Stefan Pastuszewski - Młoda, pozapartyjna opozycja

Młodzi białoruscy opozycjoniści zawiedzeni są starą opozycją, a niektórzy i opozycją w ogólności jako miejscem w życiu społeczno–politycznym. Mają dość swarów, w tym także ideowych; my tak uważamy, a oni inaczej; z tymi będziemy współpracować, z tamtymi nie. Póki co nie widzą szans na zjednoczenie opozycji. A. Milinkiewicz próbował, ale się ośmieszył, bo raz głosił tezy narodowców, innym razem konserwatystów, a jak wrzasnęli na niego komuniści i liberałowie, to zaczął recytować ich program. Liść na wietrze…
Ponadto zachodnie, ale też i moskiewskie pieniądze dzielą. Jest ich dużo, napływają szeroką strugą, ale obcy sponsor zawsze chce coś za coś. Ma rację prezydent Litwy, gdy mówi, że opozycja białoruska jest skorumpowana („Świat Inflant" 2011, nr 11, s. 5).
– A Białoruś ma swoją specyfikę i transformacja naśladowcza, którą proponują, i ci z zachodu, i ci ze wschodu nie jest dla nas. Rozwali kraj, jak rozwaliła Ukrainę. Obecnie mamy dużo wolności w sferze osobistej, lecz gospodarkę planową. Własność i jej poczucie dopiero raczkują. Dopuszcza się własność nieruchomości wraz z terenem, na którym ta nieruchomość się znajduje, lecz działka wokół pozostaje tylko w dożywotniej dzierżawie od państwa, skądinąd nisko, wręcz symbolicznie, płatnej. Dzięki tej ziemi ludzie mają co jeść, bo nasz naród przywykł do radzenia sobie samemu, a nie oglądania się w kwestiach bytowych na władzę. Co innego w sferze społecznej i politycznej. Tu poruszamy się jak we mgle, wsłuchani w dźwięk rogu władzy; czy to ze strachu, czy z konformizmu; obydwie motywacje są podłe – mówi dwudziestosześcioletni student jednej z polskich uczelni, kandydat do parlamentu w 2008 roku z ramienia Białoruskiego Narodowego Frontu. Prosi jednak o zachowanie anonimowości; gawędzimy w pociągu pędzącym przez ukraińskie przestrzenie.
– Przegrałem, bo jakże inaczej, choć teoretycznie szanse były, gdyż u nas wybory są w okręgach jednomandatowych i jeśli ktoś nie uzyska w pierwszej turze pięćdziesiąt plus jeden głosów, to jest repetycja. Moja przeciwniczka, starsza pani, nie uzyskała tych głosów, ale w drugiej turze nagle dostała połówkę z lekkim haczykiem. Podejrzewam fałszerstwo; zresztą u nas na niskich szczeblach jest to jakby normalne. Nikt tam nikogo nie kontroluje, opinii publicznej nie ma, każdy siedzi cicho i napawa się wolnością osobistą, której w czasach radzieckich nie było. Czasem zaklnie, złaje milicjanta czy narozrabia w sklepie, ale nic z tego dla wspólnej przestrzeni, dla dobra wspólnego, jak to nazywają chrześcijanie, nie wynika. W ZSRR też wszyscy siebie łajali i nic z tego nie wynikało. Tu potrzebna jest konsekwentna, czyn do czynu, praca organiczna. Anglicy nazywają to step by step.
I to jest moja droga. Uczę się ekonomii i organizacji struktur społeczno–politycznych na polskim uniwersytecie i po powrocie do kraju teorie te zamierzam wcielać w życie. Wiem, że póki co rezultatów wielkich nie będzie, ale krok po kroku… Mam pewne grono współpracowników, a nie zwolenników, jak mówi stara opozycja, bo ja nikomu nie chcę wcale przewodzić, ja chcę pracować dla swego kraju.
Wiktor kocha Białoruś i swoje gniazdo rodzinne, a jest nim mała wieś obok małego miasta. Ma stronę internetową. My com…, na której widnieje łozung: Ja lublju…
Znamienne, że nie jest w tej pozytywistycznej, zdroworozsądkowej postawie odosobniony. Większość młodych po studiach zagranicą wraca do kraju, a nawet te studia porzuca, tak tęskni.
– Bo Białoruś jest biedna, ale piękna – tłumaczy Wiktor. – I panuje w niej porządek. Na czas wyborów, abym nie robił agitacji, wzięli mnie do wojska, które nie jest wcale wschodnim bezhołowiem, jak wam się wydaje. Jest dobrze zorganizowane. Koledzy pisali odwołania, ja natomiast uznałem, że w wojsku mogę się czegoś nauczyć. Dla siebie i dla kraju. Musiałem tam wypisać się z partii BFN, ale jako absolwent wyższych studiów (Uniwersytet Ekonomiczny w Mińsku) dosłużyłem się stopnia sierżanta. Choć dowództwo znało moją przeszłość i poglądy, to jednak oferowało mi dalszą służbę. Bo u nas na Białorusi, jest dużo rozsądnych ludzi. Liczy się przede wszystkim praca, efekt…
Młoda, pozapartyjna opozycja białoruska jest niczym wzbierająca fala. To wykształceni, w miarę odważni, pracowici, rozsądni ludzie, którym nie tylko prywatna konsumpcja w głowie. Nawet jeśli, niewiele mogą dla wspólnego dobra zrobić, to o nim dyskutują. Białoruś – ojczyzna nie jest ukryta, w jakimś zakurzonym kącie, tak jak Polska w wielu młodych umysłach.
– A. Łukaszenkę można pochwalić za sprytne przeciwstawianie się Rosji. To nasz największy przeciwnik, on by nas w mig rozgrabił. I utrzymanie kołchozów też jest dla nas póki co korzystne. Jest żywność, są miejsca pracy. Zresztą sam pracowałem w kołchozie i nie było źle. Złe jest tylko subsydiowanie kołchozów poprzez niskie ceny paliwa. Paliwo rozkradną, źle wykorzystają, lecz gdyby były wyższe ceny skupu, a są one wciąż regulowane na niskim poziomie, to i efektywność tych spółdzielczych gospodarstw byłaby większa. Ale Prezydentowi, który strasznie boi się powszechnego buntu, zależy na niskich cenach podstawowych artykułów żywnościowych. I dlatego pozostają one na niskim poziomie. Mimo obecnego kryzysu spowodowanego przez Rosję, która podniosła ceny ropy i gazu oraz wykiwała nas w kwestii samochodów w ramach unii celnej (sprowadzaliśmy je tanio z zagranicy, chcąc je sprzedać w Rosji, a tu nagle podniesiono cło), chleb i mleko są tanie, przystępne nawet dla najbiedniejszych.
Prezydent był dobry do połowy pierwszej dekady XXI wieku, a teraz, niestety, myśli głównie o utrzymaniu swej władzy. Robi głupstwa. Mnie na przykład przed każdą większą manifestacją w Mińsku zamykają w izolatorze w moim mieście (podłe to miejsce, ciasnota jak cholera, paparasza pod nosem śmierdzi, nawet nóg nie ma jak wyprostować). Po co? Co taka manifestacja złego zrobi? Lepiej się w nią wsłuchać, a ludzie przecież chcą wspólnego dobra. Nie są głupi. I nie są, tak jak teraz u was w Polsce, zatwardziałymi egoistami.
Raz zaaresztowali mnie pod pozorem śledztwa w sprawie donosu, że niby chcę budynki państwowe rozbijać. Prokurator zatelefonował wówczas do szwagra z ultimatum: Ja mam zrezygnować z wrogiej roboty, a szwagier zachowa pracę…Także nieformalne metody się u nas stosuje.
W absurdalne, pajęcze sieci jesteśmy wplątani i, gdy powoli, centymetr po centymetrze, metr po metrze nie będziemy ich rozrywać, to się zadusimy.
Czy my, nowe pokolenie, gotowi jesteśmy do przejęcia władzy? Nie, jeszcze nie! Błędem A. Łukaszenki jest, że nie przygotował swego następcy. U niego obserwuje się już – znany z historii– syndrom starzejącego się jedynowładcy. Ma chyba też kompleks Stalina. Ubrany w mundur stoi wyprostowany na trybunie i niczym Iosif Wissarionowicz nie wie, co z rękami zrobić. Prawą dłoń więc czasem na wzór generalissimusa zakłada za połę bluzy…
W tym naszym wertykalnym systemie władzy on osobiście, albo przez zaufane osoby wyznacza nie tylko ministrów, ale i szefów obwodów, starostów rejonów i merów miast. Na szczeblu lokalnym władza wykonawcza dominuje nad radą samorządową, która jest tylko atrapą. Budżet przydzielany jest przez centralę i zadania do wykonania też. W takiej sytuacji łatwo o korupcję, a trudno o efektywność. Nikt nie jest zainteresowany wypracowaniem nadwyżki operacyjnej w lokalnym budżecie. A jednak na szczeblu lokalnym, właśnie w tak zwanym samorządzie, tkwi szansa na oddolną zmianę na Białorusi i dlatego też studiuję wasz, polski samorząd.
No i, dodajmy, szansą jest również naturalne prawo przemijania. Przyjdą siłą tego prawa nowi ludzie i Białoruś się zmieni…
Oby decydujący głos mieli tacy ludzie jak Wiktor, a nie zapatrzeni na zachód lub zdemoralizowani prze rosyjski wschód cwani konsumenci, prywaciarze, jak to się na Białorusi kpiąco mówi, którzy dla swoich korzyści sprzedadzą byle komu ten biedny, ale piękny kraj. Tak jak u nas sprzedano Polskę.      



Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora