Bronisław Pastuszewski - „ZAWSZE CHCIAŁEM PRACOWAĆ DLA SIEBIE I NNYCH…"

Edward Wojciechowicz, Polak z Komorowa koło Świra na Białorusi, rocznik 1960 jest bardzo aktywnym organizatorem życia gospodarczego w swojej wsi i okolicy. To on serdecznie przyjmował grupę braci inflanckich na trasie wyprawy w kwietniu 2012 r.
Pochodzi z polskiej szlacheckiej rodziny pieczętującej się herbem Lis, – o czym niedawno się dowiedział, – zamieszkującej tereny dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ziemie te
Pozostały przy Polsce również na mocy traktatu ryskiego z 1921 r. Jest synem Antoniego
i Weroniki Perkowskiej. On sam urodził się w pobliskim miasteczku Świr. Język polski, wiarę katolicką i przywiązanie do naszej tradycji wyniósł z rodzinnego domu. Ojciec był
nauczycielem historii, ale polskie książki w czasach sowieckich musiał przechowywać
nawet w chlewiku. W domu przypominano dzieciom, że hasła: Bóg, Honor, Ojczyzna
są dla Polaków bardzo ważne i należy się ich trzymać w życiu. Obecnie część rodziny mieszka w Wilnie, Wrocławiu i Koszalinie. Żona Ałła jest Białorusinką i pochodzi z Kłecka. Edward ukończył szkołę średnią zawodową, a w 1983 r. Uniwersytet Rolniczy w Mińsku,
jako zdolny inżynier – pedagog uzyskując czerwony dyplom. Pracował jako nauczyciel zawodu w Iwiu, a następnie został dyrektorem szkoły w Komorowie, tej samej, do której wcześniej uczęszczał. Należy wspomnieć, że jako republika ZSRR, Białoruś specjalizowała się w rolnictwie, budowie maszyn rolniczych, budowlanych i ciężarówek. „..Byłem ambitny,
chciałem dobrze pracować, aby coś osiągnąć. Gdy w 1985 r. z „wizytacją" do Komorowa przyjechał minister oświaty, był pod wrażeniem poziomu nauczania i wyposażenia warsztatów szkolnych. I wówczas przekonał mnie do nowych perspektyw aktywnej pracy dla kraju jako członek Komunistycznej Partii Białorusi. A ja chciałem być aktywny, więc wstąpiłem do partii…" – mówi Edward Wojciechowicz. „Po rozpadzie Związku Sowieckiego
w 1990 r. (nota bene zadecydowano o tym na terenie Białorusi!) automatycznie przestałem być członkiem tej organizacji, ale moja szkoła w rok później zajęła pierwsze miejsce w kraju
w swej kategorii." W nowej sytuacji, niepodległej już Republiki Białoruskiej w 1995 r., mieszkańcy wsi, znając efekty pracy i zapał zaproponowali jemu kandydowanie do Rady
Najwyższej Republiki (parlament). W wyborach uzyskał 70% poparcie, z czego był bardzo dumny i został jednym z najmłodszych deputowanych. Przez rok pracował w komisji ekonomicznej. Parlament wówczas liczył 200 członków. Po tym okresie prezydent Aleksander Łukaszenka skorzystał ze swych uprawnień i powołał Zgromadzenie Narodowe
liczące 110 deputowanych. Ponieważ powoływano je w drodze mianowania, opierając się na
przeróżnych rekomendacjach, Edward Wojciechowicz uważając takie działania za nieuczciwe
nie chciał w nich uczestniczyć. „I tak skończył się dla mnie czas parlamentu. Ja swoim dzieciom chciałem zostawić dobre nazwisko, nie obciążone złą opinią" – mówi. Został, więc
opozycjonistą, zapisując się do Zjednoczonej Partii Obywatelskiej o charakterze liberalnym, której w 90. latach przewodził Stanisław Bogdankiewicz. Uważał, że trzeba mieć nadzieję, ale nie wiadomo było, co dalej. Edward Wojciechowicz sądzi, że obecnie istniejący opozycyjny Narodowy Front posiada dobry program, ale niezbyt pragmatyczny. Głosi on hasło, aby wszyscy obywatele mówili po białorusku, lecz nie bierze pod uwagę faktu, że tu mieszka wielu Rosjan skutkiem wcielenia tych ziem do ZSRR, żyje wiele rodzin mieszanych,
a także wielu mieszkańców ma różnorakie powiązania z Rosją. „Tutaj potrzebna jest elastyczność. Nie można więc twardo „iść przeciw Rosji", ale należy umieć lawirować" –
przekonuje. „Dlatego obecnie jestem ciągle opozycjonistą, ale nie w organizacji"– zaznacza.
Po „mińskim epizodzie" wrócił na wieś na stanowisko dyrektora szkoły. Ale w kraju narastał niż demograficzny i liczba uczniów malała. Jako człowiek pełen energii i – jak sam o sobie

2

mówi – kochający pracę postanowił dodatkowo zająć się szeroko rozumianym biznesem. Dzięki przyjaciołom spędził trzy miesiące w Stanach Zjednoczonych. W 2006 r. odszedł ze szkoły i wykorzystując akceptowane przez rząd programy unijne dla drobnej przedsiębiorczości oraz pomoc Niemców i Polaków został konsultantem Centrum Wspierania Małego Biznesu w Komorowie. Z tego źródła mógł otrzymać wsparcie finansowe, które pozwoliło mu na uruchomienie małej piekarni i otworzenie sklepu spożywczego. W tej piekarni zamontowano niemieckie urządzenia. Nazwa jej jest również niemiecka. (sic!).
Zatrudniono sześć osób z okolicy. Zostało otworzone biuro, zorganizowano plac zabaw oraz
uruchomiono małą elektrownię wodną na miejscu dawnego młyna. Wraz z żoną prowadzi niedaleko wsi w miejscu zwanym Podkościółek rozwojowe gospodarstwo agroturystyczne mogące przyjąć do dwudziestu gości. Jest tam też prawdziwa bania. Ze względu na bliskość jeziora Świr i granicy z Litwą (ok. 50 km), szanse na rozwój turystyki pobytowej są znaczne.
Państwo Wojciechowiczowie zamierzają w przyszłości obok gospodarstwa, tam gdzie stoi stary drewniany krzyż, wybudować kaplicę. Warto wiedzieć, że na Białorusi nie ma prywatnej własności ziemi – jest użytkowanie wieczyste na 99 lat. Można też wydzierżawiać
ziemię i nieruchomości na okres pięciu lat nie płacąc podatku. Nie potrzeba także dawać nikomu żadnych „wziatek"(czyli łapówek). W zamian za to należy wykonywać pewne prace
czy usługi dla przedsiębiorstw państwowych jak kołchozów, leśnictw i zakładów istniejących w okolicy na zasadzie umowy. Edward Wojciechowicz uważa, że Białoruś jest krajem wolnym od korupcji i mafii, a jego mieszkańcy czują się bezpiecznie. Jego dewizą życiową jest dobra praca dla siebie, rodziny i zaangażowanie na rzecz innych. „Nie chcę sam się dorabiać i dlatego pomagam innym w mojej wsi i okolicy. Taki jestem „nienormalny" – mówi
o sobie. Widać z tego, że nawet w warunkach pewnych ograniczeń prawnych i społecznych,
przy chęci do rzetelnej pracy, wiedzy i dobrej organizacji można dużo zdziałać, dać przykład,
zarazić inicjatywą i pomagać innym.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież