Jan Stanisław Smalewski - W tej defiladzie udziału nie weźmiemy

Wilno, a wraz z nim Kresy Wschodnie, przegraliśmy dla Polski na długo przed Jałtą i ostatecznymi uregulowaniami prawnymi. Przegraliśmy je podczas operacji „Ostra Brama", przeprowadzonej w pierwszych dniach lipca 1944 roku. Nie była to przegrana koncepcji walki zbrojnej. Zarówno polska partyzantka, jak i polska ludność zamieszkująca te tereny, skłonne były do poniesienia najwyższych ofiar, i ofiary te poniosły. W bitwie poległo około 600 ludzi. Była to przegrana idei, a tej nie sposób było wygrać.
Duże postępy wojsk sowieckich na froncie antyfaszystowskim przyśpieszyły decyzje Komendy AK o podjęciu uderzenia na Wilno. – Komendantem operacji wyznaczony został „generał Wilk". Połączone siły akowskie okręgów wileńskiego i nowogródzkiego w nocy z 6 na 7 lipca rozpoczęły marsz na Wilno, aby dotrzeć tam przed Rosjanami. Chciano pokazać światu, że po tylu latach gnębienia i upokarzania Polacy potrafią walczyć o swoje umiłowane miasto, o swoją wolność, o Polskę.
Rosjanie mieli już inne plany wobec Wilna i nie czekali, aż Polacy wejdą do niego jako zwycięzcy. Podciągnęli swoje siły w ramach III Frontu Białoruskiego i już po południu 7 lipca dołączyli do walczących Polaków.
Pośpiech, z jakim Rosjanie przyłączyli się do polskich wojsk, mocno ich zaskoczył. Wraz z „generałem Wilkiem" chcieli wierzyć, że Armia Sowiecka uszanuje ich umiłowanie Ojczyzny, jej wolność, niepodległość i niepodzielność. Takie bowiem nadzieje „generał" wyraził w skierowanym do nich w połowie czerwca Rozkazie Nr 3 - „Rozkazie Do Obywateli i Żołnierzy AK północno-wschodnich ziem Rzeczypospolitej". Próbowali uwierzyć, że to, czego nie udało się załatwić w ramach prowadzonych pertraktacji, uda się rozstrzygnąć na polu walki.
Rosjanie zarządzili wspólną defiladę walczących stron przed dowództwem Frontu... Tak więc, po zdobyciu Wilna, opanowaniu lotniska w Suderwie i zniszczeniu samolotów niemieckich oraz rozbrojeniu skoszarowanych tam pilotów, AK-owcy dostali rozkaz stawić się do Wilna na defiladę.


Dowódca V Brygady AK kpt. Zygmunt Szendzielarz ps. „Łupaszka" nie mógł uwierzyć. – To podstęp – powiedział do swojego przyjaciela – dowódcy 3. Szwadronu konnego por. Antoniego Rymszy „Maksa" i natychmiast wysłał łączniczkę z Komendą Okręgu „Reginę" do „generała Wilka", żeby zgodnie z wcześniejszymi jego zapewnieniami, zwolnił ich z obowiązku defilowania przed dowództwem Armii Radzieckiej.
Gdy „Regina" nie wracała, „Łupaszka" zarządził odprawę dowódców, na której przedstawił aktualną sytuację, wyjaśniając im dlaczego nie ufa ruskim. – Przez tyle miesięcy tropili nas, aby dopaść, i zlikwidować, a teraz chcą wspólnej defilady?
Zmęczona łączniczka nie miała jednak dobrych wieści.
– Ostateczna decyzja „generała Wilka" jest taka, że V Brygada ma wziąć udział w defiladzie – zameldowała „Łupaszce". On przybladł, a potem zamyślił się. W jego wnętrzu rozgrywał się dramat. Po chwili „Łupaszka" powoli cedząc słowa powiedział:
– Trudno panowie, widocznie „generał Wilk" nie mógł inaczej. Oświadczam wam, że ja też inaczej nie mogę.
Dramatyzm chwili przedłużał się, wszystkie oczy wlepione były w komendanta.
– W tej defiladzie udziału nie weźmiemy. Dowódcy, zwracam się do was. – Głos mu drżał, a zwilgotniałe nagle gałki oczne zaszkliły się. – Pójdziecie teraz do swoich ludzi i powtórzycie im to, co wam powiedziałem.
Pamiętajcie, że jeżeli kiedykolwiek dojdzie do sądu nad moją osobą za to, że V Brygada nie stawiła się w Wilnie na defiladzie, żebyście szczerze przekazali, w jakiej sytuacji do tego doszło.
Każdego, kto chciałby wbrew mojej decyzji defilować przed Ruskimi w Wilnie, natychmiast zwalniam z Brygady. To proszę przekazać wszystkim partyzantom.
Sytuacja była wyjątkowa. „Łupaszka" wnikliwie analizował skutki wszystkich zatargów z oddziałami partyzantki radzieckiej w minionym okresie. Szukanie w pamięci dowodów na autentyczność intencji Rosjan w zakresie współpracy było bezcelowe.
- Nie mam ani jednego powodu – tłumaczył komendant – dla którego miałbym uwierzyć, że po defiladzie w Wilnie zapanuje przyjaźń i wzajemna współpraca. Jestem przekonany, że to kolejny podstęp.
„Maks" podzielał zdanie komendanta. Akceptował podjętą przez niego decyzję, że zamiast do Wilna, Brygada natychmiast powinna wyruszyć w kierunku Warszawy. – Ciężko tylko było mu pogodzić się z tym, że jego szwadron wyruszy niekompletny. Nigdy nie dołączy już do niego pluton „Kostki", który wcześniej wysłany został na wsparcie oddziałów walczących o mający strategiczne znaczenie most w Wilnie. Jak się dowiedział później, „Kostka" tam poległ, a z plutonu ocalało zaledwie kilku ludzi, których nigdy już nie spotkał.
Z Suderw Brygada wymaszerowała w kierunku Ponar i nie dochodząc do nich, zatrzymała się w lesie, na wysokim piaszczystym brzegu rzeki Wilii. Podczas dnia poruszanie się w tym rejonie wydawało się niemożliwe. Wokół rozbrzmiewały kanonady artylerii, a niemieckie lotnictwo szalało nad wszystkim, co poruszało się po ziemi.
„Maks", który doskonale znał te tereny zaproponował Łupaszce".
– Komendancie, spróbujemy wieczorem wydostać się stąd. Pójdę na czele Brygady.
O zmroku Brygada ponownie wyruszyła na zachód. Na jej czele przedzierał się pluton konny zastępcy „Maksa" – Jana Kursewicza „Akacji", a za nim prowadzony przez Rymszę oddział pieszy.
Zaraz po wymarszu, zachowując jak najdalej idącą ostrożność – teren roił się od Niemców – „Akacja" zatrzymał swój pluton przed lekkim wzniesieniem, po którym biegła linia kolejowa. Po ubezpieczeniu torów, całym szwadronem, a za nim Brygadą, weszli do lasu i pokonując skrycie teren, ruszyli w kierunku na Ulitę, unikając wszelkich potyczek i spotkań z wrogiem.
W tym marszu brakło im dnia, żeby znaleźć się na tyłach cofających się Niemców, za to... znaleźli się wśród „sowieckich wybawicieli".
Gdy w małym mająteczku, nad niedużym jeziorem wśród lasów, zatrzymali się na krótki odpoczynek, wymacali ich Rosjanie, przysyłając grupę konnych zwiadowców.
– Moi przełożeni chcą wiedzieć, kim jesteście i co robicie na linii frontu? – radziecki kapitan zwrócił się do „Akacji", któremu przyprowadzili go żołnierze. Janek poszedł po dowódcę.
Po krótkiej naradzie z „Łupaszką" uzgodnili, że powiedzą, iż są z brygady „Żelaznego" z partyzantki warszawskiej, swego czasu skierowanej na zadanie pod Wilno, a obecnie powracającej na swoje tereny.
„Maks" jako jedyny, który znał biegle język rosyjski, przybrał nowy pseudonim „Skalny" i tak przedstawił się przedstawicielowi Czerwonej Armii, odgrywając jednocześnie rolę dowódcy nad całością.
Gdy kapitan zapytał, czy słyszeli o polskiej jednostce Wandy Wasilewskiej, „Maks" poprosił go, aby pomógł im – jeśli to możliwe – do niej dołączyć.
Rosjanie zorientowali się o podstępie. Chcieli jednak mieć pewność, z kim mają do czynienia.
– Zaczekajcie tutaj do rana, do ósmej. Postaram się wam pomóc. Jak mój dowódca zgodzi się, zaprowiantujemy was przy jakiejś jednostce wojskowej – wykazał nawet troskę o zakwaterowanie.
Nie mając innego wyboru, odpoczywali zbierając w lesie czarne jagody.
Kapitan, jak na Rosjanina, był nad podziw punktualny.
– Wszelką pomoc możecie uzyskać od głównodowodzącego Frontem. Zostałem upoważniony, by waszą delegację osobiście do niego doprowadzić.
Szybko z majątku ściągnęli konia i bryczkę i po krótkiej naradzie z „Łupaszką" ustalili skład delegacji. Z „Maksem" pojechali: adiutant „Łupaszki" – „Bohun" i „Mrok" – kawalerzysta od „Tatara". "Bohun" i „Mrok" mieli rogatywki z niebieskimi otokami Czwartego Pułku Ułanów Wileńskich, on zaś był w polówce. Ponadto ubrani byli w angielskie wiatrówki, buty juchtowe, mieli pasy i broń boczną.
Ich przewodnik – kapitan jechał przodem, oni za nim bryczką. Przeciskali się wśród kolumn różnego rodzaju wojsk, bacznie obserwowani przez zwycięzców, którzy nie skąpili im docinków i obelg. Między innymi proponowano zamianę ich konia na jednego z Sybiraków, domagano się zdjęcia im pasów i odebrania broni bocznej.
Ich przewodnik czuł się wyraźnie nieswojo. Tłumacząc się, raz po raz używał określenia „Palaki – sojuźniki".
Po przebyciu około dziesięciu kilometrów dotarli do sztabu artylerii. Tam po denerwującym wyczekiwaniu, które rodziło w ich głowach najgorsze myśli, o zasadzce włącznie, dowiedzieli się, że zostaną doprowadzeni przed oblicze głównodowodzącego III Frontem generała Czerniachowskiego
Kapitan bez słowa skierował się w stronę konia, dosiadł go, zaczekał, aż „Maks" wsiądzie do bryczki i ruszyli w nieznane. Po przejechaniu kilku kolejnych kilometrów, wjechali w las. Drogi były wąskie, mało uczęszczane, a na leśnych dróżkach roiło się od różnego rodzaju łączników; konnych, motocyklowych i szybkobiegaczy, a także telefonistów, którzy uwijali się przy różnokolorowych kablach.
Gdy nie sposób było dalej przedzierać się bryczką, kapitan zsiadł z konia.
– Dalej pójdziemy pieszo. Zostawcie woźnicę – wskazał na „Mroka" – to przypilnuje mojego konia i waszej bryczki.
Weszli w las gęsto porośnięty paprociami, które sięgały do pasa.
– Zaczekajcie tu – wskazał na maleńką polankę wśród drzew i zniknął w leśnej gęstwinie. Ze wszystkich stron dochodziły odgłosy nawoływania i siarczyste klątwy sowieckich żołnierzy. Wsłuchując się w te nietypowe odgłosy lasu, „Maks" przypomniał sobie tragiczny dzień 26 sierpnia 1943 roku nad jeziorem Narocz. To gorzkie doświadczenie męczeńskiej śmierci jego dowódcy i tragiczny los ponad 80-ciu jego współtowarzyszy broni, wciąż napawały go trwogą i strachem. Znaleźli się przecież w rękach Rosjan, a z nimi... nigdy nic nie wiadomo.
– Dowódco – odezwał się „Bohun" – muszę się przyznać, że mam cholernego pietra. Nasz komendant obawiał się, że w Wilnie możemy dostać się w ręce Ruskich, a tu wcale nie jest lepiej.
– Ty, „Bohun" nie zrozumiałeś naszego komendanta. On nie chciał defilować w naszym polskim Wilnie przed dowództwem Armii Czerwonej. Honor dla żołnierza jest ważniejszy niż strach przed zasadzką. Oj, „Bohun", „Bohun" – zawstydził chłopaka.
Po dłuższym oczekiwaniu, wreszcie w gęstwinie przed nimi, najpierw dały się słyszeć trzaski gałęzi, kroki, a potem zobaczyli znajomą już sylwetkę przewodnika. Kilka metrów za nim majestatycznie, krokiem ciężkim, jakby stopę na ziemi stawiał niedźwiedź, podążał potężny – dwumetrowego wzrostu – Rosjanin. Już z daleka można było zorientować się po umundurowaniu, że jest to figura bardzo ważna. Rosjanin, całą swoją okazałością, zasłaniał jeszcze jednego, idącego za nim, przedstawiciela Czerwonej Armii.
Kapitan, wyprzedzając idących, podbiegł do nich i powiedział:
– Będzie z wami rozmawiał dowódca Frontu, generał Czerniachowski. – Powiedziawszy to odskoczył w bok i stanął za nimi. Generał Czerniachowski zatrzymał się. Dzieliła ich odległość około siedmiu metrów. Zza jego pleców wyłoniła się okazałej tuszy kobieta. Niewiasta była niższa od generała o głowę, miała na sobie nienagannie skrojony szynel i granatowy, żołnierski beret.
Generał był potężnie zbudowanym mężczyzną o nalanej, rumianej twarzy i szerokim karku. Jego basowy głos dźwięczał niezwykle donośnie i groźnie.
– Co wy za jedni i dokąd zmierzacie? Czy macie kontakty z wojskiem polskim Wandy Wasilewskiej? – zapytał. Jego twarz wypełniała nieufność.
„Maksowi" wydawało się, że generał oczekuje potwierdzenia informacji, którą z pewnością przekazał mu wcześniej kapitan.
– Wiemy, panie generale jak ważne zadania wykonuje teraz Armia Czerwona i boję się prosić, by w tej sytuacji zajmowała się nami. Gdyby to jednak było możliwe, wdzięczni bylibyśmy za pomoc w dotarciu do nich.
– Eto szczekotliwyj wapros. To bardzo delikatna sprawa – zauważył generał. - Proponuję wam inne rozwiązanie. W pobliskich lasach wojska nasze okrążyły grupę niemieckich pododdziałów, w sile około tysiąca ludzi. Zlikwidujcie ją, my wam pomożemy. Pomyślcie chwilę i powiedzcie, czego do tej akcji potrzebujecie, jakiego wsparcia, jakiej broni, względnie ilu ludzi? Jakich specjalistów?
Propozycja generała zaskoczyła go. - Mieliby zlikwidować jakąś grupę okrążonych Niemców? A dlaczego generał nie zapyta wprost, ilu mają ludzi i jakim sprzętem dysponują? Kapitan przecież nie miał pełnej orientacji w tej sprawie. Podstęp za podstęp – pomyślał „Maks".
– Nie potrzebujemy panie generale żadnej pomocy, ani w ludziach, ani w sprzęcie. – Starał się, by jego głos wyrażał pewność siebie. – Proszę tylko o dokładną lokalizację tej niemieckiej grupy. Gdybyśmy w trakcie walki ocenili, że potrzebna będzie nam pomoc, zwrócę się o nią do pana generała osobiście.
Szyderczy uśmiech na twarzy generała rozpłynął się. „Maks" dostrzegł, że jest wyraźnie zaskoczony. – Po niezbędnym czasie na przygotowanie akcji, natychmiast przystąpimy do walki – wyjaśnił, podkreślając raz jeszcze, że zrobią to własnymi siłami.
– Tak? Myślicie, że wam to się uda? A na co liczycie, myśląc o zwycięstwie?
– Na demoralizację niemieckich wojsk, panie generale i na własne doświadczenia z dotychczasowych walk z Niemcami. – Generał uśmiechnął się. Daa, daa – powtórzył pod nosem, pokiwał głową i szeptem rozpoczął krótką rozmowę ze swoją współtowarzyszką, określaną przez nich inicjałami P Ż13.

Przypis
13 Polewaja żiena. Polowa żona.

– Rozważymy jeszcze, jak wam pomóc – wyjaśnił po chwili. -. Wrócicie teraz do siebie i zaczekacie na moje rozkazy do jutra rana, do ósmej, jasne?
– Tak, obywatelu generale – odpowiedział Rymsza, starając się nie zdradzać niepokoju.
Czekać do rana? To niedobrze. Gdyby kocioł z Niemcami istniał naprawdę, generał nie kazałby czekać. Podstęp udał się. Ale na jak długo?
Przy bryczce, wokół wystraszonego „Mroka" zgromadziło się kilku oficerów. Gdy przybliżyli się, zaatakowali słownie przewodnika.
– Durak! – krzyczeli. – Zdejmij im pasy i ostrogi! To Palaki, trzeba ich rozbroić! – Kapitan, podobnie jak poprzednio, załagodził sytuację, tłumacząc, że są delegacją do dowódcy Frontu i nie może się im nic wydarzyć, bo on osobiście jest za nich odpowiedzialny.
– Owszem, to Palaki, ale sojuźniki, a nie niewolnicy – tłumaczył kapitan. Dlatego dla ich bezpieczeństwa eskortował bryczkę aż do miejsca postoju Brygady.
Po powrocie „Maks" zdał szczegółową relację „Łupaszce", który po krótkiej naradzie z dowódcami postanowił, że zaczekają do wyznaczonej przez generała godziny ósmej.
– Rosjanie mają dwie możliwości: pozbyć się nas ze swego terenu, umożliwiając przejście, albo będą usiłowali nas rozbroić – myślał głośno. – Przygotujcie ludzi na wszelką ewentualność. Jeżeli każą nam nacierać na Niemców, to będzie zasadzka. Nie znacie Ruskich?
Tymczasem z Wilna powróciła ich łączniczka „Regina". Informacje, jakich dostarczyła, zatrwożyły wszystkich. Cały sztab Okręgu Wilno z „generałem Wilkiem" na czele został aresztowany. Partyzanci rozbrojeni, bez broni zebrani w Miednikach, podobno mają zostać deportowani w głąb Związku Radzieckiego.
Ponadto, jak wynikało ze słów ,Reginy", aresztowań w Wilnie dokonano na rozkaz dowódcy Frontu generała Czerniachowskiego.
Upewniło to wszystkich w przekonaniu, że sztab armii sowieckiej wiedział o niestawieniu się V Brygady na defiladę w Wilnie. Brygady, która w ten sposób uniknęła rozbrojenia i w pełnym składzie przedzierała się pod Warszawę, pomiędzy wojskami radzieckimi. Przygnębienie zaciążyło na wszystkich. – A może nie wszystko stracone? – zastanawiali się razem z „Łupaszką". Komendant nie chciał zmieniać swojej decyzji podczas nocy.
– Poczekamy do rana, jeśli goniec generała Czerniachowskiego nie przybędzie w czasie, o wpół do dziewiątej opuścimy to miejsce – zadecydował. O świcie komendant zwołał krótką odprawę dowódców i przedstawił im nową decyzję.
Zgodnie z przewidywaniami komendanta, goniec w wyznaczonym czasie nie przybył. Nie mając wyboru, aby nie podzielić losu Polaków w Wilnie, wyszli z niebezpiecznego terenu, gdzie na pewno szykowano im zasadzkę.
Jeśli Sowieci wiedzą, z jakim oddziałem mają do czynienia, rozbrojenie musi zostać starannie przygotowane – myślał „Łupaszka". – Na pewno liczą się również z czynnym oporem z ich strony.
Zachowując jak najdalej idącą ostrożność, posuwali się w kierunku lasów augustowskich, aż po paru dniach dotarli pod Grono, 10 kilometrów od Porzecza. Tutaj zatrzymali się w wiosce nad rozległymi bagnami i jakimś kompleksem jezior leśnych.
Niestety, Sowieci wymacali ich. Rankiem zjawiło się kilka samochodów – amerykańskich półciężarówek, załadowanych żołnierzami. Jeden z oficerów domagał się doprowadzenia go do „Łupaszki". Miał ze sobą tłumacza. Jego rozmowa z komendantem była bardzo krótka. Oficer polecił „Łupaszce" stawić się z całym oddziałem do pobliskiego Porzecza.
Samochody zwlekały z odjazdem, a przybyli nimi oficerowie bacznie obserwowali ruchy Brygady. Wysłane dla zorientowania się w terenie patrole, powróciły z meldunkami, że cały teren – z wyjątkiem błot w kierunku lasów augustowskich – otoczony jest szczelnie czołgami i jednostkami zmotoryzowanymi, a wszystkie drogi wokół nich obstawione. Po niedługim czasie pojawiły się nad nimi samoloty – kukuruźniki, prowadzące obserwacje z niskiego pułapu. W tak krytycznej sytuacji „Łupaszka" zarządził wysłanie w kierunku Porzecza – dla odwrócenia uwagi – kawalerii „Tatara" – porucznika Antoniego Mordasewicza.
– Po wejściu w następny kompleks leśny, przed Porzeczem pryskacie w prawo i przebijacie się na własną rękę, w kierunku Puszczy Białowieskiej – rozkazał „Tatarowi". Do szwadronu „Tatara" „Maks" dołączył swój pluton konny pod dowództwem „Twardego". Gdy oddział – w liczbie około czterdziestu koni – odjechał, on uwijał się po placu, wydając głośne komendy, nakazujące zbiórki do wymarszu piechoty. Przekonani – pomyślnym dla nich rozwojem sytuacji – Rosjanie wsiedli w samochody i odjechali. „Łupaszka" odetchnął.
– Trzeba ratować, co się da – zwrócił się do dowódców. W pobliżu wsi rozłożyli ognisko i spalili wszystkie dowody mówiące o ich związku z V Brygadą.
I oto nadszedł czas, że ich V Brygada – niczym przysłowiowy okręt pokonujący nawałnicę – trafiła na skały. Ten okręt, który przetrwał tyle sztormów i burz, którego nie zmogły dotąd żadne nieprzyjazne mu żywioły, zaczął tonąć.
„Łupaszka" nie mógł pogodzić się z tym, że wraz z tonącym okrętem w otchłani wojny pogrążą się ludzie.
– Mamy niewiele czasu – mówił na pośpiesznie zorganizowanej zbiórce. – Zanim Ruscy zorientują się, że wyprowadziliśmy ich w pole, musimy stąd zniknąć. Jedyna możliwość, to rozdzielenie się na małe grupki i przebijanie dalej na własną rękę.
„Łupaszka" wiedział, że działanie zwartymi pododdziałami w tej sytuacji jest niemożliwe, tak jak niemożliwe byłoby podjęcie walki z Rosjanami.
– Nie ma czasu – poganiał dowódców. – Konie wyprowadzić szybko na polany i przywiązać do drzew, żeby były widoczne z samolotów. Wszystkie emblematy partyzanckie spalić. Broń ciężką utopić w bagnie. Ludziom powiedzieć, że wszyscy ci, którzy decydują się odejść z Brygady, zwolnieni zostają ze złożonej przysięgi i mogą powrócić na Wileńszczyznę. Pozostałych powiadomić, że przedzieramy się do Puszczy Białowieskiej. Tam, po przybyciu należy szukać wzajemnego kontaktu.
 „Maks" zaobrokował siwka i wyprowadził na łąkę. Rozsiodłał go, pozostawiając w krzakach pełne troczone siodło z derką i kocem. Zdjął mu uzdę i... przytulił twarz do wilgotnego jeszcze po przebytym marszu końskiego łba. Potem wypchnął go na łąkę, gdzie pasło się już sporo innych koni. Jego ręce drżały.
Gdy podszedł do „Łupaszki", aby się z nim pożegnać, zauważył, że płacze. Ten wspaniały dowódca, niezwykle odważny żołnierz, rozkleił się. Jego głos drżał, język zacinał się. Kiedy krótko przedstawił mu swój zamiar, uścisnął go po bratersku.
– Niech was Bóg prowadzi – powiedział, ukradkiem ocierając łzę, która zakręciła się w jego oku.
– A ty komendancie?.. – „Maks" nie wiedział jak sprecyzować pytanie o jego zamiar.
– Nie martw się o mnie, Antoni. Spotkamy się. Jak Bóg da... spotkamy się w Puszczy Białowieskiej. Wezmę ze sobą „Bohuna" i... zobaczymy, kto zostanie...
Tak, ich komendant, jak przystało na kapitana tonącego okrętu, chciał z niego zejść ostatni. Chciał wszystkiego dopilnować do końca. – To był bardzo wrażliwy i uczuciowy człowiek. Był nawet trochę przesądny. Wierzył w przeznaczenie. Ponad wszystko jednak cenił honor i Ojczyznę. To Polak - patriota silnie związany z Wileńszczyzną. To dowódca, który jak nikt inny, umiał zjednywać sobie ludzi. Wspaniały kawalerzysta. Wymarzony dowódca walki partyzanckiej. On pierwszy po zamordowaniu „Kmicica" przez Ruskich, zrezygnował z baz, co przysporzyło mu sławy.
Odchodząc, „Maks" nie odłączał nikogo, wręcz przeciwnie, przyjmował wszystkich tych, którzy wyrażali chęć przedzierania się z nim dalej, w nieznane. I tak, z innych pododdziałów, dołączyli do niego: Tadeusz Stryjecki „Wrzos", ksiądz kapelan Aleksander Grabowski „Ignacy", nauczyciel z okolic Kluszczan Wiłkojć „Wawer" i kilkunastu innych, uzbrojonych i doświadczonych w walkach partyzantów. W najliczniejszej grupie, którą zebrał przy sobie, było prawie 150-ciu partyzantów.
W pośpiechu, już bez map i przewodnika – miał jedynie kompas – postanowił przedzierać się przez bagniste leśne mokradła, co zabezpieczało przed Sowietami i skracało obraną drogę.
Opuszczając zagrożony teren, nie wiedzieli jeszcze, że cała kawaleria ich V Brygady, która udała się do Porzecza, po wymarszu była pilnie strzeżona i uniknięcie przez nią opieki „wybawicieli" stało się niemożliwe.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież