Zbigniew Szymański - Kaługa (2)

Wyjeżdżamy na front
          Artylerzyści majstrują coś przy swoich bateriach haubic 102, w kuchni przygotowują kolację. Tymczasem przybiegł do  Lucek Sokołowski z Rostynian z wiadomością, że nasza kompanie (czwarta rota) wyjeżdża za parę dni do jakichś prac. I faktycznie, rano nie bierzemy broni i po śniadaniu ładujemy się na ciężarówki. Zawsze to odmiana od monotonii ćwiczeń, nie opuszcza nas więc dobry humor.
    Dzień piękny, słoneczny, choć to początek października, ciężarówką trzęsie po wiejskiej, piaszczystej drodze. Po niecałej godzinie dojeżdżamy na torfowisko, rozległe, zajmujące chyba parę hektarów. Widać miejsca, z których wycięto kostki torfu i ułożono do suszenia w nieregularne stosy, tak aby przewiew i słońce wysuszyło torf.
    Otrzymujemy wielkie wiklinowe kosze i jakiś cywil, widocznie pracujący przy wydobyciu torfu objaśnia, jak ładować torf do koszy i załadowywać nim towarowe wagony stojące na bocznicy. Ładowanie do koszy nie sprawia nam trudności, dokuczliwy jedynie staje się pył torfowy unoszący się w powietrzu, wpadający do oczu. Do obiadu załadowaliśmy kilkanaście wagonów, na obiad otrzymujemy suchy prowiant, a po obiedzie godzinny odpoczynek i praca przy układaniu nowych pryzm. Na kolację zabierają nas z powrotem do koszar. Mam trochę czasu, więc idę do znajomego bibliotekarza, który jest jednocześnie pisarzem batalionu, a od którego udaje mi się czasem otrzymać parę tomów poezji. Przeważnie Puszkina, Lermontowa i paru nieznanych poetów. Książki mogę zabrać na parę dni, potem je zwracam, bo biblioteka niezbyt obfita, a poezję wypożycza jeszcze kilka osób. Od pisarza,który wówczas wydawał mi się starszym mężczyzną, a mógł mieć z trzydzieści pięć – czterdzieści lat, dowiaduję się, że według rosyjskich obliczeń, w województwie wileńskim i nowogródzkim było około trzydziestu sześciu tysięcy partyzantów polskich.
    Rano znów jedziemy na torfowisko, książki więc zostawiam w mojej szafce. Niestety wyjazdy do pracy na torfowisko kończą się i znów zaczynają się ćwiczenia.
    Siedzimy na trawie wokół „politruka", a on opowiada fragmenty historii dawnej Rosji, mówi o Iwanie Groźnym, jednak przekręca fakty, o których akurat przeczytałem w książce otrzymanej od pisarza. Prostuję, według mnie błędną wypowiedź „politruka", on przyznaje mi rację, jednak jest wyraźnie niezadowolony. Na drugi dzień ten sam wykładowca przed rozpoczęciem lekcji rozgląda się uważnie i mówi: „A ten dyskutant Szymański jest i dzisiaj?", „Jestem"– odpowiadam, widać mnie zapamiętał, bo w sowieckim wojsku mało kto ośmiela się wdawać w polemikę z „politrukiem". Jednak nie czepiał się mnie na późniejszym szkoleniu. Szkolenie polityczne odrywało nas od musztry, można było posiedzieć za plecami kolegów i podrzemać troszkę.
    Ale oto idzie „starszyna", a za nim młody żołnierz ciągnie „maxima na kółkach". Znów będziemy go rozkładali i składali, a ma on mnóstwo części i zapominalskich oraz mniej uważnych potrafi ukarać. Parę razy coś źle składając, otrzymałem zamkiem po palcach. Stąd z takim szacunkiem spoglądam, jak „starszyna" szybko i bezbłędnie rozbiera i składa tę niebezpieczną machinę. Tym razem udało mi się bezboleśnie wykonać zadanie i „starszyna" był wyraźnie zadowolony, że jego lekcje nie poszły na marne.
    Jednakże ćwiczeń jest coraz to mniej, widać, że  gdzieś tam wysoko  toczy się spór, co do naszych dalszych losów. Od pisarza, któremu odnoszę tomiki poezji dowiaduję się, że nasza „rota" pojedzie do gospodarstwa pułkowego do kopania kartofli. Dzielę się tą wiadomością z kolegami i jak to w wojsku, każda zmiana cieszy.
    Rankiem znów nie zabieramy broni, a jedynie łopatki saperskie, które mamy od początku służby. Tym razem pieszo wyruszamy w drogę. Słoneczny dzień, piękna wiejska droga wijąca się pomiędzy gęstymi krzakami, laskami brzozowymi. Mijamy chaty kryte strzechą, pobielone wapnem, ogrody pełne jesiennych kwiatów. Inny tu zapach niż w koszarach, w których na każdym kroku spotykało się rozsypany biały chlor, a szczególnie w umywalniach, gdzie paru minut nie można było wytrzymać.
    Dochodzimy do jakichś zabudowań, wśród których widzę małą cerkiewkę. Niestety jest nieczynna, mieści się w niej magazyn makuchów i czegoś tam jeszcze oraz jakieś biuro. Wychodzi  nas kierownik gospodarstwa, potężny inwalida, w mundurze bez dystynkcji i okrągłej, z zielonym otokiem czapce, jakiej dawno nie widzieliśmy. Następuje narada z naszymi dowódcami plutonów i drużyn. Rozsiadamy się na leżących kłodach, koledzy palą „skręty", aż dym unosi się w górę, wszyscy liczą na polepszenie  jadłospisu, bo  na podwórku leżą sterty buraków, kapusty, kartofli. Po naradzie wyznaczają nam miejsca na zbudowanie szałasów dla trzech plutonów. Obliczyliśmy, że na każdy pluton potrzebne będą dwa szałasy. Wyruszyliśmy z przydzielonymi siekierami do lasu, aby naciąć mocnych gałęzi. Po paru godzinach postawiliśmy  konstrukcję naszych przyszłych „domów" i zaczęliśmy przeplatać ją cienkimi gałęziami z liśćmi, które miały chronić od deszczu. Siano przynieśliśmy z gospodarstwa, tak że na wieczorny apel szałasy były gotowe. Trzeba przyznać, że po koszarach śmierdzących chlorem i ropą, którą smarowano podłogi i po nieodłącznych pluskwach, taki nocleg wydawał się nam królewski, no i przypominał wędrówki harcerskie. Zauważyłem, idąc do lasu, że teren jest równy, płaski, pocięty na zagony i ciągnie się w nieskończoność. Pierwszego dnia nie było czasu na podziwianie piękna tego pejzażu, tak byliśmy zajęci.
    Na kolację otrzymaliśmy chleb i gęstą jarzynową zupę, herbatę i dużego śledzia. A więc kolacja była obfitsza niż w koszarach, lecz już po paru dniach czułem się zmęczony, bolał krzyż i ręce. To nie musztra, koledzy – powiedział przeciągając się Jaś Górnicki, trzeba trochę odpocząć. Na dodatek w naszej drużynie było paru chłopaków ze wsi, którzy w robocie nas wyprzedzali. Pole było podzielone na odcinki a my byliśmy o kilkadziesiąt metrów za nimi. Jakoś uzgodniliśmy, że „stachanowcami" nie będą. I już razem wrzucaliśmy kartofle na wóz zaprzężony w woły. Pierwszy raz widzieliśmy taki zaprzęg. Ale dwa woły w jarzmach, które ciągnęły z tonę kartofli, były niezwykłe, bo bez trudu ciągnęły zaprzęg, gdy cała nasza drużyna gramoliła się na wóz. Co prawda  jazda  była powolna, ale po trudach „ziemniaczanych"  taki odpoczynek na kartoflach nam się podobał. Przyjechaliśmy do magazynów, gdzie składowano  kartofle. Po wyładunku przywieziono nam pierwszy obiad. Pamiętam, bo był o wiele obfitszy, niż w koszarach. Po obiedzie jeszcze przez parę godzin wybieraliśmy kartofle. I tym razem mocno zmęczeni wracaliśmy do szałasów. Rozpaliliśmy ognisko, bo suchych gałęzi i nawet pni zwalonych przez wiatry było bardzo dużo. Pokazało się paru miejscowych pracowników i kilka dziewcząt z kołchozu, które naśmiewały się z naszego zmęczenia. Mówiły, że one pracują po dwanaście godzin i na zmęczenie się nie skarżą. Faktycznie, za parę dni, gdy ładowaliśmy na stacji kartofle na wagony, byliśmy świadkami załadunku pociągu przez dziewczyny, które półtorametrowe pniaki z łatwością wrzucały do wagonów. Ale o tym później, bo to chyba było po tygodniu od naszego przyjazdu do pułkowego gospodarstwa.
    Otrzymaliśmy też obfitą kolację,  zupę mleczną i biały chleb, i dla każdego po jednym wielkim solonym śledziu. Nie bardzo wiedzieliśmy, co z nim zrobić, dziewczęta poradziły, aby pozawijać w liście i upiec na ognisku. Tak zrobiliśmy i pieczony śledź był doskonały, naturalnie podzieliłyśmy się z instruktorkami, bo okazało się, że one otrzymują o wiele gorsze wyżywienie.
    Zmęczenie zmogło mnie i naszą nierozłączną paczką, wgramoliliśmy się do szałasów pachnących świeżym sianem, zdjęliśmy mundury i w samej bieliźnie zakopaliśmy się w sianie. Noc minęła niezwykle szybko, wydawało się, że ledwo zasnęliśmy, a tu już pobudka. Woziwoda rozwoził wodę do mycia, potem przywieziono śniadanie, które i tym razem różniło się od koszarowego. Chleba chyba dostawaliśmy na dzień siedemdziesiąt pięć deko, ale był to chleb inny niż w koszarach, nie gliniasty i ciemny, a normalny wiejski chleb. Okazało się, że kierownik gospodarstwa dostrzegł pracowitość naszych kolegów ze wsi, a może tak dla zachęty, bo dostali dodatkowy przydział chleba. Trzeba powiedzieć, że uczciwie podzielili się z nami, leniwymi mieszczuchami.
    I znów idziemy, z koszami zamiast karabinów, na to ogromne ziemniaczane pole. Unosi się upojny zapach ziemi, traw, leszczyn i jarzębin rosnących przy  polnej drodze. Przechodzimy przez pole, gdzie pasą się byki, nie takie miernoty, jak pokazują na corridzie, ale potężne niczym tury. Przełazimy przez ogrodzenie z okrąglaków, aby skrócić sobie drogę, no i skróciliśmy. Byki zaszarżowały na nasz dzielny pluton. Trzeba było widzieć, jak nasz dowódca i podoficerowie zdębieli, i pierwsi rzucili się do ucieczki, a my naturalnie za nimi. Dopadliśmy do ogrodzenia i wielu z nas pobiło chyba rekord szybkości i wysokości skoku przez płot. Szczęśliwie jakoś, że nic nikomu się nie stało. Co prawda, starzy pracownicy gospodarstwa gratulowali nam potem szybkiego biegu, ale chyba nie bardzo szczerze... Po tej piekielnej przygodzie zawsze uważaliśmy  na pastwisko z bykami, uznając je za godnych przeciwników plutonu gwardyjskiego pułku Armii Czerwonej.
    Po paru dniach przyzwyczailiśmy  się do naszych nowych zajęć, zaś, wieczorami piekliśmy w ognisku kartofle, a czas umilał nam harmonista,  i było wesoło. Koledzy śpiewali rozmaite piosenki wojskowe, bywało i arie operowe. Po latach okazało się,  że to śpiewał  wilnianin, Bernard Ładysz, późniejszy solista operowy, do dziś występujący na koncertach. Ponieważ moje umiejętności śpiewu i tańca równały się zeru, pewnego wieczoru wyszedłem w t z kręgu przy ognisku i powędrowałem w step. Cisza była ogromna, niebo pełne gwiazd, zapach pól niezapomniany, gwar przy ognisku oddalał się coraz bardziej. Odszedłem parę kilometrów i naraz ogarnął mnie lęk. Widzę daleko, wyraźnie dwa małe ogniki, jakby pełznące w moim kierunku. –Na pewno to wilk – pomyślałem. Światełka te stają się wyraźnie coraz to wyraźniejsze i większe. Dopiero po kilkunastu minutach wyjaśniło się, że to jechał bezdrożami samochód  i z kilku kilometrów, dopóki nie rozpoznałem rozchodzącego się światła, wyglądało to tak podejrzanie. Wstyd mi się zrobiło, więc wróciłem do naszych szałasów. Niektórzy koledzy siedzieli jeszcze  przy ognisku, a starsi  weszli do  środka. Liście gałęzi, którymi przykryliśmy szałas, zwiędły i przez nie było widać rozgwieżdżone niebo. Jaś, widząc, że przyglądam się naszej budowli, powiedział: Jeden lepszy deszcz i popłyniemy, chyba że przyjdą przymrozki i deszczu nie będzie. Jego prognoza okazała się słuszna. Deszczu nie było, ale zaczęliśmy marznąć, przykryci jedynie „buszłatami"– watowanymi kurtkami.
    Następnego dnia w południe naszą drużynę zwołał kierownik gospodarstwa i zapytał o fachowców. Ja w koszarach nieraz zgłaszałem się, gdy potrzebowali elektryków (instalacja w koszarach była bardzo prymitywna). Wiedząc, że przyda się tych  parę dni odpoczynku od ćwiczeń – tak robił każdy oblatany żołnierz, więc tym razem, gdy kierownik zapytał „kto pachat umiejet?", zgłosiłem się jako fachowiec.
    Kazał nam, bo zgłosiło się nas trzech, tzn. ja mieszczuch i dwóch kolegów ze wsi, rankiem zjawić się u niego w biurze.
    „Pachat, pachat"– myślałem, co to, bo nie znałem znaczenia tego słowa. Moi koledzy i Jasio, który był z niewielkiego majątku, twierdzili, że też nie wiedzą, ale po szelmowskich ich uśmiechach wiedziałem, że coś ukrywają przede mną.
    Wstajemy rankiem i zgłaszamy się do kierownika. Prowadzi nas do stajni, gdzie były konie, każe zaprząc je w pługi i wyjechać na kartofliska. Kierownik odszedł, a koledzy moi ryczą ze śmiechu. No i zrozumiałem wczorajsze ich uśmiechy.
    Dobrze– mówię, zaprzęgnijcie tę moją bestię, może jakoś się uda, chyba mi pomożecie? Zaprzęgli konia, ja za nimi ryjąc na podwórku bruzdę, bo nie przycisnąłem rączek od pługa, jednak tego nikt nie widział, i wjeżdżam na kartoflisko. Cała moja drużyna podrywa się na baczność i pękają ze śmiechu. _ – – Nie śmiejcie się, zobaczycie, że ze mnie oracz wyśmienity. Jasio podchodzi do mnie, pokazuje jak ustawić pług do wyorywania kartofli. Przejeżdża przez jedną bruzdę, idzie mu to znakomicie i nie wydaje się trudne. – Dawaj Jasiu, teraz już umiem. Zaczynam od początku nowej bruzdy. Podnoszę rączki pługu, aby lemiesz w orał się w ziemię. Popędzam konia, ze dwa metry pług był w ziemi, potem wyskakuje na wierzch, koń chytrus, widząc, że lekko, podbiega truchcikiem, ciągnąc po wierzchu to paskudne żelastwo i mnie przyczepionego do rączek. Po godzinie, gdy chciałem już się poddać, przyuważył mnie kierownik, odebrał konia i ze smutkiem stwierdził, że pługa to ja w życiu w ręku nie miałem i konia zamęczę. Moje honorowe miejsce zajął Jasio i przez parę dni dzielnie wyorywał kartofle z pięknego czarnoziemu, któremu nasi rolnicy nadziwić się nie mogli. Nie było w nim ani jednego kamienia.
    Zaczęło robić się zimno. Nad ranem kałuże pokrywał cienki lód, który pod naszymi nogami łamał się  z chrzęstem. Mgły zaczęły wypełzać na pola. Pluton, idąc śpiewał polskie piosenki, miejscowi przyzwyczaili się już do nas, wiedzieli, że jesteśmy Polakami. W tym czasie wśród prostych Rosjan, nie było jakichś uprzedzeń antypolskich. Żałowali nas, że nie jesteśmy w swojej ojczyźnie – Polsce.
    Pamiętam takie jedno zdarzenie: małą ciężarówką wysłano  kilku z nas do jakiegoś kołchozu po maszynę rolniczą, chyba była to ta, co tnie słomę na paszę. Przyjechaliśmy na pole, gdzie pracowało parę starszych kobiet. Naturalnie tylko o maszynę poprosiliśmy po rosyjsku, a między sobą rozmawialiśmy po polsku. Patrzymy, a  te kobiety prawie biegiem pobiegły do wioski. Zdziwieni ich zachowaniem, nie wiemy, co o tym sądzić. –Wystraszyły się nas, czy co? – pyta Lucek, który choć miał szesnaście lat, miał prawie dwa metry wzrostu –chyba ciebie, bo nie mnie –  odpowiedziałem. Nie chcemy bez ich zgody ładować tej maszyny, a tu naraz z wioski biegnie kilkanaście kobiet, przynoszą nam „lepioszki", mleko, jabłka. Kiedy zdziwieni krępujemy się cokolwiek przyjąć, proszą nas, bo wiedzą, że my Polacy, „a Polacy to dobrzy ludzie". Dziękujemy jak umiemy, mieliśmy trochę cukierków, bo już paczki zaczęły przychodzić z Wilna, częstujemy kobiety, zabieramy maszynę i odjeżdżamy. Będąc w 1944 roku w Rosji często spotykałem się z przyjaźnią prostych ludzi, ale również i oficerów jednostek frontowych, żołnierzy Armii Czerwonej, lekarzy.
    Robiło się coraz zimniej. W dzień w czasie pracy na polu rozpalaliśmy wielkie ogniska. Drzewa przybrały się w złoto i czerwień, wiatr ze stepu przynosił zapachy naci kartoflanej, piołunu, ziół. Obok szałasów było pole kapusty, wieczorami zające urządzały sobie ucztę, widać było, jak kicają pomiędzy główkami.
    Przyszedł dzień, kiedy kierownik gospodarstwa zarządził załadowywanie kartofli na kryte wagony, przedzielone w środku na szerokość rozsuwanych drzwi balami drewnianymi. Samochody przywoziły ziemniaki, a my drewnianymi nosiłkami wnosiliśmy je do wagonów i wsypywaliśmy za te drewniane zasieki. Ponieważ nie przemęczaliśmy się zbytnio, ot tyle, aby nie zmarznąć na chłodzie i doczekać obiadu, załadunek szedł dość wolno, co denerwowało naszych drużynowych. – Ot, popatrzcie, jak dziewczyny pracują – powiedział nasz drużynowy Rakczajew. I faktycznie, pracujące nieopodal dziewczyny ładowały półtorametrowe kłody do wagonów, same je wnosząc i rzucając do lor kolejowych. Poszliśmy popatrzyć, jak one to robią, i rzeczywiście, może dlatego, że je obserwowaliśmy i miały widzów, chciały się popisać, ładowały te kłody niemal biegiem. Jedna z nich podeszła do mnie i mówi: „No, załaduj parę kłód". Pewnie specjalnie wzięła najcięższą, kłodę z dr grabu lub dębu, bo nadrabiając miną jakoś doniosłem ją do wagonu i załadowałem, ale gdyby tak przyszło mi dziesięć godzin ładować, to byłoby ciężko.
    Porozmawialiśmy z nimi trochę, ale ich brygadzistka zaraz popędziła je do pracy. Po jakimś czasie przyszły od nich dwie dziewczyny z prośbą, aby podrzucić im parę nosiłek kartofli. Na mnie i na Jasia wypadło to zadanie, „podrzuciliśmy" im te kartofle, ale i inna drużyna ładująca wagony wiklinowymi koszami, nie zapomniała o dziewczętach.
    Coś nam długo nie przywożono obiadu, więc postanowiliśmy ugotować sobie wiadro kartofli. Skipur, żołnierz z naszej drużyny, znający się na gotowaniu najlepiej, bo i zupę z różnymi warzywami w czasie pracy potrafił ugotować, zajął się przygotowaniem ogniska, obraniem kartofli i gotowaniem. Kiedy zaczął zwoływać nas do jedzenia, wynikła nieoczekiwana przeszkoda. Pojawił się dowódca plutonu, lejtnant Klimcow, i postawił warunek, że ugotowane kartofle otrzymamy po załadowaniu kolejnego wagonu. I tu wynikł spór, którego na pewno w czasie swojej służby porucznik nie widział – pluton usiadł na ziemi i  przestał pracować. – Co się dzieje? – podskakiwał rozzłoszczony dowódca, a my że nic, dopóki nie dostaniemy naszych kartofli, palcem nie ruszymy.
    Klimcow zwołał naradę ze swoimi podoficerami, którzy próbowali uformować z nas oddział marszowy, postawić na baczność, ale my nie reagowaliśmy na żadne rozkazy i po kilkudziesięciu minutach dowództwo poddało się i oddano nam nasze jedzenie. Cały ten incydent na pewno zdarzający się rzadko  uszedł nam na sucho i nikt o nim nie wspominał. Dziewczęta obserwujące  to zdarzenie były  wystraszone. Niedługo potem przywieziono nam obiad, a po paru godzinach wróciliśmy do naszych szałasów.
    Pomimo przykrycia się kocem i „buszłatem" – kurtką watowaną, tej nocy zmarzłem solidnie. Obiecałem sobie, że przyniosę więcej siana, bo stare zaczynało pomału robić się mokre. Rano okazało się, że nie idziemy do pracy. Przyjechali obcy oficerowie z naszego pułku z jakimiś listami. Zaczęli wywoływać nazwiska  kolegów. Okazało się, że wywołują urodzonych w 1928 i 1929 –  jako roczniki nie powołane jeszcze w Związku Sowieckim do służby wojskowej. Mój rocznik, 1927, już od stycznia 1944 roku powoływany był do wojska, więc z żalem musiałem w wojsku zostać. Lucek, rocznik 1929, jedzie do domu i jeszcze paru moich kolegów. Żegnamy się i wręczamy  im listy do bliskich, aby zawieźli do Wilna.
    Ponieważ nie jedziemy na front, nasza sytuacja nie jest wyjaśniona, cieszymy się, że kolegów zwalniają, zamieniamy im mundury na nowe lub lepsze, lecz smutno nam się robi, bo byliśmy ze sobą zżyci. Było wesoło, a teraz wieczorem po apelu jakoś cicho w naszym szałasie, pusto.
    Od dowódcy naszej drużyny dowiedziałem  się, że jeszcze parę dni przesiedzieli w koszarach w Kałudze, dopóki nie wyrobiono im papierów zwalniających z wojska, biletów i nie przygotowano suchego prowiantu na drogę. Po tygodniu otrzymaliśmy listy na naszą pocztę polową od Lucka i Adama, pełne radości, że są już w swoich domach. Kto służył w wojsku, wie, jakie to święto, gdy dyżurny wywołuje twoje nazwisko i wręcza list, który czytasz kilkanaście razy.
    


                                               Wracamy do koszar
    Na początku listopada wracamy do koszar. Naszych czerwonych koszar, nazywanych tak z powodu nieotynkowanych ścian z cegły. Bo były jeszcze obok białe koszary, parterowe, większe baraki, z otynkowanymi ścianami, pobielonymi wapnem.
    Pierwsza noc była koszmarna. Kładę się spać, przykrywam  prześcieradłem i kocem. – No, nareszcie ciepło – mówi któryś z kolegów. Naraz czuję, że jakiś piasek drobny sypie mi się na głowę i prześcieradło. Lampka na sali przygaszona, ale widzę, że ten piasek rusza się na białym prześcieradle. Widzę, że nie tylko mnie to spotkało, a cały pluton zawzięcie z czymś walczy, wyskakuje z koi z prześcieradłami, z których coś strzepuje. Okazuje się, że to inwazja pluskiew, które wygłodniały w czasie naszej nieobecności i teraz chciały się najeść. Pół nocy walczyliśmy z nimi, strzepując z pościeli te wstrętne, śmierdzące insekty, ale nad ranem byliśmy tak zmęczeni, że zasnęliśmy stając się dla nich żerem. Rankiem z żalem wspominaliśmy nasze zimne szałasy, w których nie było tych krwiożerczych sublokatorów.
    Po śniadaniu nie maszerujemy na ćwiczenia. Cały nasz pluton idzie pracować do zbrojowni. Spisujemy znajdującą się tam broń, numery, nazwę, rok produkcji. Kiedy podchodzę do oficera z krótkim karabinem maszynowym, innym od tych, których używaliśmy w czasie szkolenia, otrzymuję odpowiedź, żeby wpisać tylko numer, bo to broń jeszcze nie wprowadzona do uzbrojenia armii. Przyglądamy się jej z Leonardem Prusakowskim, który stara się karabin rozebrać, bo wszyscy ciekawi jesteśmy, jak działa, ile naboi mieści w magazynku.
    Pracowałem w zbrojowni parę dni, ale tu dopadła mnie pierwsza grypa w wojsku, pewnie się od kogoś zaraziłem. Myślałem, że ją jakoś przechodzę, ale gdy wyraźnie zacząłem odczuwać gorączkę, Jaś zaprowadził mnie do „sanczasti", szpitalika pułkowego. Zmierzono mi gorączkę. Okazało się, że miałem trzydzieści dziewięć stopni, kazano umyć się i położyć do łóżka. Dostałem piżamę, i szczęśliwie nie było tu pluskiew –  współlokatorek z koszar. Parę dni przeleżałem w tym szpitaliku pułkowym, w dość dobrych warunkach, ale gdy zaczęła mnie boleć noga, zawieziono mnie do wojskowej „bolnicy" numer 1403 w Kałudze. Nawet nie zdążyłem się pożegnać z kolegami z plutonu. Do dyżurki przyszedłem z podoficerem, który pewnie w wojsku służył jeszcze za cara, wąsaty, postawny, dobroduszny. Wykłócał się o coś na dyżurce, widocznie nie chcieli mnie przyjąć, ale po chwili przyszedł rozradowany: –Wszystko w porządku, przyjmą ciebie na badania, papiery oddałem. Pożegnaliśmy się serdecznie : – Nie bój się, wyzdrowiejesz.
    Posiedziałem jeszcze chwilę w poczekalni, rozglądając się wokół. Szpital był wielki, pięciopiętrowy, w poczekalni kręciło się sporo żołnierzy, widać przywiezionych z frontu. Po jakimś czasie podeszła do mnie młoda dziewczyna : – Zbierajcie się, idziemy do łaźni. Łaźnia była chyba w piwnicy, niewielka, z kilkoma prysznicami, w rogu stał mały stoliczek, przy którym siedziała inna bardzo młoda dziewczyna, obok stała drewniana ławka.   –Rozbierajcie się żołnierzu – zakomenderowała miłym głosem „łaziebna". –Mundur zabierzemy, dostaniecie piżamę. Zdjąłem watówkę, mundur, koszulę, buty. Wszystkie moje prywatne rzeczy układam na rozłożonej chustce do nosa, tak ich niewiele, a to mój piękny srebrny orzeł z koroną, medalik, parę ołówków, pamiętnik, z którym się nie rozstawałem, kilkanaście listów z Wilna, łyżka. Układam pomału i czekam, kiedy ona wyjdzie z tej niewielkiej łaźni. Ona zdziwiona pyta: – Czemu się nie rozbieracie? Podchodzi do moich rzeczy z płóciennym workiem, zaczyna ostrożnie do niego je wkładać. Bierze do ręki orła i pyta: – Co to za odznaka?
– To znak naszego polskiego wojska – mówię.
– A to wy Polak?
– Tak, Polak – odpowiadam.
– Wiedziałam, że nie Rosjanin, już po akcencie, myślałam, że Ukrainiec lub Białorusin. Później bierze mój medalik z Matką Boską Ostrobramską, i widocznie nie widziała medalików, bo zdziwiona mówi :
– U nas tylko dziewczyny noszą takie ozdoby. Nie tłumaczę jej, że to nie ozdoba. Bluzę od munduru ładuje do worka, buty, furażerkę i zdziwiona pyta:
– Żołnierzu, dlaczego się nie rozbieracie?
– Rozbiorę się, jak pani wyjdzie z łaźni. Teraz ona nic nie rozumie:
– Dlaczego mam wyjść, przecież jeszcze nie wszystko od was zabrałam. Nie wiem, jak jej wytłumaczyć.
– No, wstydzę się przy dziewczynie rozbierać. I tu mnie dobiła:
– Rozumiem, jesteście chorzy na wstydliwą chorobę.
– Ależ nie, tylko w Polsce nikt się przy dziewczynie nie rozbiera.
Kiwa ze zdziwieniem głową, ale przerywa naszą rozmowę, gdyż wchodzi kilku oficerów, rozbierają się bez żenady, goli idą po mydło do dziewczyny, a ponieważ napuścili pary i prawie nic nie widać i ja idę pod prysznic, za chwile podbiega dziewczyna wyraźnie rozbawiona i mówi:
– A to wasze mydło – i daje mi nad barierką, która przedziela łaźnię na dwie części. – Ręcznik i piżamę położyłam na ławce, jak jesteście tacy wstydliwi, to się ubierajcie.
    Wycieram się, nakładam piżamę, dostaję pokwitowanie na złożone rzeczy i  uśmiech dziewczyny.
– Oj, wy Polacy jesteście tacy dziwni. Nie czekając na siostrę, ponieważ łaźnię opuścili już wszyscy, odprowadza mnie na trzecie piętro, na mój oddział. Podaje mi rękę na pożegnanie i  mówi:
– Jak będziecie przychodzić do łaźni, to na mój dyżur, bo ja rozumiem was, ale inne dziewczyny będą się wyśmiewały.
    Podziękowałem i miałem pierwszą znajomą w szpitalu. I to bardzo ładną i miłą. Po przejściach w łaźni trafiłem na obiad. Ponieważ w wojsku to rzecz ważna, więc ucieszyłem się, że obiad z trzech dań, dobry i smaczny, na dodatek porcja białego chleba.
    Wyznaczono mi łóżko, powieszono na poręczy kartę chorobową, zmierzono gorączkę, która była dość wysoka, gdyż siostra dała mi jakieś pigułki. Rozglądam się po dość dużej sali, zaczynają się  mną interesować pacjenci z bliżej stojących łóżek. Pytają skąd, z jakiego pułku. Zbierają się przy moim łóżku i wprowadzają w szpitalnie zwyczaje i sekrety. Na jakiego lekarza trzeba uważać, do jakiej siostry można mieć zaufanie. – Bo podpadniesz i za tydzień znajdziesz się na froncie, mówi jakiś smagły jak Cygan żołnierz. Potem okazało się, że to bardzo miły Gruzin. Trudno mu wyjaśnić, że o to zabiegamy już od miesiąca i nam się nie udaje. Na sali niemalże wieża Babel. Gruzini, Kazachowie, Tatarzy, Serbowie i jeden bardzo ciężko poparzony Pers, którego zadziwiającą historię trafienia do Armii Czerwonej poznałem parę tygodni później, gdy go wypisywano do domu. „Sołneczko" – dali mu pseudonim koledzy, gdyż po dostaniu się pod miotacz niemiecki, nie miał ani jednego włosa, a i spalone mięśnie rąk i nóg, z kolanami sterczącymi nad kikutami.
I on przyszedł do mnie opowiadając, że w domu zostawił żonę, dziecko i „barańczuka". Właśnie po tygodniu, gdy wypisywano mu papiery na dojazd do domu nazwa miejscowości, którą wymienił, nie była znana nikomu z lekarzy, ani administracji, okazało się, że „Sołneczko" to Pers. W czasie wojny granica między Związkiem Sowieckim a Persją nie była zbyt pilnowana i Persowie na rynek w miasteczku  położonym w Rosji przynosili żywność, kupując tam artykuły przemysłowe. I gdy nasz „Sołneczko" handlował na rynku, otoczono miasteczko kordonem wojska, które zabrało kilkudziesięciu młodych ludzi, uchylających się od poboru, a i młodego Persa, którego dokumenty wyrzucono,  po krótkim przeszkoleniu wysłano go na front, gdzie przez rok dzielnie walczył, aż trafił pod niemiecki miotacz ognia.
    Zastanawiano się, dokąd wypisać mu rozkaz wyjazdu i bilety.. Uradzono, że do ostatniej stacji na terenie Związku Sowieckiego. – Jak tu trafił, to i znajdzie drogę, aby dojść do swoich – powiedział administrator wypisujący „rozkazy wyjazdu". Niestety nie wiem, jak potoczyła się podróż biednego Persa do swego „barańczuka".
    Na drugi dzień, jak to w szpitalu, musiałem przejść wszystkie badania. Prześwietlenia, badania krwi, prowadzono mnie od pokoju do pokoju. Odetchnąłem z ulgą, gdy po prześwietleniu biodra, które bolało, zakończono badania. Przez parę dni dano mi spokój, naturalnie oprócz karmienia jakimiś proszkami i pigułkami.
    Każdy z sąsiadów opowiedział mi swoją historię. Wszyscy, jak ognia, bali się powrotu na front, a lekarze, gdy spotkali się z bojkotowaniem leczenia, frontem tym straszyli. Myślałem, że dobrze by na ten front trafić, z którego przecież znalazłem się w Kałudze. Może jednak uda mi się pojechać do domu. Chodziłem po korytarzach szpitala, parę razy odwiedziła mnie dziewczyna z łaźni. W szpitalu było kino i raz z nią poszedłem na jakiś wojenny film. Zaprzyjaźnił się ze mną potężny Rosjanin, o czerwonej cerze, jakby przed chwilą opalał się na słońcu. Zapytałem skąd ma taką czerstwą cerę. Odpowiedział, że to skutek paru lat przebywania na Nowej Ziemi, gdzie panują srogie mrozy, a był tam zesłany na katorgę. – Za co? – zapytałem. Dopiero po paru dniach, gdy byliśmy sami, powiedział: – Za zabójstwo i rabunek. Dostał piętnaście lat, odsiedział siedem i wybuchła wojna. Wysłano go na front do karnego batalionu, aby „odkupił" swoją winę. Po paru miesiącach, budując most, tak niefortunnie obrabiał kloc siekierą, że rozciął stopę i trafił do szpitala. Wpierw w batalionie chcieli mu wmówić, że okaleczył się naumyślnie, ale jakoś z tego wybrnął. – A jak było naprawdę? – zapytałem go, gdy byliśmy sami. – Sam wiesz, jestem dobrym cieślą, nigdy by mi się to nie zdarzyło. Może uratuję życie, bo zakopałem to, co mi w rękę wpadło. Podobała mu się moja srebrna łyżka, którą zabrałem z domu do wojska. Zamieniliśmy się więc, na jego przywiezioną z łargu na Nowej Ziemi. Łyżka aluminiowa, typowa dla zesłańców. Kiedyś znajomy Rosjanin od razu ją rozpoznał, bo po dziś leży jako ozdoba na półce, pomiędzy innymi łyżkami. Biedna łyżka, nic dobrego nie widziała. Rosjanin ten uszył mi jeszcze na dodatek, z przyjaźni, portfel z grubego brezentu, który jeszcze przechowuję z biletami i papierami z Kaługi.
    Pewnego dnia wśród ozdrowieńców zapanowało ożywienie. Okazało się, że wielu żołnierzy wysłano na Daleki Wschód, pod granicę z Chinami. Po paru dniach poznałem Polaka z Wilna. Tak jak i ja trafił do Kaługi z partyzantki wileńskiej. W czasie zdobywania Wilna raniono go w kolano. Zaraz po przyjeździe do Kaługi wzięto go do wojskowego ewakuacyjnego szpitala 1403 i czekało go jeszcze parę tygodni leczenia.
    Wieczorami z różnych sal rozlegał się śpiew. Śpiewano po rosyjsku, ukraińsku i chyba po serbsku.
    Po dwóch tygodniach zebrała się komisja lekarska. Zebrano wszystkie moje papiery, wyniki badań i prześwietlenia biodra. Z rozmowy lekarzy zorientowałem się, że dziwią się, że mój rocznik był już na froncie i że chcą mi dać paromiesięczny urlop zdrowotny. Pytali, gdzie byłem na froncie, mówię, że przy zdobywaniu Wilna, dali jakieś papiery siostrze dyżurnej i wychodzimy. Ona mówi: – Ot, i pojedziecie do domu. Ucieszyłem się ogromnie, ale nic nie mówię, aby nie zapeszyć i aby coś jeszcze się nie zmieniło. Zaprowadziła mnie do administracji, gdzie siedział „starszyna" – starszy sierżant, i paru cywilów. Rozłożyli moje papiery. Zaczęli coś pisać.
– Z jakiego jesteście pułku?
– Z 361. pułku gwardyjskiego piechoty.
– Od kiedy w armii?
– Od 16 lipca 1944 roku – podaję, wliczając obóz w Miednikach.
– Przez jaki „wojenkomat" wcielony do wojska?
– Z partyzantki – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Tak i wpisuje „starszyna" w moje dokumenty, bo i przez głowę mu nie przechodzi, że z jakiejś innej partyzantki, niż rosyjska.
    


                                         Wyjeżdżam na urlop
    Dostaję stos dokumentów, między innymi najśmieszniejszy, że pożyczkę wojenną opłaciłem w wysokości siedmiu i pół rubla. Wypisują mi bilet do Wilna. Proszę, aby przez Moskwę, bo chcę to miasto zobaczyć. Z uśmiechem wypisują mi taki bilet na wojskowy wagon i pociąg pospieszny.
– Jutro pojedziecie i rankiem dostaniecie suchy prowiant i wszystkie dokumenty, ale pociąg jedzie wieczorem, więc jeszcze jeden dzień pobędziecie w szpitalu. Wszystkiego dobrego w domu – mówi mi na pożegnanie.
Dziękuję i idę na swój oddział, pełen radości, że jutro jadę do domu.
    Rankiem odnajduje mnie kolega z Wilna i gdy dowiaduje się, że jadę na urlop do domu, pisze długi list i daje mi przy wszystkich, abym zawiózł do Wilna. Nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni do paranoi sowieckiej i nie spodziewaliśmy się, że z tego może wyniknąć taka awantura. Po paru godzinach przychodzi do mnie oficer i mówi, że otrzymałem do oddania list od jednego z pacjentów.
– Otrzymałem i odwiozę go do Wilna – mówię.
– Czy wiecie, że od tego jest poczta polowa?
– Wiem, ale ja będę szybciej, bo dziś wieczorem wyjeżdżam.
– Dajcie mi to pismo – nie mówi „list".
Naraz jeden z pacjentów wstaje i mówi: – On schował go do szufladki.
– Nie dam, to jest list prywatny, mogę go oddać tylko właścicielowi.
Otaczają nas inni ranni żołnierze i większość staje po mojej stronie. Ktoś pobiegł do sali, gdzie leżał mój kolega, który dał mi list do zawiezienia. Widząc, że awantura staje się coraz to większa, mówi:
– Oddaj Zbyszek ten list, nie ma w nim nic takiego.
– Nie oddam nikomu, najwyżej tobie – otwieram szufladkę i zwracam mu nieszczęsny list, który kolega oddaje oficerowi.
    Po jego odejściu zaczęła się rozmowa między żołnierzami. Część z nich uważała, że nie należy przewozić korespondencji, bo nie wiadomo, co w niej jest, a list był napisany po polsku. I tu, mimo woli, zaczęła się kłótnia wynikająca z naszej słabej znajomości rosyjskiego, poza komendami i koszarowym żargonem. Kolega, żeby zobrazować, jak wiele narodowości jest w Sowietach i że nie trzeba dziwić się, że Polak pisze po polsku, powiedział: „U  was nawet ludojady są". Donosiciel śmiertelnie się obraził, bo zrozumiał, że Rosjanie to ludożercy. Znów poleciał po „politruka", bo nim okazał się oficer, który zabrał list, na skargę. Kiedy wrócił, inni żołnierze, a między innymi jakiś starszy major, znający język polski wyjaśnił, że to pomyłka i donosiciel źle zrozumiał tę wypowiedź.
    Po odejściu politruka, major podszedł do mnie i powiedział: – Widać, że Matuszkę Rosję dopiero poznajecie – pokiwał głową i dodał: – Dobrze, że ci nie odebrali biletów i przepustki.
    Po obiedzie siostra poleciła mi, abym poszedł po swoje rzeczy, oddał szpitalne ubranie. Poszedłem wpierw pożegnać się z dziewczyną z łaźni. Zmartwiłem się, że jej nie było, koleżance przekazałem pożegnanie i Matkę Boską Ostrobramską, na srebrnym łańcuszku, aby jej oddała.
    Wchodzę do magazynu mundurowego prawie przed jego zamknięciem. Daję potrzebne papiery, wyjaśniam, że niedługo mam pociąg. W magazynie są tylko dwie osoby. Starsza kobieta i magazynier w mundurze, w stopniu sierżanta. Rzuca mi niegrzecznie jakiś stary mundur, buty i czapkę. Kiedy zwracam mu uwagę, że przecież dałem nowy mundur, ze złością pyta: – Wy Ukrainiec? – Nie, Polak! Magazynier od razu zmienia się na twarzy, przeprasza mnie, niemal wyrywa stary mundur z rąk i do kobiety woła: –To Polak! Dawaj wszystko nowe. Gdy ubieram się w mundur, pytam – Dlaczego myśleliście, że jestem Ukraińcem? – Akcent u was inny.
    No i wychodzę z magazynu w nowym mundurze, w nowych butach i szynelu zamiast watowanej kurtki, w której przyszedłem z pułku. Magazynier tłumaczy mi, jak dojść na dworzec, o której odchodzi pociąg do Moskwy, jak dostać się do wojskowego wagonu i nie dać się oszwabić konduktorowi. Dostaję też w magazynie żywnościowym tzw. „suchy pajok" – suchy prowiant. Parę puszek „świńskiej tuszonki", jakieś koncentraty zup, cukier, suchary i talony na obiady w podróży. W sumie niemały woreczek. Żegnam się ze wszystkimi, widać wyraźnie, że kolegom smutno. Znam to uczucie, bo nie tak dawno moi koledzy z młodszych roczników wyjeżdżali z pułku do domu.
    Wychodzę na dwór, ciemno, palą się tylko niektóre latarnie. Nie ma tu zaciemnienia, już nie boją się nalotów niemieckich. Zimny grudniowy dzień, ślizgawica na ulicach. Na jednej zamarzniętej kałuży przewracam się jak długi, a ponieważ to jest niedaleko szpitala, parę kobiet podbiega, żeby mnie podnieść, ale podrywam się szybko i dziękuję. „Ot, i pierwsze kroki do domu niezbyt udane" – myślę. Znajduję stację kolejową z napisem „Kaługa", na którą przywieziono mnie w sierpniu tego roku w wagonie towarowym. Czekam na pociąg do Moskwy, a gdy przyjeżdża oszroniona lokomotywa i rząd wagonów, przy pomocy jakiegoś kolejarza znajduję wagon dla wojskowych, konduktor doprowadza mnie do mojego miejsca. Siadam akurat przy oknie i patrzę jak w ciemności przesuwają się domy Kaługi. Jakże inaczej wracam do domu, wygodniej, ale i w mundurze obcym. Pasażerowie, przeważnie żołnierze, zagadują, gdzie jadę, z jakiego jestem pułku. Nauczony niedawną przygodą z politrukiem omijam tematy, które mogą mi sprawić kłopoty.
    Nad rankiem, kiedy jeszcze ciemno, dojeżdżam do Moskwy. Ogromny, jasno oświetlony dworzec, nie przestrzegają tu zaciemnienia. Robi to na mnie wielkie wrażenie, bo od paru lat przyzwyczaiłem się do ciemności na ulicach Wilna. Ktoś usłużny pokazuje mi poczekalnię dla żołnierzy. Siadam przy stoliku, dostaję herbatę, do której wsypuję trochę otrzymanego na drogę cukru, zjadam parę sucharów, otwieram płaską puszkę konserw rybnych i siedząc przy stoliku czekam na świt, by przejść się po Moskwie.
    Dowiaduję się w informacji, kiedy odjedzie pociąg do Wilna. Pracownik kolei nie jest pewny, kiedy dokładnie to będzie, bo już, jak tłumaczy, wczorajszy nie odszedł. – Chyba bardzo późnym wieczorem, tak około jedenastej  będzie jakiś pociąg, ale chyba tylko do Mińska. Stamtąd to parę kilometrów i będziecie w Vilniusie.
    A więc mam przed sobą cały dzień na zwiedzanie ciekawego miasta. Jeszcze pochodziłem po peronach, aby upewnić się, czy na pewno nie ma innego pociągu do Wilna.  Jednak nie było. Kolejarz mówił prawdę. Chodzę po oświetlonym peronie, rozglądam się dookoła i widzę, że w moim kierunku idzie starszy mężczyzna w karakułowej czapce i wyszarzałym paltociku. Podszedł do mnie i pyta:
– A nie macie żołnierzu coś do sprzedania?
– Nie, nic nie mam – odpowiadam.
– Może coś z suchego prowiantu?
Przeglądam wojskowy worek, który nosiliśmy zamiast plecaka, a on patrzy mi na ręce.
– O, są koncentraty zup, kupiłbym je.
Myślę, że będą mi one mało przydatne w podróży, bo nie będę miał ich gdzie ugotować.
– Dobrze, to je zabierajcie, nie wiem ile kosztują – mówię. Mężczyzna dał mi kilkadziesiąt rubli
– Ot, będziecie mieli na piwo.
Amatorem piwa nigdy nie byłem, ale choć to zima, na dworcu widziałem lody w opakowaniach, to spróbuję, jak one smakują. Trochę zdziwił się moim gustom. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, powiedziałem mu, że jadę do Wilna. Zainteresował się tym, mówiąc : – To jesteście Litwinem.
– Ależ skąd znowu – odpowiedziałem – Polakiem.
     Wyraźnie się ucieszył i powiedział, że on też pochodzi z polskiej rodziny, ale osiedlony w Moskwie, jeszcze przed pierwszą wojną. Widać był zadowolony z transakcji, bo jak wiedziałem, na kartki mieszkańcy Moskwy niewiele otrzymywali.
    Wróciłem do olbrzymiej poczekalni, kupiłem lody, rozwijam je i rączką od wojskowej rosyjskiej łyżki zjadam powoli i ze smakiem. Na dworze zrobiło się jasno, a był to początek grudnia, chyba trzeci. Wychodząc z dworca znajduję stację metra, o którym mówił każdy Rosjanin. Ruchomymi schodami zjeżdżam w dół, pytając jakiegoś cywila, który stanął obok, ile głębokości ma metro? Uśmiechnął się i powiedział: „Sto dwadzieścia metrów, ale to tajemnica".
     Cóż to za przepych, te stacje metra w Moskwie. Marmury, rzeźby. Wysokie sklepienie, niebieskie elektryczne wagoniki zatrzymywały się wówczas co trzy minuty!
    Ciepło było w metrze, bo gdy wychodziłem na zewnątrz, wiał zimny wiatr, padał rzadki śnieg. Pomimo tego wsiadłem do jakiegoś tramwaju i jeździłem kilkadziesiąt minut. Widziałem parę przedmieść, gdzie stały drewniane stare domy, na podwórzach kobiety rąbały drzewo. Z wielką ciekawością oglądałem to ogromne miasto, nigdzie nie widziałem zniszczeń, zbombardowanych lub spalonych domów.  Pytałem mieszkańców, czy Niemcy bombardowali miasto. Pamiętałem o Wilnie, które było kilkunastokrotnie bombardowane i palone, o pustych martwych dzielnicach mojego rodzinnego grodu. Dowiedziałem się, że nie tylko Moskwa była bombardowana, ale i w listopadzie 1941 roku ostrzeliwana przez podchodzących na odległość siedmiu kilometrów Niemców.
  

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież