Stefan Pastuszewski - Kilka tez o Białorusi 2012

Sposobny już czas, aby zestawić w jedno to, co na pewno wiemy o Białorusi 2012.
Zadziwiające jak ten kraj, z którym nie tylko wiąże nas wspólnota geograficzna (Wielka Nizina Środkowo-Europejska, przeurocze Polesie nic nie robiące sobie z granic państwowych, jest tu i tam; na Białorusi, Polsce, Ukrainie) i wspólna historia, ale też głębokie, duchowe pokrewieństwo, jest dziś w Polsce mało znany.
Winne są temu z znacznym zakresie media, od których człowiek XXI wieku tak bardzo się uzależnił w procesie zdobywania wiedzy o świecie, a one, głównie – mówiąc językiem propagandy totalitarnej, które służą – „rozpowszechniają fałszywe wiadomości" o Białorusi i tak ją zohydzają, że aż nie chce się wyławiać prawdziwych faktów z ich tendencyjnych enuncjacji. Zestawmy więc kilka niezależnych od globalizacyjnych doktryn tez o Białorusi.

Ustrój przejściowy i wciąż zmienny
Ustrój polityczny Białorusi wciąż jest w trakcie kształtowania się. Cechuje go z jednej strony przejściowość, a z drugiej elastyczna zmienność. Nie jest on ani usztywniony, ani zbytnio uzależniony od ekonomii. Dzieje są tak dlatego, że dużą rolę odgrywa jedna  osoba – prezydent. Cały czas państwowym działaniom politycznym przyświeca idea suwerenności, określona 27 lipca 1990 roku w deklaracji Rady Najwyższej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. A że suwerenność ta jest wciąż bezpośrednio i pośrednio zagrożona (inwazja ekonomiczna), to wiele działań państwowych ma charakter dyrektyw wojennych, zaś styl sprawowanej władzy zbliża się do bonapartyzmu (dominująca rola przywódcy jednostki przy zwartym kolegialnym kierownictwie i biernej akceptacji społeczeństwa). Kontrola nad życiem społecznym nierzadko przypomina rozwiązania totalitarne (drobiazgowa biurokracja, precyzyjny obieg szczegółowych informacji, w tym zbieranych tajnie, surowe, choć nierzadko tylko symboliczne represje wobec opozycji politycznej).
Organizację władzy cechuje centralizacja i wertykalizm. System polityczny jest formalnie wielopartyjny, lecz życie polityczne bez wątpienia zostało przygłuszone przez ową centralizację, wojenny charakter działań administracyjnych oraz bonapartyzm stylu sprzeciwiania władzy, będący jakby bardziej demokratyczną odmianą sowieckiego stylu sprawowania władzy (70 lat na Białorusi). Rozwojowi demokracji wielopartyjnej nie sprzyja też bierność polityczna większości społeczeństwa oraz rozbicie i rozproszenie ambicji raczkujących elit politycznych, w tym opozycji, nad aktywnością której wisi miecz zagrożonej suwerenności.

Bonapartyzm A. Łukaszenki polega m.in. na tym, że mimo oficjalnie wielopartyjnego systemu panującego na Białorusi, nie ma „partii władzy" czyli ugrupowania popierającego obecnego prezydenta. Podkreśla on, że nie jest politykiem i że reprezentuje cały naród. Sprytnie uważa, że partia władzy czy ruch społeczny tego typu zawsze będą mieć niższą niż on popularność i mogą go ściągnąć w dół („Rzeczypospolita" 2006, nr 120, s.7). A ponadto zawsze w takim ruchu może pojawić się konkurent. Polityka międzynarodowa, podobnie jak gospodarka, ma charakter wybiórczy. Nie wszystko i nie z wszystkimi! Dużą wagę przywiązuje się do stosunków z Azją: Chinami, Indią, Kazachstanem, Tadżykistanem. Na ten azjatycki kierunek wpływ niewątpliwy wpływ ma podobny charakter autorytarnych rządów i gospodarki wybiórczo planowej. Wynika również z euroazjatyckiego skrzyżowania, jakim w tranzycie jest terytorium Białorusi. W ostatnich latach rozwinął się też kierunek południowo-amerykański (Wenezuela).
Żadna władza nie może obejść się bez ideologii, czyli formowalnego ad hoc zespołu poglądów o sytuacji obecnej i pożądanej w państwie. Po prostu większość obywateli nie stać na własny ogląd rzeczywistości i własne sformułowanie wspólnych celów. Ideologię, albo się akceptuje, albo odrzuca, albo wreszcie z nią dyskutuje (najczęściej, także na Białorusi), ale bez wątpienia służy ona wypracowaniu zasad wspólnego działania. Od złej ideologii niczym od trampoliny można się odbić i skoczyć wyżej. W każdym razie w życiu społeczno-politycznym musi być jakiś punkt odniesienia.
Nie ulega wątpliwości, że bieżąca ideologia formalizowana przez białoruskie władze jest hybrydą ideologii neosowieckiej (dominująca rola państwa, jedność ideowo-moralna, bezpieczeństwo socjalne, pochwała a przynajmniej akceptacja, historycznego już, ZSRR, niezmienny kult bohaterów II wojny światowej), nacjonalistyczno-etatycznej (naród w dobrze zorganizowanym państwie) i staroruskiej gromadności („razem, choć czasem trudno, to jednak raźniej"). Ta głęboko zakorzeniona, nawet w podświadomości gromadność każe tłumaczyć się zwolennikom A. Łukaszenki:
– „Bo rodzina ma jednego ojca" („Rzeczypospolita" 2006, nr 67, s.7).
Oficjalnie mówi się o ideologii państwowej, bowiem z uwagi na wielonarodowość i wielowyznaniowość  kraju nie można mówić o narodowej. Choć Białoruski Egzarchat Rosyjskiej Prawosławnej Cerkwi jest preferowany w państwowym wychowaniu moralnym, to jednak inne Kościoły, w tym rzymskokatolicki też są angażowane w życie moralno-społeczne.

Gospodarka socjalna
Cechą charakterystyczną, o ideologicznym charakterze, jest gospodarka socjalna. Jednym z jej elementów jest intensywny rozwój budownictwa mieszkaniowego. Można mówić, podobnie jak w polityce, o wybiórczym charakterze działań gospodarczych.
Jest to równocześnie gospodarka planowa, ale tylko w wybranych dziedzinach. Na szczeblu centralnym zaplanowano m.in. budowę kompleksu papierniczego w Szkłowie oraz walcowni rur w Białoruskiej Hucie Metali w Żłobinie, a ostatnio elektrowni atomowej w Ostrowcu. tak zwany przemysł terenowy (znamy to pojęcie z PRL-u) oddany został władzom lokalnym, które tworzą różnego typu przedsiębiorstwa komunalne. Dużą rolę odgrywają też spółdzielnie. Coraz silniejszy jest sektor prywatny, jednak nie rozwija się on w oparciu o kryminalną prywatyzację jak na Ukrainie, tylko poprzez stopniowe gromadzenie kapitału.
Znamiennym rysem jest ograniczenie obiegu pieniądza poprzez produkcję wyrobów szczególnie trwałych. „Budujemy razem na wieki!" – hasło budownictwa i przemysłu materiałów budowlanych. Zupełnie odbiega to od stylu zachodniej wytwórczości produkującej dużo, lecz tandetnie po to, aby produkcja nigdy nie ustała. Gdy kapitalistyczny kolos zatrzyma się, to nigdy już się ruszy.
Znając zagrożenie ze strony Rosji robi się wszystko dla oszczędności energii. Trwałe stosunki handlowe utrzymywane są z Polską, Litwą, Łotwą, Niemcami, no i oczywiście z Rosją. Eksportuje się przede wszystkim materiały budowlane (cement, szkło polerowane, płytki ceramiczne, konstrukcje metalowe, materiały ścierne, kermazyt, szuter).
Rozpad ZSRR w latach 1990-1991 spowodował poważne załamanie gospodarcze wynikłe z zerwania bądź osłabienia więzi kooperacyjnych i surowcowych z innymi republikami ZSRR. Nastąpił spadek produkcji we wszystkich dziedzinach.
Od 1992 roku zaczęto wybiórczo wprowadzać elementy gospodarki wolnorynkowej. Utworzono wolne strefy ekonomiczne dla kapitału zagranicznego (w pobliżu Brześcia Litewskiego, Grodna, Mińska). Sprzedano zachodniemu kapitałowi część akcji, wielkich zakładów produkcyjnych. Nie sprzedaje się jednak ziemi, lecz wydzierżawia na dłuższy okres. Niemniej kryzys gospodarczy trwa. W roku 2011 inflacja osiągnęła 60 procent, a dług publiczny wymknął się spod kontroli. Jednak ani rząd ani większość społeczeństwa nie chcą przejść na gospodarkę wolnorynkowa, bo znają koszty takiego przejścia u sąsiadów: w Polsce, na Litwie, na Ukrainie. Szczególnie niepokoi ukraińska kryminalna prywatyzacja, a mentalność przedsiębiorców białoruskich  podobna jest do ukraińskich. Czyżby pat? Marazm

Symbole narodowe i język
Niechęć białoruskiej władzy, do lansowanych przez opozycję symboli narodowych, lansowanie symboli wciąż tkwiących nie tyle w klimacie sowieckim, co w istotniejszym dla białoruskiej świadomości narodowej – antyniemieckim (w czasie II wojny światowej mordy i zniszczenia na terenie Białorusi były ogromne; spalono m.in. 627 wsi a ich mieszkańców wymordowano) wynika m.in. z faktu, że to właśnie tych symboli (godło Pogoń i biało-czerwono-biała flaga) używała kolaborancka Białoruska Samopomoc Ludowa, która od 1941 roku przygotowywała się do utworzenia białoruskiego państwa z łaski i pod protektoratem III Rzeszy. Symbole te nosiła zarówno białoruska policja pomocnicza, jak i Białoruska Samoobrona, rodzima formacja wojskowa, która jednak po pół roku egzystencji (1942-1943) została rozwiązana i zredukowana do rangi policji pomocniczej.
Wydaje się, że niemal 80 lat po tych wydarzeniach symbole te jakby „oczyściły się" po kompromitacji w okresie II wojny światowej i powinny patronować trendowi emancypacyjnym, bowiem dziś to Rosja jako spadkobierca ZSRR najbardziej zagraża suwerenności Białorusi, a obecne symbole państwowe utrzymane są jednak w duchu sowieckim. Zresztą Pogoń (ale koń z opuszczonym ogonem w odróżnieniu od wewnętrznego, który go podniósł) to godło godne dumy narodowej, bowiem ludy białoruskie stanowiły istotną składową Wielkiego Księstwa Litewskiego, a język starobiałoruski był przez długi okres, przed polskim, językiem urzędowym tego zadziwiającego imperium bałtyjskiego („Świat Inflant" 2006, nr 10, s.1-2).
Przywrócenie do oficjalnego obiegu wykrystalizowanych na przełomie XIX i XX wieku białoruskich symboli narodowych zjedna też bonapartystycznej władzy tę część popleczników opozycji politycznej, która traktuje swój udział w sprzeciwie właśnie jako walkę o głębszą i widoczniejszą białorutenizację państwa. Dotyczy to również języka, którego rozwój wymaga konsekwentnej akcji administracyjnej, kto wie, czy nawet nie wzorowanej na państwach inflanckich, gdzie w wyniku językowo-kulturalnego przymusu udało się umocnić języki i kulturę – estońską, litewską i łotewską, a zarazem zagwarantować tamtejszym organizmom państwowym większą spójność. Język rosyjski i towarzysząca jemu kultura są w tej części Europy i świata tak silne i tak ekspansyjne, że mniejsze narody tylko na drodze administracyjnej, instytucjonalnej, a nie tylko poprzez rozbudzenie świadomości narodowej, mitycznej już w XXI wieku, bowiem sprowadzającej wszystko, nawet kulturę do kategorii użytku, są w stanie wzmocnić swoją tożsamość. Zresztą język ów i tak pozostanie na tym obszarze językiem międzynarodowych kontaktów. (Swego czasu byłem świadkiem jak to na granicy Litwin z Łotyszem nie mogli porozumieć się, operując swoimi językami, i chcąc nie chcąc przeszli na język rosyjski).
Poważnie za język białoruski winna też zabrać się opozycja. Nie ma moralnego prawa atakować rządu za brak troski o białoruszczyzną, skoro na wiecu przedwyborczym A. Milinkiewicz „mówił przez głośnik po rosyjsku, z trzeba Białoruś wyrwać z marazmu, że obecna głoszona przez Łukaszenkę stabilizacja to w rzeczywistości stagnacja" („Rzeczypospolita" 2006, nr 67, s.7), a potem obiecywał współpracę z Rosją (sic!) i Europą. Zresztą też przed wyborami pojechał do Rosji na konsultację. Skądinąd miał pragmatyczną rację, bowiem bez Rosji nie można na Białorusi robić polityki.
     
Położenie geograficzne i geopolityczne
Wydaje się, że z tego co przez wieki było fatum ciążącym nad Białorusią, czyli położenia „na skrzyżowaniu geopolitycznym" i w „przeciągu historii" obecne władze RB przy znacznym poparciu obywateli, usiłują uczynić walor pozytywny. Izolując się od bezpośrednich wpływów politycznych silniejszych organizmów państwowych i nie otwierając granic dla cynicznych hulaków ekonomicznych z USA i UE, grają swoim położeniem. Sojusz wojskowy z Rosją, owocuje wspólnymi manewrami i nowoczesnymi rakietami stojącymi wzdłuż linii Bugu. Będące efektem tego sojuszu ułatwienia w tranzycie masy towarowej na wschód, owocują korzystną ceną nośników energii (gaz, ropa), dzięki której ekonomia białoruska ma charakter prosocjalny. Opłaty za tranzyt i pośrednictwo transportowo-magazynowe stanowią istotny element gospodarki białoruskiej, tak jak turystyka w krajach o korzystnym klimacie. Te dwie składowe, podobnie jak turystyka w basenie Morza Śródziemnego, są nietypowym faktorem ekonomicznym, trudnym do powtórzenia przez tak „nieklimatyczny" i łatwiejszy do ominięcia w handlu międzynarodowym niż Białoruś kraj, jak Polska.
Ostatnio Białoruś rozpoczęła, i to z powodzeniem poszukiwania ropy naftowej na wschodnim Polesiu w Rejonie Rzeczycy. Unia celna z Rosją, Ukrainą i Kazachstanem wyrównuje niedobory gospodarcze, Granice między tymi państwami są otwarte jak w UE; gdy w kwietniu 2012 roku Bractwo Inflanckie jechało przez Białoruś do Rosji, to nikt go na granicy w Zakopytije-Lubin nie zatrzymał.
Pewną część dochodu narodowego przynosi użytkowanie i obsługa rurociągu ropy naftowej „Przyjaźń" oraz gazociągu z ukraińskiej Daszewy, z których oczywiście korzysta Polska, w ten sposób też wpisana w białoruskie tranzyty.

Zmęczenie pruralizmem
„Jednak na rewolucyjną zmianę się nie zanosi" – ogłosił 3 kwietnia 2006 roku, w niepotrzebnie nasyconym demagogią mediów „polskojęzycznych", horoskopie politycznym Piotr Piotrowski („Express Bydgoski" 2006, nr 47, s. 13).
Tak, to mieszkańcy Białorusi przez wieki atakowani przez siły zewnętrzne chcą tylko po prostu przeżyć. Teraz nie jest im tak źle jak do niedawna, nikt obcy nie stoi wprost nad ich głowami. Bezpieczeństwo socjalne jest duże.
    Naturalny konserwatyzm, chłopskiego w końcu narodu, i postsowieckie trwanie w przestrzeni społeczno-politycznej, w której nie trzeba dokonywać trudnych ocen i zmagać się z codziennymi wyborami (syndrom „ucieczki od wolności") nie skłania do raptownych zmian. Poza tym obywatele Białorusi są zmęczeni. To zmęczenie przekazywane jest jakby w genach, z pokolenia na pokolenie. Ileż to wieków kolonizacji, wyzysku, rabunku, napaści, mordów wreszcie! Nareszcie mają swoje państwo i chcą się nim nacieszyć. Odsapnąć także.
B. Cywiński narzeka, że na Białorusi nie istnieje demos czyli dojrzały podmiot społeczny-zbiorowość obywateli i w związku z tym daleka jest tam droga do demokracji („Tygodnik Solidarność" 2006, nr 6, s.14). A równocześnie po pięciu latach pracy zauważa, że człowiek na Białorusi zmienia się szybko, choć wciąż szuka swojej tożsamości: „Wiadomo już, że nie będzie kopią Rosjanina ani Polaka, Ukraińca ani Litwina" (s.15). Przewidując umacnianie się tożsamości mieszkańca Białorusi, co uważa za ważniejsze niż demokratyzacja, opisuje swoisty fenomen: „Nigdzie poza Białorusią nie spotkałem tylu cech pogranicza kultur różnych, istniejących obok siebie i jakoś od siebie niezależnych (…) Białoruś wyrosła i trwa na pograniczu dwóch wyrazistych i bardzo potężnych kultur: rosyjskiej i zachodnioeuropejskiej, która w tym regionie była reprezentowana głównie przez kulturę polską. Wzajemnie kontrastowe, wyrosłe w odmiennych wspólnotach wyznaniowych i w toku dziejów, nastawione do siebie nieprzyjaźnie kultury: polska i rosyjska były i są na swych terytoriach dość jednorodne i pozbawione – przynajmniej w ostatnim okresie – doświadczeń życia w pluralizmie. Białoruś zawsze była i dziś jest krajem kultury wielonarodowej- wschodniej i zachodniej, wymieszanej w proporcjach różnych, zależnych od przestrzeni i czasu" (s.15). I chyba te „genetyczne obciążenia": zmęczenie i naturalny pluralizm powodują, że mieszkańcy Białorusi pozwalają swojej władzy wertykalnej (autorytatywnej) na więcej, niż według standardów zachodnich można sobie pozwolić.
Może także ów pluralizm nie każe Białorusinom negować swojej przeszłości, nawet tej niewolniczej, jak czynią to neurotyczni Polacy, obecnie już niemal przy każdej zmianie rządów. Widzenie a raczej odczuwanie świata w jego bogactwie i ciągłości każą cenić to co, dobre, nawet w tym co całościowo było złe, jak komunizm. Przeglądając podręczniki szkolne do historii Białorusi, pisane po białorusku choć używane w rosyjskojęzycznej szkole, podziwiać można wspaniałomyślną mądrość wywodzącą białoruską tożsamość i dumę z księstw starobiałoruskich (połockie, turowskie), Rusi Kijowskiej, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także z przymusowego związku z Rosją, II Rzeczypospolitą, ZSRR. Jedno, co konsekwentnie neguje się w tych podręcznikach, to okupację niemiecką, podczas której zginęło ponad 2 miliony Białorusinów, ale też podczas której część Białorusinów kolabrowała z okupantem, o czym już raczej się nie pisze. No cóż, polityka historyczna!
Takie pogodne podejście do przeszłości być może jest rezultatem wciąż trwającej euforii z uzyskania po raz pierwszy w dziejach własnego państwa, niepodległości, a miało to miejsce 27 lipca 1990 roku i nasz zryw solidarnościowy też się do tego przysłużył.

Związki z Rosją
Związki z Rosją zawsze będą dla Białorusi bardzo istotne. Wynika to nie tylko z bezpośredniego sąsiedztwa, ale i blisko dwustuletniego, ścisłego-politycznego, ekonomicznego i kulturowego powiązania, najnowszym efektem którego jest zależność gospodarcza i geopolityczna. Język białoruski należy do wschodniosłowiańskich, ale jego zasób słownikowy w zacnym stopniu jest odpolski. Kultura ma korzenie wschodniosłowiańskie i odbizantyjskie, ale w znacznym stopniu została zokcydentalizowana, w tym spolonizowana, ale efekt spontaniczny i celowej rusyfikacji przez wieki chyba jednak dominuje. Najgorzej, że Białorusini w swej masie nie chcą mówić po białorusku (z braku zgłoszeń zamknięto jedyne w kraju liceum z białoruskim językiem wykładowym) i albo posługują się mniej lub bardziej literackim rosyjskim, albo pozostają przy rodzimych językach „tutejszych", których jest mnóstwo i są hybrydami rosyjskiego, polskiego, ukraińskiego, na podłożu oczywiście białoruskiego. Porozumieniu, także w obrębie małżeństw mieszanych, których przy takim tyglu kulturowym jest mnóstwo, służy więc głównie język rosyjski. Niemniej jednak oznaczenia na drogach w większości są w języku białoruskim, a szyldy urzędowe- dwujęzyczne.
W takiej sytuacji związki z Rosją są na Białorusi czymś oczywistym, pytanie tylko – jakie i w jakim zakresie?
Badania socjologiczne prowadzone w niepodległej Białorusi przez Niezależny Instytut Studiów Społeczno-Ekonomicznych i Politycznych (NI-SEPI) w 2004 roku utrzymują że do 2/3 Białorusinów są zwolennikami różnych form łączenia się Białorusi i Rosji bądź związków wykraczających poza zwykłe sąsiedztwo. Jednocześnie zdecydowana większość obywateli kraju nie akceptuje wejścia Białorusi w skład Rosji jako jednej z jej guberni. Związek z Rosją widziany jest na ogół, jako zachowujący dla Białorusi znaczny stopień autonomii, jak się wydaje wzorowanej na tej z okresu radzieckiego. Zdecydowani zwolennicy ograniczonego jednoczenia się obu państw przeważają nad jego zdecydowanymi przeciwnikami. Poparcie dla integrowania się obu krajów ma silniejszą motywację ekonomiczną niż polityczną; efekt otwartych granic umacnia tę motywację.
Większość Białorusinów woli się łączyć z Rosją niż z Unią Europejską, aczkolwiek około 1/5 respondentów jest zwolennikami obu opcji jednocześnie. Również większość pytanych wypowiada się przeciwko odbudowie ZSRR, aczkolwiek około 40% wciąż pozytywnie odnosi się do takiej możliwości. Co ciekawe, większymi zwolennikami integrowania się obu państw jest ludność białoruska – a nie rosyjskojęzyczna, co wynika z tego, że są to przede wszystkim mieszkańcy wsi, zatem mniej zamożni i gorzej wykształceni, wychowani w sowietyzmie. Młodzi są już bardziej otwarci, ale też naiwni w swoich wyobrażeniach o Zachodzie. Przypuszczać zatem można, iż w przypadku rozpisania referendum, większość ludności Białorusi poparłaby akt zjednoczenia się z Rosją, gdyby widziała w tym wyraźne korzyści ekonomiczne, a zarazem zachowany by został pewien stopień autonomii Białorusi w ramach wspólnego państwa.
Tak było do niedawna. Obecnie w wyniku popsucia się stosunków politycznych z Rosją (ciągłe zagrożenie wzrostu cen nośników energii) preferencje wyraźnie się zmieniają.     
Rusyfikacja językowa Białorusinów nie oznacza bynajmniej dominacji kultury rosyjskiej. Przeszkadza temu bardzo szeroko rozpowszechniony stereotyp Rosjanina, jako niedawnego i wciąż groźnego ciemiężcy. Objawy niechęci do Rosji nie są jednak tak silne jak na Ukrainie.
„Białoruś to ziemia, naród i kultura, których miało nie być od dwustu trzydziestu czterech lat – to jest od pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Odrębna ziemia, naród i kultura, przeszkadzały – i nadal przeszkadzają – Rosji" (Bohdan Cywiński, Myśląc o Białorusi; „Tygodnik Solidarność" 2006, nr 6, s.14).

Młodzież
Szczególna troska A. Łukaszenki o młodzie jest efektem przekonania, że na dłuższą metę o suwerenności państwa zadecydują nie struktury polityczne, ale baza społeczna.
Już działacze narodowi z lat czterdziestych ubiegłego stulecia, pragnący utworzyć państwo białoruskie w oparciu o faszystowskie Niemcy postawili na młodzież. 22 czerwca 1943 roku powołali Związek Młodzieży Białoruskiej, który liczył około 40 tysięcy członków. Inna rzecz, że Niemcy wykorzystywali ów narodowy zapał młodzieży do ratowania swojej okupacyjnej obecności w tej części Europy. Takie i swoje wojennej gospodarki bowiem wywozili młodych Białorusinów na roboty do Rzeszy.
Oczkiem w głowie A. Łukaszenki jest Białoruski Związek Młodzieży, zwany przez opozycję „Łukamołem". Ci studenci, którzy w marcu 2006 roku podczas protestu powyborczego byli bez przekonywującego usprawiedliwienia nieobecni za zajęciach zostali relegowani z uczelni. Błąd czy nauczka dla innych? Według mnie błąd. Wprawdzie student powinien przede wszystkim studiować, ale ma też prawo do aktywności, choćby opozycyjnej. Z pewnej części mieszkańców „miasteczka namiotowego" i tak nie wyrosną opozycjoniści, bowiem mają oni przede wszystkim za cel używanie życia. Wielu z nich chce używać życia na Zachodzie i świadomie poszło na Plac Październikowy, tak jak w latach osiemdziesiątych XX wieku pewna część Polaków rozrzucała ulotki, aby po przejściu przez represje, które nie były znów takie straszne, zgłosić się do obcych ambasad. 300 białoruskich studentów otrzymało stypendia na polskich uczelniach, po przejściu intensywnego kursu języka polskiego, ale – dziwo – większość z nich po kilku miesiącach wróciła do kraju. Część z nich będzie brać udział w różnych protestach, lecz część poświęci się pracy organicznej („Świat Inflant" 2011, nr 13, s.8-9). Aparat bezpieczeństwa wewnętrznego jest skuteczny aż do ośmieszania się. Weźmy na przykład reakcję na wiele milczących protestów. Sta-rając się nie łamać prawa, ich uczestnicy nie wznosili okrzyków, nie nieśli transparentów, lecz jedynie od czasu do czasu klaskali. Jak na to zareagowały władze? Zabroniły klaskania! Podczas pochodów w Dniu Niepodległości ludziom zabroniono oklaskiwania kogokolwiek oprócz weteranów lub artystów. Efektem była przejmująca cisza.
Podejmowane są również kroki mające na celu zakazanie gromadzenia się „w związku z planowanym działaniem lub brakiem działania". Innymi słowy, brak działania w grupie będzie niezgodny z prawem, jeżeli zostanie wcześniej zaplanowany. Przedziwna kontrola!


Media
Gdy na Białorusi włączy się radio czy telewizję lub kupi oficjalną gazetę, to napotka się tam przede wszystkim informację (wiadomości z kraju i zagranicy, biznes, kultura, pogoda), pochwałę pozytywistycznych działań zwykłych ludzi, ciekawostki, beztroską zabawę, wesołą muzykę(„Świat Inflant" 2007, nr 9, s.1-2). Wiadomości negatywne lub drażniące, w odróżnieniu od „polskojęzycznych" mediów w RP, odsuwane są na dalszy plan. Medianci wychodzą z założenia, że zło i cierpienie i tak dotyka na co dzień każdego człowieka, więc po co ma jeszcze dręczyć się lub niezdrowo pasjonować złem i cierpieniem innych. A tu neurotyczny M. Maszkiewicz wzywa psychopatycznym głosem sąsiadów, czyli Polskę również „do pomocy w przełamaniu informacyjnej bariery" („Rzeczypospolita" 2006, nr 102, s.8) czyli do…robienia wody z mózgu. Śmiem twierdzić, że część ponurości na polskich twarzach rodzi się z ponurych wiadomości w „polskojęzycznych" mediach.
Prasa opozycyjna istnieje, nawet kolorowa. To nie to co polskie odbitki białkowe z lat osiemdziesiątych XX wieku. Niemniej posiadanie tej prasy obciąża, albo ludziom wydaje się, że obciąża, bowiem gdy jedna Polek przyszła na spotkanie ze mną, to gazetę taką trzymała konspiracyjnie w rękawie i rozmawiała ze mną szeptem.
Świadczy to z jednej strony o bałaganie biurokratycznym, z drugiej o dużej sprężystości i dyspozycyjności KGB, milicji, wojska i służb granicznych postawionych w szczególnym stanie gotowości w ramach „stanu wojennego w obronie suwerenności".
Mają też miejsce deportacje tych, którzy naruszają białoruskie prawo, w tym – „z innych przyczyn" – dziennikarzy. Doprawdy, ale to już gruba przesada! Służby są wyraźnie nadgorliwe.

„Za wolność!"
To słabe i nieprzekonywujące wobec hasła A. Łukaszenki „Za Białoruś" hasło wyborcze A. Milinkiewicza (6,1 procent poparcia) nieprzekonywujące, bowiem znaczna część obywateli Białorusi nie odczuwa braku wolności, a nawet jeśli pewne elementy totalitaryzmu są dla nich uciążliwe, to traktują je jako niezbędne koncesje na rzecz suwerenności cudem utworzonego państwa, która wydaje się być głównym celem. A właśnie, tłukąca się w labiryntach historii niemal 200 lat i rodząca bolesne ofiary choćby w formie kolaboracji z Niemcami, idea niepodległego państwa białoruskiego zawarte jest w haśle „Za Białoruś!"
A. Milinkiewiczowi chodzi głównie o prawa obywatelskie, w tym wolność słowa, dostęp do informacji, swobodę zrzeszania się, z tym urządzeniem demokratyzmu nie jest aż tak źle, choć często są karykaturalnie zniekształcone. Brak realizacji tych praw, to przede wszystkim niechęć do aktywności tego typu większej części obywateli. Jest im dobrze w tym co jest. Swą wolność realizują kameralnie, czyli – w kręgu rodzinno – przyjacielskim.
Trudno więc dziwić się, że tworzony przez A. Milinkiewicza ruch „Za Wolność" nie rozwija się.

Federacja Polski i Białorusi?
Z wyjątkiem okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej, kiedy to pewna, choć nieliczna część Białorusinów kolaborowała z Niemcami (administracja, policja pomocnicza, samoobrona) oraz denuncjowała Polaków u hitlerowców, a potem u sowietów nie mamy trudnych zaszłości historycznych, jak w przypadku Ukraińców czy nawet Litwinów. Gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że kolaboroantami na tym poziomie (tylko cztery narody nie przystały na tworzenie z ich obywateli dywizji SS: Polska, Białoruś, Grecja, Litwa) oraz denuncjacje na Białorusinów były również ze strony Polaków, a ponadto dochodziło do likwidacji białoruskich działaczy narodowych przez polskie podziemie. Uprawiana przez nie ideologia sanacji tworzenia państwa narodowościowego przyniosła w okresie II wojny światowej krwawe owoce. Być może dlatego, idea Federacji Polski i Białorusi jest już ideą archiwalną.  

Bez transformacji naśladowczej
Jeśli na Białorusi nie dojdzie do absolutnego krachu, to będzie ona jedynym państwem postsowieckim, który przeszedł transformacje ewolucyjną,  a nie wstrząsową. Nie jest to też transformacja  naśladowcza jak na Inflantach czy na Ukrainie. Odbywa się ona bowiem bez krzywdzenia najsłabszych i zrzucania kosztów transformacji na barki szarych ludzi, podczas gdy elity używają świata w najlepsze. Nie obserwuje się na Białorusi tak drastycznego rozwarstwienia społecznego, jak na Ukrainie, czy  Rosji. Nie ma więc też wzrostu środowisk wykluczonych społecznie. Dzieje się tak być może również dlatego, ze większość społeczeństwa jest jakby wycofana, dając tym samym pole do popisu sferze władzy, która w znacznym stopniu wciąż zachowuje komunistyczny purytanizm.
Bierność Białorusinów jest wręcz przysłowiowa. A przecież można tam, bez większych przeszkód zrobić wiele, bardzo wiele, dowodem na co jest przykład Polaka z Komorowa, Edwarda Wojciechowicza. („Świat Inflant" 2012, nr 6, s.5).

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora