Czesław Dziemidowicz - Kwitajny-Quittainen Moja Ojczyzna część 2

W Kwitajnach strach mieszał się z chaosem. Marion Dönhof wspomina:
 „Ci uciekinierzy z Gołdapi spędzili więc u nas zimę, mocno nadwerężając nasze zapasy żywnościowe. Mnie to nie przerażało, gdyż wiedziałam, że i tak nie będziemy mogli ich zużyć. Zdawało się to jednak nie-pokoić kierownictwo partyjne i jeden z tych mądrych głupców wpadł na pomysł, akurat w początkach stycznia — dochodziło już do nas dud-nienie armat — wysłania mężczyzn z końmi do odległej o 250 km Goł-dapi, w celu zabrania pozostałej tam paszy. Tak więc zostaliśmy z gru-pą 380 kobiet i dzieci, załadowując od nowa wozy, które nie mogły ru-szyć z miejsca, jako że mężczyźni odesłani z końmi prawdopodobnie już dawno temu zostali zmiażdżeni przez front rosyjski. Chcąc zapobiec sytuacji, która nieuchronnie musiała nastąpić, dwa dni wcześniej zaproponowałam burmistrzom okolicznych miast, abyśmy oddali do dyspozycji gołdapianom nasze ciągniki, żeby mogli doczepić do nich własne wozy i wreszcie jak najszybciej udać się w drogę, nie stając nam już na przeszkodzie. Ale burmistrzowie mieli tysiące wątpliwości — będziemy przecież, argumentowali, potrzebo-wali traktorzystów do wiosennych prac polowych, a kto wie, czy wró-cą zgodnie z zarządzeniami... Tak więc i ten plan został poniechany.

Oto teraz stał przed nami Ortsgruppenleiter i udzielał nam wskazówek, byśmy zatroszczyli się o uciekinierów i zabrali ich ze so-bą, co było oczywiście całkowicie wykluczone. Powiedział, że odej-dziemy stąd tylko po jego trupie. Nadinspektor Klatt, wysoki, bar-czysty mężczyzna o rudych bokobrodach i jasnych włosach z prze-działkiem pośrodku, w całej okolicy uchodził za znakomitego fachowca (…). Teraz wstał, funkcjonariusza, będącego w cywilu naszym karczmarzem, obrzucił zabójczym spojrzeniem i nie raczył z nim więcej rozmawiać.

Później zaś biegaliśmy po pogrążonej w mroku nocy wsi i na zmia-nę zaklinaliśmy ludzi, aby wzięli ze sobą tylko to, co najbardziej nie-zbędne. Nasze rady i wskazówki rozpływały się jednak w ogólnym chaosie, którego ofiarą padły także wszystkie moje przygotowania. W moim biurku od miesięcy leżał swego rodzaju „plan mobilizacyj-ny". Było w nim dokładne wyszczególnienie, kto z pozostałych jeszcze mężczyzn i w którym majątku będzie powozić danym wozem. Co bę-dzie wolno maksymalnie wziąć każdej rodzinie, a co wydawało się ko-niecznym minimum. Nakazałam w tajemnicy powielenie map geode-zyjnych z oznaczonymi wszystkimi drogami lądowymi i promami przez Nogat i Wisłę. Każdy majątek miał dostać kilka takich map na drogę, albowiem pokonanie rzek, na których prawdopodobnie mosty już dawno temu zostały zniszczone przez jedną lub drugą stro-nę frontu, wydawało się rzeczą trudną.

Wszystkie te przygotowania nie zdały się teraz na nic. W tym cha-osie, by całkowicie nie stracić głowy i nie pogrążyć w rozpaczy, uzna-liśmy za bezsensowne powoływanie się w ogóle na te plany. Niemoż-liwe stało się także nawiązanie łączności z innymi majątkami, aby — jak to było przewidziane — wspólnie sformować kolumnę. Czy spot-kamy innych po drodze? Czy dane nam będzie kiedykolwiek zobaczyć jeszcze kogoś? Muszę jeszcze raz — po raz ostatni — zapisać tu nazwy dworów, wszystkie te piękne nazwy, których nikt już nie wymienia, by przynajmniej gdzieś zostały utrwalone: Quittainen, Comthurhof, Pergusen, Weinings, Hartwigs, Mäken, Skollmen, Lägs, Amalienhof, Schönau, Gr. Thierbach, Kl. Thierbach, Nauten, Canditten, Einhöfen .

W tych czasach człowiek tak był przyzwyczajony do obcowania z wojną i szaleństwami hitlerowców, że myślał i działał, sam tego nie dostrzegając, na dwóch różnych płaszczyznach (…)

Mimo przekonania o bezsensow-ności i o braku perspektyw tych poczynań, traktowało się rzeczywis-tość tak samo poważnie jak przedtem. Można było wyjść z siebie z po-wodu niecelowej budowy, niepoprawnego rozliczenia, źle uprawione-go pola. Od miesięcy wiedzieliśmy, że wkrótce nastąpi ostateczne po-żegnanie. Ale gdy na trzy dni przed odjazdem przyjechała z sąsiedz-twa na krótki urlop do domu moja siostra z mężem i zięciem, to za-przężono sanie i pojechaliśmy na polowanie. Przez całe popołudnie sunęliśmy bezszelestnie przez zasypany świeżym śniegiem las, czuliś-my ponad sobą młodnik, jechaliśmy przez wysoki drzewostan z jed-nego rewiru do drugiego. Wszędzie świeże ślady: danieli, zajęcy, po-tężnego odyńca. Tylko o tego odyńca chodziło owego popołudnia, jak-by to było polowanie jak dawniej. Gdy wreszcie zwierzę zostało po-strzelone, zarządzono regularne, wielogodzinne poszukiwanie. W tym samym czasie dziesiątki tysięcy żołnierzy niemieckich i rosyj-skich wykrwawiło się w śniegu tej bezlitosnej zimy (…).

Wróćmy jednak do naszej ucieczki. Także i ja zapakowałam szybko do plecaka to, co wydawało się najniezbędniejsze: trochę odzieży, pa-rę fotografii i dokumenty. Torba u siodła ze środkami do mycia, opa-trunkami i moim starym krucyfiksem hiszpańskim była zresztą już spakowana i stale gotowa do wzięcia. Trudchen, moja kucharka, prędko przyrządziła jeszcze kolację, którą spożyłyśmy wspólnie z dwiema sekretarkami. Panna Markowski, ta starsza, bardzo porządna, była za-gorzałą wielbicielką Hitlera. Przez całe lata entuzjazmowała się każ-dym meldunkiem specjalnym, a teraz nic nie mówiła, ale jestem prze-konana, że zadawała sobie pytanie, czy to jednak nie niedowiarkowie i „zdrajcy" winni są tej klęski. Dla panny Markowski pytanie to praw-dopodobnie na zawsze pozostało bez odpowiedzi, jako że ta biedna osoba przedostała się do Gdańska, wsiadła na „Gustloffa", który zo-stał storpedowany 30 stycznia na wysokości Słupska przez rosyjskie łodzie podwodne i poszedł na dno z sześcioma tysiącami uciekinierów na pokładzie" (Nazwy. . .,  s. 16-21) .

Była niedziela, 21. stycznia 1945 roku. Zgodnie z rozkazem E. Kocha ludność miała opuścić wieś do północy. Trwało ładowanie niezbędnych do podróży rzeczy na wozy drabiniaste i inne. Nie zamykano już drzwi na klucz. Nadinspektor Georg Klatt postanowił wystrzelać wszystkie psy we wsi, gdyż pozbawione ludzkiej opieki same nie znalazłyby pożywienia, a głodne mogłyby stanowić niebezpieczeństwo dla innych zwierząt i ludzi. Wrota do stajni i obór, a także do magazynów zbożowych i siana zostały pootwierane, aby zwierzęta same mogły odnaleźć paszę. Pewna liczba osób postanowiła pozostać we wsi do wejścia Rosjan, godząc się na to, że ich dni są policzone. Kobiety spożywały w pałacu ostatnią kolację; kurczaka na zimno, jakąś sałatkę i kanapki z masłem (Weit ist der Weg..., s.19-20)

„Posilałyśmy się więc jeszcze razem w pośpiechu — kto wie, kiedy znów się coś zje... Wstałyśmy, pozostawiając potrawy i sre-bra na stole, po raz ostatni przekroczyłyśmy drzwi wejściowe, nie za-mykając ich. Była północ... Na dworze uformowała się tymczasem ko-lumna. Pobiegłam do stajni, przygotowałam mojego konia, o którym wiedziałam, że sprosta wszystkim trudnościom, i poleciłam woźnicy, by zaprzągł do swojego wozu moją ukochaną siwą klacz z Drulit. Ale starzec zapomniał ze zdenerwowania o tym poleceniu, przez co ra-zem z innymi zwierzętami pozostała na miejscu. Do Pasłęka było z Kwitajn tylko 11 km. Normalnie wystarczyła dobra godzina jazdy. Tego dnia jechaliśmy aż 6 godzin. Na drogach pokrytych błyszczącym jak lustro lodem konie ślizgały się, dwuosobowy powóz, do którego wsadziliśmy dwóch chorych, ciągle zagradzał nam przejazd. Ze wszystkich bocznych dróg napływali ludzie, tarasując skrzyżowania, tak że na kilometr przed Pasłękiem ostatecznie utkwiliśmy w wielkim korku. Staliśmy ponad dwie godziny, bez możliwości posunięcia się choćby o centymetr. W końcu pojechałam konno do miasta, aby zo-baczyć, co się tam właściwie dzieje. Interesowało mnie także i to, co też robią teraz brunatni funkcjonariusze, którzy trzy dni wcześniej wszelkie przygotowania do ucieczki uważali za defetyzm, grożąc suro-wymi karami. Przecisnęłam się przez natłok wozów i ludzi do kierow-nictwa powiatowego NSDAP. Wszystkie drzwi stały otworem, prze-ciągi unosiły w powietrzu zwęglony papier. Na podłodze leżały akta. Pokoje były puste. „Oczywiście uciekli jako pierwsi, te świnie" — po-wiedział pewien chłop, który myszkował tam podobnie jak ja. Tak, odeszli, wkrótce dzięki Bogu znikną wszyscy. Ale za jaką cenę! Jak wiele byłoby nam zaoszczędzone, gdyby powiódł się zamach z 20 lip-ca, sześć miesięcy temu — pomyślałam sobie.

Miasto przypominało zablokowaną platformę obrotową — kolum-ny, które dotarły z dwóch stron, zaklinowały całość, tak że nie można było ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Poszłam na pocztę, i proszę — stara, dobra poczta funkcjonowała jeszcze. W czasie, gdy na zewnątrz panował chaos, a „Führer" ulotnił się, starzy urzędnicy siedzieli na swoich miejscach.

Mogłam dzwonić jeszcze do Friedrichstein, które leżało 120 km na wschód od nas, z tamtej strony Królewca. Tam sytuacja była w miarę normalna tamtą nienormalną normalnością, która już od dawna cha-rakteryzowała nasze życie. W każdym razie tamci nie otrzymali dotychczas żadnego rozkazu ewakuacji. Zresztą nigdy nie mieli go do-stać. Dla nich tak czy inaczej było za późno. Właśnie w tym czasie, gdy telefonowałam, rosyjskie czoło pancerne 25 km przed nami przebiło się z południa do Zalewu Wiślanego. Prusy Wschodnie były odcięte i dlatego ci, którzy nie znajdowali się, tak jak my, w zachodnich po-wiatach granicznych, nigdy nie dostali rozkazu ewakuacji. Dla nich pozostała już tylko droga przez zamarznięty Zalew.

Kiedy po dwóch godzinach ponownie dotarłam do naszej kolum-ny, wszyscy byli całkowicie przemarznięci i zrozpaczeni. Mróz 20 stopni. Także pan Klatt uważał to przedsięwzięcie za całkowicie chy-bione. „Jeżeli mamy tak czy owak wpaść w ręce Rosjan, to już lepiej w domu" — tak mniej więcej brzmiało sformułowanie, co do które-go wszyscy byli zgodni. I jeszcze coś wspólnie postanowili pod moją nieobecność. Mam próbować przedostać się na zachód konno, bo-wiem mnie Rosjanie z pewnością rozstrzelają, a im samym w przy-szłości każą doić krowy i wykonywać prace przy omłotach. Jak mylne było wyobrażenie, że robotnikom nic się nie stanie, nie przeczuwa-łam wtedy ani ja, ani oni.

Nie było wielkiego pożegnania. Wsiadłam prędko na mojego kasztana, przez chwilę tylko zastanawiałam się, czy nie wziąć ze so-bą luzaka na zmianę — krzepkiej, karogniadej, czteroletniej klaczy dobrego chowu. Gdy się tak jeszcze zastanawiałam, podszedł do mnie żołnierz. Dziwnym zbiegiem okoliczności pod pachą trzymał siodło. Zapytał mnie, czy może pojechać na tym koniu. Tak więc wspólnie udaliśmy się w drogę.

Nie wymieniliśmy ze sobą ani słowa pogrążeni we własnych my-ślach i troskach. Jechaliśmy cały dzień i mieliśmy przy tym niezmien-ne poczucie, że stoimy w kolejce: przed nami, za nami, obok nas lu-dzie, konie, wozy. Coraz to widać było jakąś znajomą twarz albo ta-bliczkę dyndającą u wozu z nazwą jakiegoś znajomego majątku. Za Pa-słękiem natknęliśmy się na drobnych rzemieślników i właścicieli skle-pów, którzy wybrali się w drogę wyposażeni w ręczny wózek — sie-działa w nim albo babcia, albo też umieszczony był tam ich dobytek. Mój Boże, cóż to za obrazki! I dokąd właściwie wszyscy ci ludzie ma-ją pójść? Czyżby chcieli rzeczywiście poruszać się w ten sposób przez setki, być może tysiące kilometrów?

Dawno już nastała noc. Siedzieliśmy na koniach więcej niż dzie-sięć godzin, a mimo to ciągle jeszcze nie dotarliśmy do Elbląga. Po-suwanie się do przodu stawało się coraz trudniejsze, ponieważ teraz na nasz szlak wschód—zachód, z południowego wschodu zaczęły do-łączać niskie wozy zaprzężone w chłopskie konie, transportujące amunicję i urządzenia, które były częścią uciekającego taboru. Po-tem pojawiły się także czołgi, które bezlitośnie spychały wszystkie pojazdy uciekinierów do przydrożnych rowów, gdzie wiele z nich przewracało się i rozbijało" ( Nazwy…., s. 21-23).

Miał nazizm niemiecki swoich ideologów i teoretyków, miał też swoją filozofię wojenną Józef Stalin. Zapytany o gwałty na kobietach Stalin odpowiada pisarzowi jugosłowiańskiemu, M. Dżilasowi: „Czy rozumiecie, jak skomplikowana jest dusza ludzka? No więc, wyobraźcie, sobie kogoś, kto bił się od Stalingradu do Belgradu - przez tysiąc kilometrów swego własnego zniszczonego kraju, kto maszerował po martwych ciałach swych towarzyszy i swych najukochańszych! Jak może taki człowiek reagować normalnie? I cóż jest tak odrażającego w tym, że po takich okropnościach zabawi się z kobietą? (...) Trzeba zrozumieć żołnierza. Armia Czerwona nie jest idealna. Ważne jest, że bije się z Niemcami - i bije się dobrze... a reszta nic nie znaczy" ( Wielka trwoga,  s. 172). Tyle teoria, a teraz praktyka.

Tej samej nocy, kiedy w Kwitajnach kolumna wozów ruszała w kierunku Pasłęka, wojska Armii Czerwonej zajmowały Olsztyn. Pisze Stanisław Piechocki: „Oto w domu jednorodzinnym przy obecnej ulicy Koszalińskiej – wtedy Willenbergerstrasse - u znanego wśród sąsiadów ze swych antyhitlerowskich przekonań gospodarza, ukryły się dwie rodziny (…) tymczasem żołnierze rosyjscy, którzy weszli do mieszkania, od razu (…) zastrzelili gospodarza (...) trzy młode kobiety w wieku 17, 21 i 50 lat zgwałcili, a następnie zatłukli je kolbami karabinów. Kości czaszek tych kobiet podczas rozbijania rozprysnęły po całej izbie. Odnaleziono je potem przyklejone do ścian i sufitu. Miedzy otwartymi drzwiami i ścianą, natrafiono wtedy na zastygłe zwłoki 14-letniego syna gospodarza (...) Nie nosiły one żadnych zewnętrznych obrażeń, wobec czego należy domniemywać, że chłopak nieza-uważony przez oprawców umarł nagle ze strachu (...) Po prostu serce mu pękło" ( Łuny..., s. 90-91).

A wódz narodu rosyjskiego rozumiał. Trudno się dziwić, przecież sam skazał na śmierć miliony swoich obywateli.

Atak Armii Czerwonej na Prusy Wschodnie rozpoczął się 13. stycznia. Tego dnia wojska 3 Frontu Białoruskiego dowodzone przez gen. Iwana Czerniachowskiego zaatakowały Prusy od strony Suwałk i Augustowa. Następnego dnia, tj. 14. stycznia ruszył na Prusy od strony południowej 2 Front Białoruski dowodzony przez marszałka Konstantego Rokossowskiego, kierując się w stronę Olsztyna. Generał Czerniachowski wydał wówczas rozkaz: „Teraz stoimy przed jaskinią, z której napadł na nas faszystowski agresor. Zatrzymamy się dopiero wtedy, gdy zrobimy porządek. Nie będzie litości dla nikogo. Kraj faszystów musi przemienić się w pustynię". Gdy 19.I. wojska Armii Czerwonej zbliżały się do Nidzicy (Neidenburg), starosta nidzicki i przedstawiciel tamtejszej NSDAP zatelefonował do gauleitera E. Kocha z zapytaniem „co robić" i usłyszał odpowiedź: „Kto wypowie słowo „ewakuacja",  będzie oskar-żony o zdradę stanu". Następnego dnia płonęły już miasta i wsie pruskie. Oficer rosyjski Lew Kopielew zapisał po wojnie wspomnienie: „Dotarliśmy do pierwszych wiosek w Prusach Wschodnich. Gross Koslau i Klein Koslau (Kozłowo) stały w ogniu (...) Kilka minut jechaliśmy przez tunel ognia wąską, krętą wiejską drogą". Major Kopielew sądził, że to Niemcy podpalili wsie i przytacza rozmowę z drugim oficerem;
- Znaczy, podłożyli miny i podpalili?
- Kto? Niemcy?
- Nie, nie było żadnych min, a ten ogień to nasi zrobili.
- Ale po co?
- Ach, a kto to wie, po co. Tak po prostu dla zabawy (...) tu są Niemcy! No to rozwalić wszystko, spalić wszystko!"  ( Łuny... , s. 60- 61).

Gdy za kilka dni zapłoną, Kwitajny, to już wiadomo dlaczego i za co… W skład 2 Frontu Białoruskiego wchodziła m. in. 5 Gwardyjska Armia Pancerna dowodzona przez gen. Wasilija Wolskiego. Generał Wolski otrzymał rozkaz zorganizowania pancernych grup pościgowych (czołgowych), które jak najprędzej dotrą do Zalewu Wiślanego i oddziałom niemieckim zamkną drogę lądową na zachód. Grupa pościgowa złożona z 9 czołgów T-34 pod dowództwem kpt. Gienadija Diaczenki wyruszyła z płonącej Ostródy w kierunku Elbląga. Czołgi T-34 miały nieco lżejszą konstrukcję pancerza niż inne czołgi, ale były szybkie i zwrotne, ich silniki napędzane były ropą.

Czołgi kpt. Diaczenki, już jako grupa pościgowa, wyruszyły z Ostródy przez Miłomłyn i Zalewo w kierunku Elbląga. Po drodze, prawdopodobnie w Pasłęku, jeden lub dwa czołgi pomyliły drogę. „Był wtorek, 23. stycznia 1945 roku. Nastał już wczesny zimowy wieczór, ale na ulicach przebywały jeszcze tysiące ludzi (...) Elblążanie tłoczyli się w sklepach, wielu siedziało w restauracja i barach przy kuflu elbląskiego piwa (...) zbliżała się godzina osiemnasta (...) do niespodziewającego się ataku Rosjan Elbląga w tamten wtorkowy wieczór wjechało - według różnych źródeł - siedem lub osiem czołgów tworzących specjalną pancerną grupę pościgową" (Łuny..., s.245-246). Na jednej z ulic czołg staranował tramwaj, z pasażerami. Kompania czołgów Diaczenki odbiła się znacznie od głównych sił 5. Armii Pancernej Gwardii. „Gdyby jednak czołgom towarzyszyła piechota - pisze L. Adamczewski - wówczas Elbląg zostałby zdobyty jeszcze tego samego dnia (...) Czołgi siejąc panikę wśród tysięcy elblążan i cywilnych uciekinierów z innych miejscowości tak szybko zniknęły, jak się pojawiły (...) staranowały liczne wozy konne uciekinierów z innych miejscowości, pełną mocą silników przebijając się na północ" (Łuny…, s.104-105). Dwa czołgi trafione zostały przez pancerfausty. Pozostałe dotarły nad Zalew Wiślany w okolicy wsi Jagodna, gdzie ukryli swe maszyny i czekali na wsparcie. Żołnierze Diaczenki mieli piękny widok na skutą lodem i zaśnieżoną zatokę.

Trzy dni później nad Zalewem Wiślanym rozegrała się taka oto scena: „W peryskopie czołgu (mjr Dymitrij Gruba) zauważył jakąś kolumnę sunącą po zamarzniętych wodach zalewu w kierunku Krynicy Morskiej. Major otworzył właz i przez silnie powiększającą lornetkę przyjrzał się uciekającym. W kolumnie były samochody ciężarowe i sanie. Jego rozkaz (...) był wyraźny. Zniszczyć! Czołgi bluznęły ogniem. Grad pocisków spadł na kolumnę, uderzając w pojazdy, a przede wszystkim w taflę lodu, który rychło się złamał. Wody Zalewu Wiślanego pochłonęły uciekających i ich tabor" (Łuny..., s. 106-107). Taki był sens rosyjskiej blokady drogi lądowej dla Niemców z Prus Wschodnich. Ocenia się, że w wodach Zalewu Wiślanego utonęło 50 tysięcy cywilnej ludności niemieckiej.

W mroźny wtorek 23. stycznia, od Ostródy przez Morąg i Kalnik, podążały radzieckie czołgi 10 Korpusu Pancernego Gwardii, dowodzonego przez gen. Sachno. Trzy brygady liczące ponad sto maszyn zbliżały się do Kwitajn. W odległości kilku godzin za czołgami podążała 47 Samodzielna Brygada zmotoryzowana pod dowództwem gen. Michałowa. Z Morąga do Pasłęka wiodła wówczas asfaltowa szosa koloru szaro-białego o twardości betonu, (we wsi- bruk). Czołgi musiały być słysza-ne w Kwitajnach, gdy toczyły się z wielkiej góry Kalnickiej (ok. 2,5 km od Kwitajn). We wsi panował wielki strach, gdyż mieszkańcy sądzili, że Rosjanie zamienią wieś w kolejne Nemmersdorf. „Am Dienstag den 23. Januar, fahren die Panzer mit dem roten Sowjetstern vor dem Schloss vor. Die Russen sind da.", „We wtorek 23. stycznia czołgi z czerwoną gwiazdą radziecką zajechały przed pałac. Rosjanie już tu są." (Weit ist der Weg..., s.26). Tu nikt nie stawiał oporu, czołgi nie jechały jednak do Pasłęka lecz przez Surowo, Sałkowice i Słobity zmierzały w kierunku Ornety i Braniewa, gdzie toczyły się ciężkie boje.

Tego dnia, po wejściu radzieckiej brygady zmechanizowanej, Kwitaj-ny płonęły. Wieczorem łuny pożarów rozświetlały wieczorny mrok. Palił się jeden z trzech białych domów po północnej stronie drogi, poczta, apteka, sklep i szkoła. Generał Michałow zatrzymał się w pałacu i natychmiast powołał komórkę nowej władzy radzieckiej: Ludowy Komi-sariat Spraw Wewnętrznych - NKWD. Tu gen. Michałow oczekiwał nadejścia kolejnych oddziałów swoich wojsk. Dla zastraszenia wsi, Rosjanie część osób rozstrzelali, część aresztowali. Aresztantów umieścili najpierw w schronie przeciwlotniczym pałacu, potem w piwnicy domu Marion Dönhoff. Przez kilka dni trupy zabitych leżały na wielkim klombie przed pałacem.

Część wojsk radzieckich pozostała w okolicach Kwitajn i Grądek przez kilka dni, grabiąc i gwałcąc. Mniej więcej po tygodniu kilkuset Niemców - rozbitków próbowało zebrać siły i stawić opór. W dniach 1 i 2 lutego ruszyła od strony Morąga druga fala wojsk radzieckich. Tym razem walkę z Armią Czerwoną podjęły wojska 170 dywizji piechoty i 399 pułku piechoty Wehrmachtu. Główna bitwa rozegrała się w okolicy Grądek 3. lute-go. Niemcy nie mogli jednak stawić skutecznego oporu ze względu na udział czołgów rosyjskich w tej walce.

Sytuacja mieszkańców wsi i miasteczek pruskich, w tych dniach była tragiczna, część ludności cywilnej kierowała się w stronę dworców kolejowych, cześć w stronę Zalewu Wiślanego i portów. Ucieczka taborami wozów była prawie niemożliwa z powodu mrozu (około minus 20 stopni) i z powodu zatłoczonych dróg.

Z pobliskich Sałkowic (5 km od Kwitajn) tabor uciekinierów wyruszył w niedzielę, 21. stycznia, ale powrócił do wsi tego samego dnia. Również tego dnia nie mógł wyruszyć tabor wozów z Godkowa, choć wozy były przygotowane do ucieczki. Dzierżawca Pergoz (3 km od Kwitajn), Friedrich Spiegelberg wraz z 62 mieszkańcami, opuścił folwark 20.I. o północy, lecz konwój został zablokowany przez masy uciekinierów na drodze do Pasłęka. Po kilku dniach postoju w Rogajnach, tabor powrócił do Pergoz ( podaję za L. Słodownikiem).

Drogi zatarasowane były przez furmanki, sanie i ciężarówki. Ludzie ciągnęli ze sobą różnego rodzaju wózki z dobytkiem, niektórzy uciekali na rowerach, inni konno, wielu szło pieszo dźwiga-jąc bagaż roczny. Ludzie zamarzali na mrozie, a ich wozy i wózki spy-chane były do przydrożnych rowów przez wycofujące się wojska niemiec-kie. Niektóre tabory taranowane były przez czołgi i atakowane z powietrza przez samoloty radzieckie. Wkrótce przydrożne rowy słać się za-częły setkami zamarzniętych ciał dzieci, osób cywilnych, żołnierzy niemieckich i wrakami najrozmaitszych pojazdów. W tym samym czasie, 23. stycznia, wojska radzieckie podążały z Ostródy do Elbląga przez Miłomłyn, Zalewo, Małdyty, Zielonkę Pasłęcką i Pasłęk. W Zielonce Pasłęckiej kolumna uciekinierów została rozbita przez Rosjan. Pasłęk zajęty został bez walki. Kolumny ocalałych jeszcze uciekinierów posuwały się do przodu w bardzo wolnym tempie. W jednej z takich kolumn znalazła się Marion Dönhoff: „Odpędzałam myśl o tym, że miałabym w tym tempie poruszać się całymi dniami. Czu-łam się zupełnie bezradna. Nie można było się zatrzymać, klacz nato-miast nie chciała ruszyć przed siebie. Wtedy usłyszałam nagle, że ktoś w ciemnościach wykrzykuje moje nazwisko. Spojrzałam w ludzką gę-stwinę i zobaczyłam trzech uciekinierów z Kwitajn, w tym Georga, piętnastoletniego syna naszego inspektora leśnego. Wybrali się w drogę rowerami. Cóż za szczęście! Org musiał zostawić swój rower pod przydrożnym drzewem i wspiąć się na karogniadego. Ustaliliśmy, że we czwórkę zrobimy postój pod Elblągiem w pew-nym dworze, który znałam. Tam się spotkaliśmy. Właściciele dawno już wyjechali, a w domu przebywało wojsko (…) Niespiesznie, w zwolnionym tempie — tak jak gdyby te obrazy chciały się mocno utrwalić — jeszcze raz ukochany krajobraz Prus Wschodnich przesuwał się przed naszymi oczyma jak kadry surrealis-tycznego filmu. Elbląg, Malbork, z którego historią tak bardzo związa-na była moja rodzina, a potem Tczew (…).

Była trzecia nad ranem. Nie pamiętam dokładnie daty, jako że owe dni przerodziły się w jeden wielki chaos, który wymykał się z po-rządku kalendarzowego. Ale wiem, że była to trzecia nad ranem, wiem, ponieważ spojrzałam na zegarek, może z jakiejś dokumentarycznej potrzeby albo też jedynie z bezradności.

Od wielu dni jechałam konno w wielkiej kolumnie uciekinierów, przetaczającej się ze wschodu na zachód. I oto w Malborku ten potok skierowano zapewne na inną trasę, albowiem znalazłam się nieocze-kiwanie zupełnie sama przed wielkim mostem. To nagłe osamotnie-nie było jeszcze bardziej przerażające niż upiorny szereg sań, konnych wozów, ciągników, piechurów i ludzi z ręcznymi wózkami, obejmują-cy całą szerokość dróg Prus Wschodnich, a który powoli, ale niepo-wstrzymanie posuwał się naprzód jak lawa spływająca w dolinę.

Przede mną znajdował się most kolejowy spinający brzegi Nogatu. Staromodne wysokie żelazne filary, słabo oświetlone jedną je-dyną lampą, poruszaną podmuchami wiatru, przybrały kształt gro-teskowych cieni. Przez moment zatrzymałam konia. Zanim jego krok zagłuszył na trzeszczących deskach wszystkie inne odgłosy, usłyszałam człapanie i zadziwiająco rytmiczne, krótkie stukanie. Początkowo nie mogłam dobrze rozpoznać, co to było, ale wkrótce potem zobaczyłam przed sobą trzy umundurowane postaci, które powoli i w milczeniu wlokły się przez most — jeden mężczyzna szedł o kulach, drugi o lasce, a trzeci miał na głowie wielki opatru-nek, lewy rękaw płaszcza zwisał pusty.

Powiedzieli, że wszystkim tym, którzy przebywali w lazarecie, po-zwolono ratować się własnymi siłami, ale spośród około tysiąca ran-nych tylko oni trzej zdobyli się na ten wysiłek. Wszyscy inni po wie-lodniowym transporcie w nieogrzewanych pociągach, bez jedzenia i opieki lekarskiej byli zbyt wyczerpani, aby skorzystać z tej desperac-kiej rady. Rady? Własnymi siłami? Czołgi rosyjskie dzieliło od nas najwyżej 30 albo tylko 20 km; tych trzech nie było jednak w stanie pokonać więcej niż dwa kilometry na godzinę. Ponadto temperatura spadła do 20-25 stopni poniżej zera — ile czasu może więc minąć, za-nim mróz i wycieńczenie położy kres ich życiu. Setki tysięcy żołnierzy niemieckich zginęło marnie w tych ostat-nich sześciu miesiącach, padło, zostało rozstrzelanych albo zabitych w inny sposób.

Tych trzech podzieli ten sam los, obojętnie, czy pozostaliby w laza-recie, czy też zdecydują się maszerować jeszcze kilka kilometrów da-lej na zachód. Jedynym pytaniem, które mi się nasuwało, było to, czy przeznaczenie dopadnie ich dzisiaj, czy dopiero nazajutrz.

Mój Boże, jak niewielu w moim kraju przewidywało taki koniec. Kres narodu, który wyruszył, by zawładnąć zasobami Europy i podpo-rządkować sobie sąsiadów na Wschodzie. Albowiem to było przecież celem: jedni na zawsze mieli pozostać niewolnikami, drudzy pragnęli stanowić klasę panów (…).

Dla mnie był to koniec Prus Wschodnich: trzej bliscy śmierci żoł-nierze wlokący się przez most na Nogacie do Prus Zachodnich. I ko-bieta na koniu, której przodkowie wyruszyli przed sześciuset laty z za-chodu na wschód, na rozległe pustkowia po drugiej stronie tej rzeki, a która teraz wracała na zachód. Wymazane sześćset lat historii

Gdzieniegdzie ognis-ka, nad którymi gotowano posiłki. Kanonada była już teraz bardzo blisko, czasami wydawało się, że domy się chwieją. Na skraju miasta schroniliśmy się w jakiejś zagrodzie. W czasie, gdy jedno z nas spało na kanapie, drugie musiało czuwać w stajni przy koniach — koń był bowiem w tych czasach wart królestwa. Nie mieliśmy jednak prawdziwego spokoju, przed dom nieustannie przychodzili ludzie, brali to poduszkę, to ręcznik, otwierali słoiki z przetworami; także i my po raz pierwszy znowu najedliśmy się do syta w tej spiżarni.

Nagle dopadła mnie ta cała ludzka rozpacz i zaczęłam żałować, że nie wróciłam razem z naszymi ludźmi do domu. Myśl, aby spróbować zmienić tamtą decyzję, aby spróbować teraz jeszcze uciec z tej pędzą-cej taśmy, zdała mi się całkiem fascynująca — skoro nieprzerwanie kursowały pełne pociągi w kierunku zachodnim, to czyż puste nie wracały na wschód? Może udałoby mi się przedostać do Królewca, a stamtąd do Friedrichstein? Poszłam na dworzec. Także i tu tysiące ludzi. Wszystkie kasy oczywiście pozamykane, informacja też. Wresz-cie znalazłam jakiegoś kolejarza: „Co? Do Królewca?" — spojrzał na mnie, jak gdybym chciała udać się w podróż na Księżyc, i potrząsnął głową: „Nie, na wschód nie jedzie już nic".

W Tczewie skradziono mi podbite futrem rękawiczki — prawdopo-dobnie położyłam je gdzieś na chwilę, a następnie zapomniałam o nich. Był to ciężki cios z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami. Nie do pomyślenia było zdobycie skądś drugiej pary. A już w ogóle nie do wyobrażenia — jazda konno przy dwudziestostopniowym mrozie bez rękawiczek. Zadziwiające czasy, kiedy to przetrwanie zależy od te-go, czy posiada się rękawiczki. Jako że włożyłam dwie pary skarpet narciarskich jedna na drugą, jedną z nich awansowałam na rękawicz-ki. Ale wiatr przelatywał przez tę ręczną robótkę jak przez sito.

Dzięki naszej mapie znaleźliśmy możliwość przeciśnięcia się w kie-runku zachodnim wiejskimi drogami, aby w ten sposób wydostać się z głównego nurtu uciekinierów, który posuwał się naprzód z prędkoś-cią dwóch, najwyżej trzech kilometrów na godzinę. Często zdarzały się godziny, w których więcej się stało, więcej się czekało, niż było w ruchu. Zdarzało się tak zawsze, gdy zbliżaliśmy się do jakiejś miej-scowości, przed skrzyżowaniami szosy z bocznymi drogami albo, gdy wywracał się wóz. Podejmowaną w takich wypadkach próbę wymi-nięcia przeszkody po prostu polem musieliśmy wkrótce zarzucić — zaspy były zbyt wielkie.

Wiejskie drogi — wizja niemalże zbawienna. Byle dalej od tej krainy rozpaczy i zwątpienia! Początkowo szło więc całkiem dobrze, ale długotrwała jazda okazała się ciężarem. Przede wszystkim dla koni, które co rusz po brzuch zapadały się w zaspach. Robiło się co-raz ciemniej. Tu, na Kaszubach — części byłego „korytarza" — wsi przeważnie nie było, jedynie pojedyncze zagrody, których miesz-kańcy nie rozumieli po niemiecku. W końcu też niewidoczna stała się już sama droga. Org był bardzo zrozpaczony. Biedak miał strasz-ne bóle spowodowane jazdą konną, do której nie nawykł, odmroził sobie także uszy; ja miałam sztywne po dwa palce u rąk, które w następnych dniach popękały, powodując dotkliwy ból. Musieli-śmy koniecznie znaleźć jakiś majątek, już choćby po to, by móc so-lidnie nakarmić konie (…).

Dobra należały do pana Schnee. Owsa były nad wyraz obfite zapa-sy, za miejsce do spania — jak zwykle — służyła jednakże tylko podło-ga w dużym pokoju, gdzie zgromadziło się już około 20 osób, zapew-ne w większości ludzi z „korytarza" i Kraju Warty, którzy znali się między sobą. Rozmawiali dużo, wspominając okres po pierwszej wojnie światowej, kiedy to z pewnością nie brakowało okrucieństw ze strony polskiej. Szybko zasnęłam po tym, jak spotkałam się z powszechną niechęcią, gdy opowiedziałam o niemieckich okrucieństwach.

Nadzieja, że w domu pana Schnee uda mi się ewentualnie zdobyć parę rękawiczek, okazała się, niestety, zwodnicza. Oddali już wszystko, co mogli. Ale podarowano mi grubą firankę, igłę i nici i tak oto przez pół dnia zajęta byłam szychem rękawiczek. A Org otrzymał, szczęśli-wym zbiegiem okoliczności, futrzaną czapkę, na zewnątrz białą, a w środku podszytą futerkiem. Szczęśliwym trafem, gdyż dni, które miały nadejść, były gorsze od wszystkiego, co dotychczas przeżyliśmy. Słupek rtęci spadł jeszcze niżej, a ponadto — co przy dużym mro-zie zdarza się właściwie rzadko — ze wschodu nadleciał huraganowy wiatr. Gdy wreszcie w pełnym rynsztunku opuściliśmy majątek i poje-chaliśmy w górę bezpiecznego wąwozu, dostrzegliśmy w oddali, po drugiej stronie pola, znowu wielkie mrowie wojsk przed nami. Śnieg nie padał, ale wzbijał się w powietrze. Jak przez gęstą, białą mgłę wi-doczni byli nieszczęśni ludzie, wolno, bardzo powoli pełznący przed siebie. Wiatr smagał ich płaszcze, wiele zadaszeń wozów było znisz-czonych. Przyłączyliśmy się do tego upiornego pochodu i zobaczyliś-my pierwszych zmarłych leżących na poboczu. Nikt nie miał siły, cza-su albo możliwości, aby ich pogrzebać.

I tak działo się dniami — tygodniami. Z lewa i z prawa, do ruchu ciągle włączały się nowe pojazdy, coraz więcej ludzi. I to nie tylko tu na północnym wschodzie; już od ubiegłej jesieni nie brakło podob-nych obrazów na południowym wschodzie Niemiec: nieprzerwane kolumny uciekinierów. Z Besarabii, Siedmiogrodu, Baczki — prasta-rych terenów osiedlania się Niemców, w kierunku zachodnim przeta-czały się te pochody nędzy. Za uciekinierami płonęły ich domy rodzin-ne, a tego, kto pozostał, dawno spotkał smutny los. Siedemset lat hi-storii w Siedmiogrodzie także zostało wymazanych.

Wielu z tych obrazów nigdy nie zapomnę. Gdzieś po drodze — my-ślę, że między Bytowem a Kościerzyną — było miejsce, z którego dało się objąć wzrokiem prostą jak strzelił szosę — 3 km w przód i 3 km w tył. Na tych 6 km nie widziałam ani jednego metra kwadratowego drogi — tylko wozy, konie, ludzi i nędzę. Nikt nie rozmawiał. Słyszało się jedynie skrzypienie wysychających stopniowo kół (Nazwy…, s.25-27).

Tak samo zapamiętała ten pejzaż zimowy Hildegarda Rauchenbach: „Nigdy tego nie zapomnę. Niekończący się sznur wozów jadących z piskiem po śniegu. Parskające konie i lodowate powietrze, poza tym panowała absolutna cisza" ( Łuny..., s. 48 ).

Marion Dönhoff: „W samym środku zimy wyjechałam konno z rodzinnej posiadłości, a gdy wreszcie dotarłam do Metternichów w Vinsebeck w Westfalii, była już wiosna. Za siewnikami unosił się pył suchego pola. Wszystko szykowało się do nowego początku. Czy rzeczywiście życie miałoby toczyć się dalej - tak jak gdyby nic się nie stało?" ( Nazwy..., s. 32).