Czesław Dziemidowicz - Kwitajny-Quittainen Moja Ojczyzna - część 3

Marion znalazła się ostatecznie w Hamburgu, gdzie podjęła pracę dziennikarską. Prawdopodobnie próbowała listownie skontaktować się z Kwitajnami, na razie bezskutecznie. Być może pisała do nieżyjących już osób. Szczegóły tych prób nie są znane. Tęskniła za swoimi rodzinnymi stronami i za Kwitajnami. W swej wyobraźni widziała pola i lasy ukochanych Prus, zakwitające wiosną sady i ogrody, i bociana który w Kwitajnach miał gniazdo nad stawem. Jest rok 1947. Marion Dönhoff czeka na list z Kwitajn:



„Po raz trzeci po tamtej stronie Wisły zazieleniły się łąki i lasy, a w niektórych ogrodach zakwitną może nawet jakieś zapomniane kwiaty i krzewy. Bociany z pewnością zasiedliły znowu swoje gniazda albo zbudowały nowe w ruinach opuszczonych domostw. Przebrzmiał już głos tokujących żurawi na mokradłach, a łabędzie i dzikie gęsi od-leciały dalej na północ. Dla nich, szczęśliwych, granice nie istnieją. One nie pytają o to, kto włada i rządzi jeziorami, lasami i rozlewis-kami od Afryki hen aż po Skandynawię — one wszędzie są u siebie w domu. Trzeba zapewne należeć do gatunku „korona stworzenia" i być wyposażonym w rozum, aby móc tak bardzo zniszczyć ten teore-tycznie szczęśliwy, niepodzielony świat.

Tak, bociany znowu gniazdują na dachu starej stodoły przy stawie, a „Barbarossa" — tak nazywaliśmy starego, który wyróżniał się ekstra-wagancką, czerwonobrunatną kryzą wokół szyi i powracał wiernie każdego roku — stoi prawdopodobnie w wieczornym słońcu na szczy-cie dachu i wsłuchuje się z upodobaniem w żabi koncert. Być może jest jedynym, darzącym strony rodzinne jeszcze tą samą miłością co przedtem; ci nieliczni ludzie, którzy tam zostali, już nie.

Wiosną tego roku z Prus Wschodnich przyszedł list, pierwsza i ostatnia wiadomość z raju utraconego od czasu wypędzenia. Było w nim napisane: „Wtedy, gdy przyszli Rosjanie, a był to wtorek, wieś paliła się w wielu miejscach. Jako pierwsi rozstrzelani zostali dwaj woźnice: Möhring i Kather, stary ogrodnik Neubert i aptekarz Wilmar, a także pani Lukas od dzwonka". Dzielna pani Lukas mieszkała obok dzwonka, którym klucznik dzwonił do pracy. Była żoną nieco ograniczonego kierowcy pocztowego Fritza i pomagała niekiedy w kuchni, w każdym razie tylko wówczas, gdy dzień i godzina nie kolidowały z jej zasadami życiowymi. W czwartek nie wolno było bowiem rozpoczynać żadnej nowej roboty, w sobotni wieczór, stale zwany wigilią, pracować, między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem prać bielizny i tak dalej.

W liście można dalej przeczytać: „Parę dni później zastrzelono Magdę Arnheim, Lotte Muss z dzieckiem i babcię Muss, a w Surowie pięciu robotników z majątku i żonę leśniczego Schulza, która jednak-że umarła dopiero po ośmiu dniach i musiała się dużo nacierpieć. Sta-ry Muss powiesił się wtedy. W lutym ruszyły transporty na Ural. Wzięli mojego męża, tak samo karczmarza Drehera i jego córkę Ullę, obydwie córki stelmacha Jungsta, panią Prüschmann, panią Zimmermann, cztery dziewczyny Marxa, Christel i Herthę Hinz oraz córkę ko-wala. Parę miesięcy temu otrzymałam wiadomość przez Marxa, który poszedł razem z nimi, że mój mąż i większość pozostałych zmarli na Uralu. Widzi pani, jak się śmierć zadomowiła w naszej wiosce. Najpierw wszyscy chłopcy na froncie, a teraz reszta".

Najpierw wszyscy chłopcy... Pamiętam dobrze, tych piętnaście naz-wisk, które pastor wyczytał w ostatnie Święto Zmarłych w kościele podczas nabożeństwa za poległych. Wszyscy oni w tym samym kościele byli chrzczeni i konfirmowani. Pastor mówił wtedy, że wszelkie umieranie wkrótce się skończy, ale miał rację tylko o tyle, że niebawem wprawdzie zakończyła się wojna, lecz nie umieranie. Małe dziewczynki, które wówczas w ufarbowanych na czarno sukienkach („Białych nie będą już potrzebowały" — stwierdziły ich matki) w listo-padzie 1944 roku opłakiwały w starym kościele wiejskim swych braci i narzeczonych, same zginęły śmiercią po wielekroć straszniejszą.

Heinrich Muss, stróż nocny, nie żyje! Każde z tych nazwisk brzmi jak wezwanie z innego świata. Jakże często wieczorami ucinaliśmy sobie jeszcze krótką pogawędkę przy stajennych drzwiach, gdy wracałam późno do domu na swoim siwku. A niekiedy, gdy był szczególnie rozmowny, odprowadzał mnie po naszej brukowanej drodze do mojego domku, ponad którym nieraz już wysoko na niebie błyszczał księżyc.

Jego ulubionym tematem była historia o starym dziwaku z Sałkowic, który potrafił leczyć chorych i przepowiadać przyszłość. Przepowiedział podobno wszystko — pierwszą wojnę i to, co przy-szło potem... W uroczystej mowie Mussa brzmiało to mniej więcej tak: „A wtedy powstanie mąż z ludu i będzie składał fałszywe świadectwo, i wszyscy mu ulegną, a będzie on jak król i uczyni wielkim swe królestwo. Strzeżcie się jednak jego nauki, albowiem on jest antychrystem. I przyjdzie wielka wojna, a niebo zaczerwieni się od płomieni na wschodzie, zachodzie i południu. A gdzie konia kopyto i człowieka krok niegdyś rozbrzmiewał, tam groby rzędami staną, a wsie opuszczone będą, a na końcu tego czasu" — i wtedy starzec dodawał już tylko szeptem, rozglądając się wciąż w nocnej ciszy — „na końcu, lud niemiecki zgromadzi się pod jedną lipą, bowiem więcej go już nie zostanie".

Gdy kończył tę tajemniczą przepowiednię, którą znał na pamięć, oddalał się zamyślony z towarzyszącym mu psem Nelly, ku swoim obowiązkom. Muss musiał bowiem co godzinę obchodzić wszystkie stajnie, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Do jego powinności należało ponadto jeszcze trąbienie co dwie godziny z przeciwległych krańców wsi w cztery strony świata, aby każdy wiedział, że Muss jest na stanowisku. Robił to chętnie, ponieważ mała mosiężna trąbka, obwieszczająca za każdym razem miejsce jego pobytu, dawała mu pewność, że ten, kto ewentualnie miałby złe zamiary, na pewno zejdzie mu z drogi.

Ale list ma swój dalszy ciąg: „Siostra Ilse, której opieka pomogła nam wyjść z choroby (tyfus), sama budzi we mnie teraz obawy. Od czternastu dni leży chora. Jest bardzo osłabiona, ma zawroty głowy i omdlenia. No tak, powoli wszystkich nas to dotyka przy takim trybie życia.

Często musiałam zmieniać mieszkanie. Gdy nasz dobry nadinspektor został postrzelony u mnie we młynie, ze strachu przeniosłam się do wsi. Od kilku miesięcy mieszkał u mnie, 27 sierpnia 1945 roku do-stał postrzał w brzuch. Następnego dnia ręcznym wózkiem zawiozłam go do szpitala w Pasłęku. Pomogły mi kobiety z Surowa. Nie było łatwo przewieźć ciężkiego, starego człowieka, który straszliwie cierpiał. Cztery godziny byliśmy w drodze, na granicy poprosił nas, byśmy się zatrzymali i powiedział: „Kobiety, pozwólcie mi jeszcze raz zobaczyć moje kochane Kwitajny". Gdy o godzinie 11 zajechałyśmy przed szpital, pan Klatt zmarł w boleściach.

Teraz mieszkam z panią Dreher, siostrą Ilse i starym dziadkiem Kleinem. Wszyscy chodzimy do pracy, aby się móc od biedy wyżywić. Ta mała Ilsy skończyła w marcu dwa lata i dla nas wszystkich jest jedynym jasnym promykiem w tym zniewoleniu. Także pani Keller uro-dziła jeszcze córeczkę, która dzisiaj właśnie kończy pierwszy rok. Sa-ma pani Keller jest już tylko cieniem, nic dziwnego w tych czasach, na dodatek jeszcze małe dziecko. Mleka przecież nie mamy, a chleba też niewiele. Gdyby człowiek nie miał ufności w Bogu — ale on nas nigdy nie opuszcza. Jakże często człowiek stał oko w oko ze śmiercią, jak często myślał, czym dzisiaj nakarmić swoich, czym jutro. Ale on pomagał i pomaga nadal. Tylko z wolna strony ojczyste stają się nam co-raz bardziej obce. Dużo się mówi, że w każdej chwili my też będziemy się wynosić. Codziennie na to czekamy" (Nazwy…, s.53 - 56).

Marion Dönhoff nie cytuje całego listu, pewne jego szczegóły ujawnia siostrzenica Marion, Tatjana. To ona relacjonuje wjazd czołgów, ostrzeliwanie kościoła i gwałcenie kobiet. Pozostającą we wsi ludność Rosjanie natychmiast wysłali do pracy w gospodarstwie, do krów, koni i świń. Zbiory jesienne 1944 roku zostały przez wojsko zarekwirowane na potrzeby własne i NKWD. Wczesną wiosną 1945 roku mieszkańcy wsi wysłani zostali do prac polowych. Otrzymywali za to wynagrodzenie w postaci skromnego wy-żywienia. Z narażeniem życia próbowali czasem coś ukraść. We wsi zapanował głód. Wiosną 1945 roku w okolicy Pasłęka, a także Kwitajnach zapanowała epidemia tyfusu.

W połowie maja 1939 roku w powiecie pasłęckim zamieszkiwało 37,5 tysiąca mieszkańców. Według spisu z 1. czerwca 1945 roku, ludności niemieckiej pozostało 3909, ubyło ponad 30 tys. Niemców.

Dnia 1. czerwca 1945 roku spisany został akt przekazania powiatu pasłęckiego przez rosyjską   Wojenną Komendanturę w Pasłęku przedstawicielowi państwa polskiego. Akt ten podpisał ze strony rosyjskiej major Iwan Dmitriewicz Dedenkow oraz nowy starosta powiatu Władysław Zieliński, a także obecni przy tym inni urzędnicy polscy i rosyjscy. W akcie tym przekazano 107 wsi oraz 7.961 ludności polskiej, niemieckiej i innej.

Nazwa Pasłęka nie była jeszcze jednoznacznie ustalona. W krążących pismach urzędowych używano nazw: Pruski Holland, Pasłęk, Hollądz. Po przejęciu powiatu przez władze polskie, nazwa Quittainen zmieniona została na Kisielewo. W dniu 1.VI. 1945 roku Quittainen stały się polską wsią zamieszkałą przez Niemców, Rosjan i inne narodowości (jeńców wojennych z czasów Marion Dönhoff).

W sierpniu 1945 roku  w Poczdamie, Churchill, Roosevelt i Stalin zatwierdzili nowe granice Polski. Ustalono wówczas, że ludność niemiecka z terenów przyznanych Polsce zostanie wysiedlona. W to miejsce napłynąć miała ludność polska przesiedlona ze wschodnich terenów Polski zagarniętych przez związek Radziecki.

Cztery dni po wkroczeniu Armii Czerwonej do Kwitajn, 27. stycznia 1945 roku, wojska alianckie wyzwoliły obóz koncentracyjny Auschwitz. W czasie wojny Niemcy założyli na terenie Polski ponad dwa tysiące obozów, podobozów, filii i komand. Rozmiary zbrodni wojennych nazistowskich Niemiec są nie do wyobrażenia dla późniejszych pokoleń Polaków i Niemców nie znających wojny. Obozy koncentracyjne zamienione dziś na muzea budzą grozę, a przecież to tylko resztki tamtej rzeczywistości. Przez lata wojny i po wojnie zbrodnie państwa niemieckiego stanowiły dla wielu Polaków i Rosjan usprawiedliwienie własnych przestępstw na ludności niemieckiej. Cóż to jest palenie niemieckich miast i wsi, gwałcenie dzieci i kobiet przez armię wyzwoleńczą na tle Majdanka, Auschwitz, Buchenwaldu, Mauthausen... ale jest to rozumowanie przestępcze.

Atak wojska na bezbronną ludność cywilną jest przestępstwem wojennym niezależnie od tego, kto atakuje, Niemcy, Rosjanie czy Pola-cy. Normalny człowiek nie może mieć żadnej satysfakcji czytając relacje z wydarzeń w Nemmersdorf, w Wildenhagen, z Kwitajn, o pękniętym sercu niemieckiego chłopca z Olsztyna, czy o zatopieniu niemieckiego okrętu „Wilhelm Gustloff" z ponad sześcioma tysiącami uciekinierów na pokładzie. Nie ma żadnej satysfakcji z faktu, że na wieść o zbliżającej się Armii Czerwonej, w Berlinie popełniło samobójstwo ponad siedem tysięcy ludzi, w tym również sławny zbrodniarz wojenny Joseph Goebbels wraz z żoną i sześciorgiem dzieci. Niechby przeżyli.

Jednakże utrata Prus Wschodnich przez państwo niemieckie to już konsekwencja ataku Niemiec na Polskę i na związek Radziecki. Marion Dönhoff nigdy nie kwestionowała winy Niemiec za utratę części oj-czyzny. Sprawa odpowiedzialności za wysiedlenia ludności z Prus Wschodnich, Pomorza i Dolnego Śląska została zamknięta ostatecznie dopiero w sierpniu 2012 roku, gdy wspólna komisja polsko-niemiecka historyków uzgodniła założenia i program muzeum wypędzeń w Berlinie. Cała  sprawa sprowadza się do odpowiedzialności za drugą wojnę światową.

W polskiej publicystyce historycznej na temat upadku Prus Wschodnich, od kilkunastu lat utrwala się zwyczaj opisywania przestępstw wojennych Armii Czerwonej i cierpień ludności niemieckiej. Przyjęta przez niektórych historyków niemieckich i polskich terminologia „wypędzenia" (Vertreibung) równa deportacje ludności niemieckiej z krzywdą, bezprawiem i zbrodnią. Gdyby bez zastrzeżeń przyjąć ten sposób interpretacji wygnania, to należałoby uznać, że zwycięskie mocarstwa podjęły w Poczdamie (1945) decyzję przestępczą i bezprawną wobec niewinnego państwa niemieckiego. Nakaz państwa  niemieckiego, aby traktować wrogów jak podludzi był realizowany przez Związek Radziecki w stosunku do Niemców. Rosyjski film dokumentalny pokazujący Prusy Wschodnie w styczniu 1945 roku nosi tytuł „W łogowie zwieria - w legowisku bestii".

Kto ponosi winę za cierpienia ludności niemieckiej? Polska? Armia Czerwona? Poczdamskie mocarstwa? To bardzo proste i bardzo humanitarne zatrzymać się na przestęp-stwach Armii Czerwonej, gdyż było ich aż nazbyt wiele.
Jak to było z wypędzeniami?

Do połowy 1940 roku ludność polska z terenów włączonych do III Rzeszy została całkowicie wywłaszczona z nieruchomości a często z rzeczy osobistych. Około 400 tys. Polaków wysiedlono do Generalnej Guberni. Klęski na froncie wschodnim nie pozwoliły Niemcom na   wysiedlenie ludności polskiej w skali przewidzianej w planach. Do Niemiec przesiedlono (wygnano) 2,4 mln ludności polskiej. Generalplan Ost przewidywał wygnanie 31 mln „obcych" do Syberii Zachodniej z terenów zajętych przez Niemcy. Plan niemiecki przewidywał wygnanie ok. 140 tys. mieszkańców Zamojszczyzny. „W latach 1939-1944 wskutek masowych przesiedleń, wywozu do pracy przymusowej w Niemczech i do obozów koncentracyjnych, deportowania jeńców wojennych, a także na mniejszą skalę, ewakuacji i żywiołowych ucieczek ludności - poza granicami Polski (z 1939 r.) znalazło się ok. 5 mln obywateli. Do tego na leży dodać przymusowe, przeprowadzane przez Niemców, oraz indywidualne, powodowane przymusem sytuacyjnym przemieszczenia ludności. Objęły one też nie mniej niż kilka milionów mieszańców miast i polskich wsi" (Franciszek Ryszka).

Berlińskie Muzeum Wypędzeń ma Niemcom uświadomić związek przyczynowy między polityką państwa niemieckiego a późniejszymi wypędzeniami: Gdyby nie agresja  III Rzeszy na Polskę i inne kraje, nie doszłoby do utraty Prus i do deportacji ludności.

Na zarzut jednego z historyków warszawskich, że w Niemczech istnieją obecnie różne rewizjonistyczne ziomkostwa i „związki wypędzonych", Lech Słodownik odpowiada: „To właśnie dzięki działalności i zaangażowaniu przewodniczących ziomkostw pasłęckiego i elbląskiego pp. Bernda Jürgena Schucha - uratowano od zniszczenia m. inn. Bramę Wysoką i zrekonstruowano Bramę Młyńską w Pasłęku, wymieniono dach na katedrze św. Mikołaja w Elblągu, odrestaurowano kamieniczki na Starym Mieście w Elblągu i wiele innych obiektów" (Głos Pasłęka, nr 9/2003).

Chętnie widziałbym tu także odnowiony cmentarz niemiecki w Kwitajnach z jego dawnymi niemieckimi inskrypcjami w kwaterze głównej, odbudowaną szkołę niemiecką w jej dawnym miejscu, dawne wyposażenie kościoła, odbudowany pałacyk „petersburski". Może nawet przydałby się niemiecki menadżer pałacu, aby go ożywić i uchronić przed zniszczeniem. Na razie żadne ziomkostwo niemieckie, ani Stowarzyszenie Mniejszości Niemieckiej w Pasłęku, ani Towarzystwo Powiatowe Preussisch Holland w Niemczech - nie są zainteresowane Kwitajnami.

Niektórzy Polacy o silnym poczuciu godności narodowej gaszą dziś znicze na cmentarzach żołnierzy radzieckich, których w Polsce poległo 600 tysięcy (5 tysięcy w powiecie pasłęckim).

Stalin swoich żołnierzy nie traktował jak ludzi. Zdarzało się wielokrotnie, że zastawione przez Niemców pola minowe rozbrajane były w ten sposób, iż wydawano żołnierzom rozkaz przemarszu bez rozbrojeń saperskich. Gdyby nawet przepędzić stado bydła przez pole minowe, byłoby to okrucieństwo wobec zwierząt. Gdy strzępy ciał nie fruwały już w powietrzu, znaczyło to, że pole jest rozbrojone. Gdy żołnierz Armii Czerwonej dostawał się w ręce Niemców, miał zagwarantowany wyrok śmierci od własnego dowództwa za dezercję.

Armia Czerwona weszła na terytorium III Rzeszy mścić własne krzywdy. Paląc miejscowości pruskie i gwałcąc kobiety, żołnierze rosyjscy nie osiągnęli jeszcze rozmiarów zbrodni faszystowskich Niemiec. Z punktu widzenia Stalina, jego żołnierze robili ludności pruskiej „łaskę", bo weszli do „legowiska bestii" aby zabijać.

W tradycji Rosji carskiej i porewolucyjnej, życie ludzkie nie stanowiło żadnej wartości. Carowie Rosji demonstrowali swoją władzę skazując na śmierć dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi (np. Iwan Groźny, Piotr I). Stalin skazał na śmierć głodową około 5 milionów Ukraińców, setki tysięcy własnych żołnierzy posłał na pewną śmierć, choć mógł uratować. Pod Charkowem w 1942 roku z powodu niekompetencji i władczych decyzji naczelnego wodza zginęło kilkaset tysięcy żołnierzy rosyjskich. Wasilij Błochin, podwładny Stalina, zastrzelił osobiście 15 tysięcy Rosjan, a podobnych mu oprawców było wielu. Znane jest rosyjskie powiedzenie: „U nas ludiej mnoga - ludzi mamy dużo". Rosjanie na ogół nie mogą zrozumieć, jaki problem mają Polacy z Katyniem. Przecież to niecałe 30 tysięcy ludzi…

W czasie jakiejś uroczystości państwowej, grupka dzieci miała podbiec do Stalina i innych dygnitarzy, zawiązać im czerwone chustki na szyi i poczęstować cukierkami. Jedna z dziewczynek potknęła się na schodku i upadła, ale szybko wstała i podeszła do Stalina, a wódz pogłaskał ją po główce. Wydarzenie to Rosjanie komentowali z podziwem: „Wielki jest tow. Stalin, pogłaskał dziecko, a mógł zabić". Tyle anegdota.

Marny byt los żołnierzy radzieckich. Gdy ruszali do: boju z okrzykiem: „Za rodinu, za Stalina - ura! - Za ojczyznę, za Stalina - hura!" - znaczyło to: „Morituri te salutant, towarzyszu Stalin (skazani na  śmierć pozdrawiają ciebie).

Warto o tym wiedzieć, gdy się pisze o przestępstwach Armii Czerwonej i nieszczęściach ludności niemieckiej. Lepiej jeszcze jest nie zasłaniać niemieckich zbrodni wojennych rosyjskimi, a rosyjskich niemieckimi. Niech każdy odpowiada za swoje. Gdy się zaś gasi znicze na grobach żołnierzy radzieckich poległych w Polsce za socjalizm, to dobrze jest wiedzieć, że socjalizmu do Polski nie przynieśli żołnierze frontowi. Państwo polskie stworzyło przestępczy system władzy, ale przy aktywnym udziale Polaków, sterowanych z Kremla.

Fala zbrodni, przestępczości i demoralizacji zapoczątkowana przez drugą wojnę światową trwała w Polsce jeszcze 11 lat po wojnie. Dla utrwalenia nowego systemu politycznego, 30 .X. 1944 roku, rząd polski wydał dekret o ochronie państwa, przewidujący różne kary z karą śmierci włącznie, za sprzeciwianie się reformie rolnej, posiadanie radia bez zezwolenia, wygłaszanie poglądów antypaństwowych, dowcipów politycznych, zatajanie informacji o przeszłości osobistej itd. Metody działania służb państwowych, strzegących „prawa" słusznie kojarzyły się ludności z metodami pracy gestapo w czasie wojny.

Jeszcze dziś nie wszyscy Polacy wiedzą, że na terenie niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz powojenne władze Polski zorganizowały karny obóz pracy dla Polaków, którzy stanowili „zagrożenie" dla powojennego systemu politycznego. Dopiero w roku 2011 na terenie tego obozu umieszczono tablicę pamiątkową, informującą, że w latach 1945 - 1946 istniał tam obóz pracy dla Polaków, zarządzany przez rosyjski NKWD i polski Urząd Bezpieczeństwa. Podobnych obozów było wiele: na Majdanku, w Jaworznie, Świętochłowicach, Łambinowicach, Inkuszowicach itd. Więźniowie w tych obozach umierali tysiącami, byli zabijani i umierali z chorób i wycieńczenia, wiele z tych obozów przetrwało do roku 1956 (Wielka trwoga... s. 543).

Dnia 29. czerwca 1956 roku, premier rządu polskiego J. Cyrankiewicz, ogłosił publicznie, że „każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie". Komendant obozu karnego w Łambinowicach Gębowski, w czasie śledztwa prowadzonego przeciw niemu samemu, zeznawał: „Gwałciliśmy kobiety, obcinaliśmy ręce, strzelaliśmy do dzieci w celach ćwiczeniowych" („Za murem milczenia").

Polska powojenna znalazła się pod okupacją własnego rządu polskiego, sterowanego z Moskwy. Stalin zdenerwowany informacją, że Bolesław Bierut, przewodniczący Krajowej Rady Narodowej, zbyt łagodnie obchodzi się z wrogiem klasowym (za mało aresztuje), o swoim stanowisku w tej sprawie poinformował Bieruta w następujących słowach: „Co ty k.t.m. (słowa wulgarne) wyrabiasz w tej Polsce? Co z ciebie za komunista, ty sukinsyn" (tł. z j. ros. - Cz. D.) („Wielka trwoga…, s.374).

Podałem kilka szczegółów dotyczących sytuacji społeczeństwa polskiego po wojnie, aby przypomnieć w jakim państwie i pod jaką władzą znalazły się Kwitajny w styczniu 1945 roku. Przesiedlenia ludności niemieckiej z Prus Wschodnich i innych terenów powinny się odbywać według takich samych zasad, jak przesiedlenia ludności polskiej z Litwy; według własnej decyzji ludności i w dowolnym terminie. Tylko zapewne większość ludności niemieckiej wolałaby emigrację z „takiej" Polski, niż pozostanie w ojczyźnie.

Wojna ukazała pojęcie narodu w najgorszym świetle. Czym jest naród, skoro w imieniu narodu ogłasza się obcinanie rąk i kary śmierci dla bohaterów wojny obronnej? Czym jest naród niemiecki i naród rosyjski, skoro na tle pojęcia narodu pojedynczy człowiek jest „zerem"? Czym jest naród, skoro ideologia narodowa przeznacza „innych" do likwidacji?

„Zanim zaczęło funkcjonować pojęcie „naród" i zanim ta trucizna ideologii przesiąkła wszystkie stosunki międzyludzkie i międzypaństwowe - pisze M. Dönhoff - nie było w żadnym razie czymś niezwykłym podejmowanie służby w innych krajach, służono tam, gdzie się komu podobało albo opłacało, i to na tak długo, jak miało się na to ochotę. Możliwość znalezienia sobie pana również poza granicami swego kraju rodzinnego hamowała rozprzestrzenianie się uprzedzeń narodowych i zawężanie horyzontu politycznego, które to cechy tak bardzo niekorzystnie zaciążyły na późniejszych czasach" ( Nazwy..., s.87).

Mitologia jedności narodu zaowocowała fałszywymi i agresywnymi schematami, np. Rosjanina jako komunisty, Niemca jako faszysty.

Na początku XXI wieku, w latach kryzysu ekonomicznego i masowego bezrobocia, odżyły w Polsce ruchy narodowe i faszystowskie. Po hasłach trudno je odróżnić, jest to bowiem mieszanina treści patriotycznych, rasistowskich, dyskryminacyjnych i pobożnych. Na muzea obozów koncentracyjnych można będzie spojrzeć nieco spokojniej dopiero wówczas, gdy podobne ruchy znikną całej Europie raz na zawsze.

Czesław Dziemidowicz: Kwitajny – Quittainen. Moja Ojczyzna fragm: Wojna i wygnanie

Bibliografia:
1. Adamski Leszek: Łuny nad jeziorami. Agonia Prus Wschodnich, wyd. Republika, Zakrzewo 2011
2. Boniecka Dorota: Za murem milczenia – reportaż, Polskie Radio, 30.09.2012
3. Dönhoff Marion: Dzieciństwo w Prusach Wschodnich, tł. Ewa i Jerzy Czerwiakowscy, Wyd. Słowo, Berlin 1993
4. Dönhoff Marion: Nazwy, których nikt już nie wymienia, tł. Leszek Supady, Wyd. Borussia, Olsztyn 2001
5. Dönhoff Tatjana: Röttger Jo: Weit ist der Weg nach Westen. Auf der Fluchtroute von Marion Gräfin Dönhoff, Wyd. Nicolai, Berlin 2004
6. Słodownik Lech: Wsie dawnego powiatu pasłęckiego, cykl art. „Głos Pasłęka" 1995-2013
7. Słodownik Lech: O wysoko kształconym heraldyku, „Głos Pasłęka" 2003 nr 3
8. Zaremba Marcin, Wielka trwoga. Polska 1944-1947, Wyd. Znak, Karków 2012

Podpis pod zdjęciem

Marion Gräfin von Dönhoff (1909-2002), dr ekonomii, ostatnia właścicielka Quittainem i innych posiadłości w Prusach Wschodnich, po wojnie red. nacz. i wydawca niemieckiego tygodnika „Die Ziet".