synagogę, z której rozlegały się dziwne odgłosy modłów. Przyczyną strachu były oczywiście niesamowite opowieści, w których z drobnymi szczegółami bywały opisywane, pewnie zmyślone, sceny spuszczania niewinnej krwi z chrześcijańskich dzieci, ponoć niezbędnej dla wypieku obrzędowych macy. (Taką macą – ale mam nadzieję, że bez krwi – kiedyś mnie poczęstowano.)
Tu dodam, że Baranowicze tuż przed wojną liczyło około 30 tysięcy mieszkańców (obecnie 180 tys.) i było największym miastem woj. nowogródzkiego. Większość stanowili Polacy, także wielu Białorusinów, zaś Żydów 9 tysięcy.

Faszyści najpierw zarządzili oznaczanie Żydów na ubraniu. Chodzili oni z przyszytymi na plecach żółtymi łatami. Potem powstało getto. (Widziałem je przez bramę). Jakiś czas później wieziono Żydów odkrytymi ciężarówkami, pod ścisłą obstawą „trupich czaszek", za miasto. I tak ich widziałem ostatni raz. Tylko z rozmów dorosłych wiem, że kazano im pod lasem kopać doły ... I tam zostali. Niektórych wożono do Treblinki.
Zabrano nam jeden pokoik i zakwaterowano Niemca. Był to jednak jakby inny Niemiec, nie ten od trupich czaszek i nie z zadartym nosem nadczłowieka. Ten był jakby podobny trochę do zwyczajnych ludzi, choć nie mogliśmy zrozumieć jego języka, no może trochę – wtedy gdy mówił „Hitler kaput" i brzydko klął. Mama częstowała go czasem plackami z kartofli i śmieszyło nas, gdy kładł je na chleb i tak jadł. Ja zaś byłem zachwycony, gdy czasem dał kawałek swego chleba, który był twardy jak polano i jakby z trocinami. A był to już czas głodu.
Ten Niemiec był po prostu maszynistą kolejowym, przywiezionym tu dla obsługi wojskowych pociągów. Maszynistów brakowało ciągle, choć wszystkich Polaków z tym fachem okupant też zatrudnił. Wielu jednak ginęło. Partyzanci! Niemal codziennie słyszałem o wysadzanych pociągach. Po jakimś czasie schytrzono się i każdy parowóz pchał przed sobą dwie platformy. Leśni ludzie znaleźli i na to sposób i życie najeźdźców, a nie tylko nasze, stawało się coraz trudniejsze.
Wzdłuż linii kolejowych wycięto drzewa w lesie po sto metrów z każdej strony toru. Chyba niewiele to pomogło, bo kto by się nocą odważył pojedynczo pilnować toru? A na większe zaangażowanie sił nie było okupanta stać, wszak lasy ciągnęły się setkami kilometrów.
Po jakimś czasie Niemca od nas zabrano, gdzie i czemu – nie wiem.
Wtedy przyszedł czas trzech pożarów, które mocno wstrząsnęły moją dziecięcą psychiką. Pierwszy z nich wcale nie był związany z wojną, za to najbliżej. Tuż, tuż. Około 10 metrów od   naszej drewnianej rezydencji, licząc od narożnika Zajcewa, znajdował się mały, prywatny zakład wulkanizacji opon. Tam o świcie wybuchł nagły pożar benzyny. Spłonął warsztat wraz z właścicielem, a my wyskoczyliśmy z łóżek obudzeni krzykiem płonącego człowieka i uciekliśmy z chaty, wynosząc co się dało na ulicę. Na szczęście straż pożarna, która lała wodę na nasz dom, zapobiegła jego zagładzie. (Co się odwlecze, to nie uciecze!).
Pożar drugi. W parku stały dwa strzeliste maszty przedwojennej radiostacji baranowickiej. Lecący transportowiec, załadowany amunicją, zaczepił skrzydłem o maszt, jak ognista kometa śmignął przed naszym oknem i runął o dwa domy dalej, prosto na barak żandarmerii. Tym razem nie tyle straszny był pożar, ale to, że zaczęły rozrywać się pociski i leciały z trzaskiem na wszystkie strony. Pamiętam, że siedziałem przycupnięty za murem sąsiedniego domu i błagałem, by uciekać do lasu. Kanonada  trwała dosyć długo, chyba ponad godzinę, ale za osłoną muru nie była chyba aż tak niebezpieczna, jak, mi się wówczas wydawało.
Trzeci był chyba sprawą sabotażu. Na stacji stanął w ogniu transport benzyny. Chociaż było od nas ze 200 metrów, bo rów, szosa, łączka, dom cioci Wery i dopiero za ogródkiem tory, to wrażenie było ogromne. Może to sprawa odczucia dziecka, ale to może  ocenić ktoś, kto widział jak się pali benzyna. Beczki leciały na wysokość kilkudziesięciu metrów i tam dopiero rozrywały się w kłąb ognia. Żar sięgał naszego domu, a mnie znowu zdawało się, że wszystko spłonie i jedyny ratunek to ucieczka do lasu.
Szczęśliwie nie pożary ani inne tragedie stanowią treść dni powszednich, a choćby jeszcze kilkuletni chłopak wplątany w zabawy dorosłych ogniem i bombkami, potrafiłem żyć swoim życiem, nie przejmować się zbytnio tym, na co nie miałem wpływu.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież