Tadeusz Zubiński - Kupić za polskie pieniądze

Rosjanie powiadają, że żonaty mężczyzna żyje dłużej, ale wolny mężczyzna bardziej interesująco.
Zatem były święta, a jak święta to koniecznie musi na stole znaleźć się kutia. Ta potrawa–legenda, w kraju, poza obrzeżami tzw. Wschodniej Ściany, zupełnie nie znana. Podaję przepis na kutić kresowŕ w wersji inflanckiej, bo jest jeszcze wersja galicyjska. Bierzemy Ľ litra pszenicy– omielonej, ostatecznie może być pęczak. Moczymy przez 24 godziny w woreczku z gazy. Następnie trzeba pszenicę sparzyć wrzątkiem i obgotować na wolnym ogniu. Kolejny etap: podkręcamy ogień i pszenicę rozgotowujemy, ale nie wolno przypalić, trzeba dolewać wody, aby przez cały czas ziarno ją chłonęło, no i mieszać, mieszać na Boga! Bo przypalona pszenica nadaje się wyłącznie do wyrzucenia. Pszenica musi być miękka i rozklejona. Kolejny składnik to mak. Pół litra maku zalewamy wodą i odstawiamy na noc. Rano w tej wodzie mak gotujemy. Potem go 3 –krotnie mielimy przez maszynkę, ucieramy z miodem, (można ewentualnie dosypać odrobinkę cukru waniliowego). Dodajemy: posiekane orzechy najlepiej laskowe, ale można i włoskie, słodką śmietankę, startą skórkę z cytryny, można też inne bakalie, ale ostrożnie z tym szczodrzeniem. Tak przyrządzony mak łączymy z pszenicą i całość dokładnie mieszamy. Kutię podajemy oziębioną– pychota gwarantowana w stylu sarmackim retro, a przy okazji koleżanki, te bardziej modern, jasny szlag trafi.
Jeden z moich bohaterów literackich: – Nikodem Dyzma przed wojną chadzał do cyrku na walki francuskie, a ja udałem się na występ ukraińskiego cyrku liliputów „Radosna Planeta". Trzej mężczyzn, trzy kobiety w wersji mikro, trzy psy– dwa pudle, trzeci chyba mieszaniec spaniela plus 5 gołębi– w standardowych gabarytach dało znakomity, półtora godziny show. Podobało mi się, choć nie powinno gdyż, jak powiadają Rosjanie: Kto służył w armii, ten się w cyrku już nie śmieje.
Z uwagi na prawie jesienną pogodę czyli bez mrozu i opadów ulica Czaksa–ruchliwa, bo przelotowa arteria stolicy, która jest tradycyjnym miejscem pracy ryskich pań lżejszych obyczajów, których towarzystwo intymne jest wycenione na godzinę na 15 łatów, ale można się targować, gdyż oferta pań i asortyment usług są ogromne, znacznie w okresie świąt, uaktywniła się. Dla szczególarzy podaję, że krzyżująca się z ulicą Czaksa inna ulica pod szacownym wezwaniem świętej Gertrudy także stała się polem działalność ryskich cór Koryntu, ale już z mniejszą tradycją w tym zakresie, że tak się oględnie wyrażę. A tak historycznie, jeszcze coś też z półświatka: otóż szopenami do dziś dnia ryska żulia nazywa muzyków, np. w restauracjach, no i ulicznych grajków.
W tygodniu pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem wybuchła afera przemytnicza. Otóż czujne litewskie bobry doskonale przysłużyły się litewskiemu fiskusowi ujawniając przemyt papierosów z Białorusi drogą rzeczną. Po prostu pracowite gryzonie przegryzły skrzynie ze szmuglem, spławione pod legalnym transportem drewna, i te wszystkie znakomite podróby malboro itp. dosłownie wypłynęły na wierzch.
Ale święta na Inflantach są jedyne takie, bajkowe, kresowe, obfite i bardzo urozmaicone. Realizowane z rozmachem i polotem, takie internacjonalne, szczególnie te rosyjskie jędrne pieśni, z kategorii: zastolne, rosyjski słodki stół, alkohole, w telewizji wprost śpiewają srebrem i śniegiem kremlowskie kuranty. I iskrzą się pieprzne anegdoty opowiadane tylko dla kuriaszczych, z Gruzinami w roli głównej–pychota. Na przykład taki witz:
Gruzin żeni się, ale ma podejrzenia co do wcześniejszego prowadzenia się swej rychłej małżonki. Aby się upewnić o jej hipotetycznej cnocie idzie do doktora i prosi o środek, powodujący, że jego penis zacznie świecić na zielono. Lekarz, też oczywiście Gruzin, przychyla się do prośby rodaka i przepisuje odpowiedni specyfik. W noc poślubną Gruzin zażywa medykament, którzy od razu jaskrawo zadział. Gruzin gasi światło i kieruje się nagi w stronę łoża, w którym oczekuje go świeżo poślubiona pani Gruzinowa. Ta widząc wyeksponowaną zieloność na froncie małżonka wykrzykuje skonfundowana: Mój Boże, a dlaczego u ciebie jest on taki zielony!!! Na to wkurzony Gruzin odkrzykuje: O, ty k...., a skąd ty wiesz, że nie ma być zielony?!
W telewizji rosyjskiej, która jest także retransmitowana na trzy moje ciche kraje– pierwyj bałtyjskij kanał – od lat wielu w ostatni dzień starego roku leci kultowy film z 1975 w reżyserii Eldara Riazanowa „Ironia losu" – „Ironia Subdy"  – długachny, taki w sam raz zakąskowy, bo aż 184 minut liczący sobie. W zasadzie to liryczna komedia pomyłek i rozstań ze zjawiskowo piękną naszą Barbarą Brylską, w scenerii zimowego Leningradu oraz z bardzo zapadającą w pamięć melodyjną muzyką. Jedno z początkowych zdań z tego filmu: Każdego ostatniego dnia roku chodzimy do łaźni, weszło na stałe do kanonu języka rosyjskiego.
Bardziej stateczniej. Na pytanie: Jak powitać Nowy Rok na Inflantach? Opowiadam: Można na wiele sposób, ale zawsze toast ten najważniejszy trzeba wznieść słodkim sowietskoje szampanskoje –0.75 litra, 11,5% alkoholu rozlewanym w Rydze przez firmę Ryski Balsam, w mojej dzielnicy Rygi: Grîziňkalns.
Noc noworoczna okazała się wysoce tragiczna. W Rejonie Krasławskim, będzie to tuż przy granicy z Białorusią– 7 młodych ludzi, dokładniej chłopców 15–19 lat utopiło się w mazdzie, która wpadła do rzeki.
Na ten drugi Nowy stary rok, według kalendarza juliańskiego życzyliśmy sobie zgodnie: po staroj ruskoj – tradycji mnogaja, mnogaja leta. A było to po występie â capella, wprost uczcie, prawosławnego męskiego chóru z Moskwy „Pravoslavnije pevczieje" coś naprawdę wzniosłego, a te głosy, które szybują pod niebiosy. Dobry, Panie Boże! Jesteś Doskonały!
Aby pozostać w kręgu transcendencji dam dobre rady. Pierwsza to ta, że Rosjanie nie trącają się kieliszkami, pijąc za pamięć zmarłych lub za osoby, co do której są wyraźne przesłanki aby sądzić, iż nie żyje. Tak było w związku z zatonięciem okrętu podwodnego „Kursk", ludzie już marynarzy pochowali przy stołach a w telewizji marynarze wciąż żyli i mężnie trwali na posterunku. A kwiaty, tutaj trzeba mieć tę minimum klas – jak pouczali starozakonni, gdyż Rosjanie uwielbiają dawać i otrzymywać kwiaty, także mężczyźni, ale jest bardzo istotna uwaga. Otóż, gdy idziemy do kogoś na urodziny lub na ślub przynosimy kwiaty w liczbie nieparzystej np. 3, 5 itp. Liczba parzysta kwiatów jest właściwa, wtedy gdy udaje się na cmentarz albo na czyjś pogrzeb.
Znowu o nas, proszę bardzo, coś z cyklu: sprawa polska a Inflanty. Zaskoczyła mnie nazwa dania w karcie w restauracji: polska zupa. Zabrzmiało wyzywająco, brawurowo zamówiłem, kelnerka przyniosła mi flaki, bardzo dobre zresztą.
Jeszcze coś o nas czego na pewno nie znajdziecie w akademickich słownikach języka łotewskiego: idiom: kupić coś za polskie pieniądze, znaczy potocznie: coś ukraść. Prawda że ciut, ciut zabolało?
Bardziej sympatycznie, coś ze wspólnej łotewsko–polskiej historii. Otóż już 17 września 1932 roku otwarto połączenie lotnicze Warszawa– Ryga. Linię lotniczą Warszawa–Wilno– Ryga– Tallinn obsługiwał 3 razy w tygodniu ośmioosobowy samolot Fokker PLL LOT. Przelot do Rygi trwał wtedy prawie 5 godzin, cena biletu wynosiła zaledwie 56 łatów, gdy na miejsce sypialne w pociągu II klasy na tej samej trasie 68 łatów.
Z kolei w gratisowej gazecie, która w każdy czwartek trafia do mojej skrzynki na listy, natknąłem się na następujący inserat: sadło borsucze leczy bronchit, astmę, gruźlicę i wzmacnia system odpornościowy organizmu, telefon taki a taki. Przyznam sić, ýe jako Brat Inflancki Âpsis– więc Borsuk– poczułem się ambiwalentnie.
Było ponuro, teraz będzie nieco sympatyczniej. Otóż w Rydze jest pewien kwartał ulic, który wytrwale pachnie czekoladą, gdyż taki intensywny aromat rozsiewa znajdująca się w jego centrum, fabryka czekolad, kakao i słodyczy: legendarna Laima. Dosłownie tutaj powietrze ma smak i zapach doskonałej czekolady.
Ten rok jest rokiem przestępnym, czyli rokiem szczególnym. Ludzie urodzeni 29 lutego uchodzą na Inflantach za wysłanników kosmosu i z tego tytułu są predestynowani do lotnictwa i wszelkiego innego typu bujania w obłokach. Na Łotwie żyje 1060 osób, urodzonych 29 lutego.
Jak będziecie mieli okazję posmakujcie „rarytasu z Roji", znakomitych wędzonych fląder, specjalności kulinarnej rodem z małego miasteczka nadmorskiego, tuż nad granicą z Estonią: Roja.
A jeśli już przyszło nam zahaczyć o Estonię, to w Estonii można napić się doskonałego piwa estońskiego Sandels, które sprzedają wedle angielskiej starej piwnej miary: pinty czyli –0,568 litra.
Od wieków wieków na Inflantach jada się dużo, dobrze i wielorako, a niekiedy nawet aż za dużo. Okazją nad okazjami do objadania się jest Maslenica. Maslenica– z akcentem na pierwszej sylabie to tydzień ostatni przed Wielkim Postem, czyli Ostatki, oczywiście liczony podług kalendarza juliańskiego. To jedno z najbardziej tradycyjnych świąt rosyjskich, które ma bardzo długą historię, nie zanikło za „sowieckich wremi". Dziś jest szczególnie silnie kultywowane przez rosyjską społeczność na Inflantach. Kulminacją święta jest weekend, a jego symbolem i wręcz sakralną potrawą są bliny (ros. blinczyki). Rosyjskie bliny bardziej przypominają nasze naleśniki, tyle że są bardziej puszyste. Podaje się wielorako z grzybami, kawiorem, śmietaną, rybami, miodem etc. Każda rosyjska gospodyni domu na kolację swoim domownikom co dzień serwuje bliny z innym nadzieniem. Mało tego, stoliczki z gorącymi blinczykami i aromatyczną herbatą z samowaru stoją przed prawie każdą szanująca się restauracją w Rydze, bo podczas Maslenicy Rosjanie mają wyjątkowy gest, no, i kulinarny spust. Dosłownie obżerają się blinami, a ja wraz z nimi.
Jak już się najemy, warto zadbać o strawę duchową. A cóż może być równie uduchowionego jak włoska opera, na przykład „Madame Butterfly" Giacomo Pucciniego.
To już trzynastka ryska inscenizacja tego dzieła, pierwsza miała miejsce 27 maja 1925. Obecna, czyli ta z roku 2006, zaprezentowana została w kameralnej, ale bardzo secesyjnie pięknej sali Łotewskiej Opery Narodowej, (zupełnie jakbyśmy się przenieśli w pierwszą dekadę XX (wieku), naprawdę mogła się spodobać. Ogólnie dobre głosy– obsada ściśle łotewska, bez tych nadmuchanych pseudo–zagranicznych gwiazd, jak to się stało w kraju normą, świetna orkiestra poprowadzona poprawnie przez dyrygenta Normunds'a Vaicis'a. Scenografia bardziej imitowała japońszczyznę, niż miała ją być, co trzeba zaliczyć na plus, no i te bilety. Cena biletu dostępna dosłownie dla każdego na 2, 5 godzinny spektakl, przeliczając na polskie złote: 50 złotych, i to za miejsce bardzo przyzwoite.
Zagrałem w novuss To bardzo inflanckie doświadczenie, ale powiem eufemistycznie że championem ten gry nie zostałem. Novuss jest szczególną dla Inflant: odmianą bilardu. Gra się na specjalnym stole, kwadratowym o boku 1 metra. Graczy jest dwóch, stół ma w każdym rogu tak zwane kieszenie. Używa się kijów – o długości 25 cm. Czyli krótszych niż w klasycznym bilardzie, i specjalnym kolorowych kuleczek w kształcie zbliżonym do dysku. Kolor kuleczek; czarne i czerwone ma swoje znaczenie w grze. Kuleczek jest 16, plus dwie specjalne, nazywane krążkami, a wygrywa ten kto pierwszy wstrzeli 8 kuleczek do kieszeni stołu. Komplet do gry kosztuje około 110 łatów, czyli sporo. Novuss to gra, która posiada już ponad 80–letnią tradycje na Łotwie. Są dowody, że była uprawiana na Łotwie i w Estonii około roku 1925, w barach i piwiarniach miast portowych. W Estonii novuss nosi nazwę koroona. Podobno pierwsze stoły do gry w novuss przybyły na Inflanty drogą morską– jak każda szacująca się zaraza – z Anglii, ale jego geneza sięga aż na Cejlon. Rodzimy pierwszy stół zbudowano w roku 1928 roku. Reguły gry zostały spisane w roku 1932, w tym też roku miały miejsce pierwsze międzynarodowe zawody, które wygrał Ůotysz Alberts Ramiňđ, zmarůy w USA w roku 1980.
Łotewski Związek Novussa powstał w 6 grudnia 1963 roku. Novuss jest uważany za trzeci narodowy sport Łotwy. Novuss jest popularny także w Estonii,USA, Kanadzie, Izraelu, Gruzji, Rosji, Finlandii, Australii i w Niemczech. Ta inflancka gra zna jest także śladowo w Polsce, w studenckich pubach, bo to gra do piwa znakomita i koedukacyjna.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież