Stefan Pastuszewski - Pozorne religioznawstwo

Początek tego artykułu jest obiecujący. Celnie określa starowierie jako etniczną wspólnotę chrześcijan wschodnich i co – nadal jest rzadkie w polskiej nauce – do twórców reformy cerkiewnej lat 1653–1667 powodującej raskoł, zalicza obok patriarchy Nikona cara  Aleksego Michajłowicza Romanowa, który był grekofilem, jako że wmówiono jemu i jego następcom tron bizantyjski. Dalej już, niestety, mamy powielanie błędnych bądź nieprecyzyjnych rozeznań, głównie biorących się z ideologii przeciwraskolniczej Cerkwi synodalnej (XVII–XIX wiek), bezkrytycznie powtarzanych przez polskich badaczy, a raczej autorów publikacji o starowierstwie, bowiem mało kto z nich prowadził rzetelne badania. Fakt ten obnaża powołanie się na zupełnie archaiczne i wtórne wobec nowoprawosławnego misjonarstwa, opracowanie Karola Dębińskiego Raskoł i sekty prawosławnej Cerkwi rosyjskiej (1910) oraz, na balansującą na granicy sensacji i pseudonauki publicystykę Andrzeja Tokarczyka Trzydzieści wyznań (1971). Władysław Nowak, autor artykułu Życie liturgiczne staroobrzędowców czyli Staroprawosławnej Pomorskiej Cerkwi w Wojnowie na Mazurach pomieszczonego w nr 4 z 2003 roku „Komunikatów Mazursko–Warmińskich" (s.501–512) prawie zupełnie nie sięgnął do opracowań rosyjskojęzycznych, w tym konfesyjnych, a to dla pracy religioznawczej, na którą ów artykuł się sadzi, grzech bez mała śmiertelny. Nie można rzetelnie opisywać życia religijnego jakiegoś Kościoła czy środowiska, nie wnikając w przedmiot opisu jakby od jego środka.
Wytykając błędy tego tekstu, zacznijmy od anachronizmów historycznych:
W. Nowak nazywa Nikona wybitnym humanistą (s.501), podczas gdy od biedy można go nazwać wybitnym, choć chorobliwie ambitnym organizatorem Kościoła. Popowcy wcale nie wybrali własnej hierarchii duchownej, tylko zmuszeni przez czynniki zewnętrzne ją zrekonstruowali. Bezpopowcy wcale nie zniechęcili się do popierającego w większości reformę duchowieństwa, tylko obserwując eskalację prześladowań, orzekli w formie prawdy teologicznej nastanie Antychrysta, który zniszczył w Cerkwi stan duchowny. Mnich Filip wcale nie był założycielem filiponów, tylko termin ten wpisał się w świadomość potoczną, a potem za sprawą Austriaków i Niemców w obieg naukowy, całkiem przypadkowo. Równie dobrze można mówić o pochodzeniu od… apostoła Filipa. A mimo wszystko nadal utożsamia się filipowców z filiponami, czyli różnej maści starowierów z Europy Środkowo–Wschodniej.
W.Nowak, wzywając retorycznie od omówienia życia liturgicznego w klasztorach staroobrzędowców w Wojnowie (s.514) wykazuje całkowitą nieznajomość rzeczy. Raz, że był tam tylko jeden klasztor (najpierw męski, potem żeński), dwa, że ów żeński klasztor w zasadzie w 1978 roku z chwilą śmierci ostatniej zakonnicy Praskowii Wawiłowej przestał istnieć. 8 kwietnia 2006 roku zmarła ostatnia bielica, czyli probantka, a zabudowania klasztorne są dziś atrakcją krajoznawczą w ramach gospodarstwa agroturystycznego Ludwikowskich. Od 1995 roku istnieje w Wojnowie tylko żeński dom zakonny pw. Opieki Bogurodzicy należący do Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego.
Jeśli idzie o błędy typowo religioznawcze, to starik, nie jest wcale tożsamy z nastawnikiem (s.205), bowiem w danej wspólnocie starików, czyli starszych, świątobliwych mężczyzn może być więcej, a nastawnik, czyli ojciec duchowny, nauczyciel, przewodnik w zasadzie jest jeden, choć w większych zborach, jaki na przykład pw. Opieki Bogurodzicy w Rydze jest ich kilku, lecz przewodnictwo należy się wtedy starszemu nastawnikowi. W. Nowak termin starik powtórzył bezkrytycznie za Emilią Sukertową– Biedrawiną.  
Nieprecyzyjnie brzmi termin oddawania czci ikonom napisanym według starych wzorów bizantyjskich (s.503), bowiem w istocie są to wzorce staroruskie o korzeniu bizantyjskim. W. Nowak powtarza fałszywy, choć wciąż obecny w polskim piśmiennictwie komunikat, że staroobrzędowcy (bezpopowcy– przyp. SP) uznają jedynie sakramenty chrztu i pokuty, a od kilkudziesięciu lat także małżeństwa (s.503, 505, 509, 512). Bzdura! Jako prawdziwi chrześcijanie uznają wszystkich siedem sakramentów, o czym świadczy siedem podwiżek wszytych w łopastki lestowki, lecz praktykują owe trzy z uwagi na to, że pozostałe cztery zarezerwowane są tylko dla kapłanów.
W. Nowak miesza źródła doktrynalne z przepisami liturgiczno–eklezjalnymi, nazywając je ogólnie podstawą wyznania (s.503), podczas gdy termin wyznanie w zasadzie obejmuje tylko kwestie doktryny, nauki wiary. Kompletna nieznajomość życia religijnego prawosławia każe autorowi rzeczonego tekstu ikonostas w formie przegrody przed ołtarzem sprowadzać, również za Emilią Sukertową–Biedrawiną  , do drzwi królewskich (s.504), a Apostoł nazwać tekstami Dziejów Listów Apostolskich (s.505), choć być może w tym przypadku jest to tylko błąd korektorski (zabrakło spójnika i między Dziejami Apostolskimi a Listami Apostolskimi). Obycznyj naczał, to nie trzy modlitwy i trzy pokłony (s.504), tylko siedem. Zakończenie nabożeństwa to nie odpust (s.505), tylko otpust. Zresztą W. Nowak, używając zamiennie terminów naczał i naczało, choć ten drugi częściej oznacza kierownictwo, raz tak opisuje ten obrzęd (s.504–505), a raz inaczej (s.506). Prawdopodobnie błędnie uważa, że są one czymś odrębnym. W. Nowak, bardzo precyzyjnie opisując obrzęd chrztu, co jest pewnym novum w polskim piśmiennictwie, wyraża jednak żal, że wspólnota ta nie została zaproszona do dialogu Kościołów chrześcijańskich w Polsce na temat wzajemnego uznania ważności chrztu (s.507). Jest to ewidentny, naiwny skądinąd anachronizm, bowiem starowierie nie akceptuje ekumenizmu, bazując na przekonaniu o swej wyłącznej prawowierności. Idealistycznie i ignorancko zarazem brzmi też zakończenie analizowanego artykułu: „W dobie rozwijającego się ekumenizmu staroobrzędowcy i Kościoły chrześcijańskie w Polsce (a staroobrzędowcy to nie chrześcijanie? – przyp. SP) winni podjąć ze sobą bogatszy dialog (…)" (s.514).
 Całkowitym nieporozumieniem jest uzasadnianie odrzucenia małżeństwa przez wczesnych starowierów tym, że przez  rozmnożenie rodu ludzkiego Antychryst zapanował nad światem (s.509). Tak to nawet ów nieszczęsny K. Dębiński, na którego powołuje się W. Nowak nie twierdzi. Odrzucano małżeństwo przede wszystkim z uwagi na duchowe doskonalenie się.
Szkoda, że aż tyle błędów i nieścisłości znalazło się w tym para–religioznawczym tekście, bowiem bardzo wartościowe są w nim – oparte o informacje od wiernych– szczegółowe opisy obrzędów kościelnych, ślubnych i pogrzebowych. Tylko one są wiarygodnym dokumentem, bardziej jednak etnograficznym niż religioznawczym, choć też zawierają szereg rozbieżności z praktyką w tym zakresie innych wspólnot starowierskich. Ale taka już jest, pluralistyczna, uroda tego etnoreligijnego światka.  

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora