Czesław Dziemidowicz Kwitajny – Quittainen Mała Ojczyzna


WOJNA I WYGNANIE

Wiosną 1939 roku wokół Kwitajn zazieleniły się lasy i łąki, w ogrodach i sadach zakwitły kwiaty. Do gniazda przy wielkim stawie powróciły bociany. Kobiety pracowały w przydomowych ogródkach, dzieci szły do szkoły. Dzwonek zainstalowany na jednym z kasztanow-ców przy wielkim stawie (metalowa obręcz i krótki pręt przechowy-wany w dziupli drzewa), słyszalny w całej wsi, każdego ranka wzywał robotników do pracy, a wieczorem ogłaszał „fajrant".
Wiosną pierwsza tura mężczyzn wzięta została do Wehrmachtu. Władzę państwową przejęły komórki nazistowskiej partii NSDAP: kierownictwo powiatowe w Pasłęku i gauleiter Erich Koch w Królewcu, reprezentujący najwyższe stanowisko partyjne w Prusach Wschodnich.
Opinie mieszkańców Kwitajn na temat polityki Führera były podzielone, jedni byli „za" drudzy „przeciw". Marion Dönhoff uważała go za szaleńca. Początkowo nie było powodów do niepokoju, Wehrmacht od początku wojny odnosił sukcesy. Jednak pod datą 30.IX.1941 roku Marion Dünhoff zapisała w swoim notatniku „Muszę wrócić myślami do ostatniej konfirmacji w małym, wiejskim kościółku w Kwitajnach. Stało tam osiem dziewczynek w białych sukienkach i sześciu chłopców w swoich pierwszych granatowych garniturach. Widziałam ich jakby przez mgłę, gdyż nagle uświadomiłam sobie, że żaden z tych chłopców - jak przecież wszyscy ich ojcowie - nie będzie mógł stanąć jeszcze raz przed tym ołtarzem i że przeznaczeniem większości tych młodych dziewcząt będzie samotność. Pastor wygłosił kazanie odwołujące się do słów: Jedni zdają się na konia i wóz, my jednak myślimy w imię pana Boga Naszego (II ks. Mojżeszowa 15:1) A na dwo-rze przed Kościołem leżeli w słońcu żołnierze i czekali, aż wreszcie 21 czerwca pomaszerowali na Rosję, odtąd właści-wie nieprzerwanie człowiek się z Kimś rozstaje" (Nazwy...s.46)
Gdy kolejni mężczyźni z Kwitajn wyszli na wojnę, zaczęło brakować rąk do pracy. Jednakże sukcesy wojenne armii niemieckiej spowodowały, że w Prusach Wschodnich zaczęły powstawać obozy pracy przymusowej dla jenów wojennych z całej Europy. W powiatowym urzędzie pracy w Pasłęku, w marcu 1943 roku, zarejestrowanych było 6321 robotników przymusowych. Byli wśród nich Rosjanie, Polacy, Belgowie, Duńczycy, Francuzi, Holendrzy, Jugosłowianie, Słowacy i inni. Część z nich trafiła do obozu pracy Kwitajnach, liczącego około 50 jeńców. Znajdował się on na polu, po lewej stronie drogi do Solainen (Zielna) tuż za ostatnimi zabudowaniami gospodarczymi majątku.
W listopadzie 1942 roku zginął pod Kownem śmiercią lotnika brat Marion Dönhoff, Heinrich. Wojna zabierała jej kolejnych członków rodziny i przyjaciół. W Kwitajnach mieszkał wówczas wujek Marion, hrabia von Lepel, z przekonania nazista, gorąco popierający politykę Hitlera. Lepel utrzymywał przyjacielskie stosunki z gauleiterem Erichem Kochem, byli na „ty". Koch - jak wiadomo - po dojściu Hitlera do władzy mianowany został na stanowisko nadprezydenta (naczelnego prezesa prowincji) Prus Wschodnich, a po wojnie skazany na karę śmierci za zbrodnie wojenne przez polski sąd. Lepel utrzymywał także stałe kontakty z powiatowym kierownictwem NSDAP w Pasłęku.. Po pewnym czasie wyszło na jaw, że wujek Marion kontroluje jej osobistą korespondencję i o jej treści informuje kierownictwo partyjne w Pasłęku. Z powodu donosów wujka, Marion Dönhoff przesłuchiwana była przez Gestapo i tylko dzięki łutowi szczęścia udało jej się uniknąć aresztowania. Zresztą nie bywa całkiem niewinna. Utrzymywała bowiem kontakty z jawnymi wrogami nazistowskich Niemiec i miała swój udział w przygotowaniach zamachu na Hitlera.
W pałacu zamieszkiwał także szanowany przez Marion drugi wujek, hr. Siegfried von Eulenburg wraz z żoną. Gdy w styczniu 1945 roku zbliżał się front rosyjski, Eulenburg nie czekając na rozporządzenia władzy, wsiadł do swego 4-konnego powozu wraz z żoną i parobczakiem i pojechał do Szwajcarii, do ojczyzny żony.
Dnia 20 lipca 1944 roku, niedaleko Sztynortu, oficer niemieckiego sztabu generalnego, Claus Stauffenberg, dokonał nieudanego zamachu bombowego na Hitlera. Marion Dönhoff wspomina Heinricha (Heiniego) Lenndorffa, który w razie powodzenia zamachu, miał nadzorować przejęcie władzy w dowództwie okręgowym. Heinrich Lehndorff był krewnym Marion i właścicielem Sztynortu. Po 20 lipca 1944 roku, który to dzień zaważył na losie Heiniego, jak i innych przyjaciół, nie pojechałam już nigdy do Steinort (Sztynortu). Oboje byliśmy związani z kręglem spiskujących przeciw Hitlerowi, ja brałam udział w pewnych przygotowaniach, a Heini miał uczestniczyć w samej realizacji. Moim zadaniem było zwerbowanie Heiniego Dohny, którego przewidziano za zgodą Stauffenberga i ścisłego grona spiskowców na przywódcę w rejonie Prus Wschodnich. Ponadto, miałam się zorientować, kto z ludzi w zarządzie prowincji, zdominowanym przez gauleitera Ericha Kocha, mógłby być przydatny, a kto - przeciwnie - niebezpieczny, wreszcie, miałam w razie potrzeby zdobyć poparcie dowódcy oddziału piechoty zmechanizowanej (...) Heinrich hrabia Dohna z Tolksdorfu zgodził się od razu, później został stracony jak inni (...) przez dłuższy czas dręczyło mnie pytanie, dlaczego właśnie on, którego ja zwerbowałam, musiał tak skończyć, podczas gdy mnie tylko przesłuchiwano i wysz-łam z tego cało. Odpowiedź na to pytanie znalazłam później: był on na liście tych, którzy mieli zająć jakieś stanowiska, ja natomiast troszcząc się o sprawy powierzone mi we Friedrichstein i Quittaien, nie mogłam podjąć się innych obowiązków. (Dziedzictw, s. 90-91)
Jeszcze w 1942 roku tutejsze folwarki były rozbudowywane, nikt jeszcze nie myślał o możliwości przegrania wojny. W pobliskim Zielnie zbudowany został piękny budynek gospodarczy z czerwonej cegły. Ochotnicza straż pożarna w Kwitajnach zakupiła nowoczesne urządzenia gaśnicze. Powstał nowy projekt urządzenia lasów.
Na froncie wojny nastąpił przełom. Po trwającej rok bitwie pod Stalingradem, wojska Paulusa poniosły haniebną klęskę. Był luty 1943 roku.
Trwające od marca do sierpnia 1943 roku walki na tzw. Łuku Kurskim spowodowały, że Niemcy, utracili inicjatywę na froncie wschodnim. Było to już nie tylko zatrzymanie ofensywy wschodniej Niemiec, ale zapowiedź następnych klęsk Wermachtu. Tymczasem w październiku tego roku Heinrich Himmler, reichführer Schutz – Staffen (SS), Drużyn Ochronnych i szef policji niemieckiej, przemawia do swoich oficerów: „Uczciwi, przyzwoici, wierni, koleżeńscy mamy być tylko wobec ludzi naszej własnej krwi, wobec nikogo więcej. Jest najzupełniej obojętne, jaki los spotka Rosjan czy Czechów (…) My Niemcy jedyni na świecie mamy przyzwoity stosunek do zwierząt. Dlatego nasz gatunek do tych człeko- zwierząt będzie przyzwoity. Ale zbrodnią wobec naszej krwi byłoby martwić się ich losem (…) Większość z was wie, co to znaczy, kiedy leży obok siebie sto trupów, pięćset trupów, tysiąc trupów. Wytrzymać to, a przy tym (…) pozostać człowiekiem przyzwoitym – o to, co uczyniło nas twardymi. To jest chwalebna karta naszej historii". Mówił to w czasie, gdy w Polsce i innych krajach dymiły kominy niemieckich obozów koncentracyjnych.
W sierpniu 1944 roku zwiadowcy Armii Czerwonej po raz pierwszy w czasie tej wojny weszli na terytorium Niemiec. Dwudziestego pierwszego października 1944 roku żołnierze Armii Czerwonej weszli do pruskiej wioski Nemmersdorf.
Wspomina Marion Dönhoff:
„Doszło do tego, że iluzje motywowane argumentem, że „nie możne być przecież tak, że wszystko było na próżno", stały się przyczyną zakazu jakiejkolwiek ewakuacji – nie wolno było wywozić ani dzieci, ani bagażu. I stało się tak, że spowodowano ów chaos, w którego wir wpadłam także ja. Zamęt wywołało mianowicie zlewanie się trzech wielkich nurtów: odwrotu pokonanej armii, bezwładnej ucieczki ludności cywilnej i pojawienia się wroga, zdecydowanego na najbardziej skrajne okrucieństwo wywołane żądzą zemsty.
Krótko przedtem, a więc w połowie stycznia 1945 roku, pojawił się u mnie w Kwitajnach przedstawiciel komitetu powiatowego (Kreisleitung) z Pasłęka – powiatu, do którego należeliśmy – i przekazał nam surową naganę z kierownictwa regionu (Gauleitung) w Królewcu: jeżeli w dalszym ciągu będę podejmowała defensywne przygotowania do ucieczki, muszę się liczyć z ostrymi konsekwencjami takiego działania. Owe przygotowania polegały na tym, że we wszystkich dobrach zleciłam sporządzanie stelaży z lekkich listew i splatanie słomianych mat, mających stanowić ochronne zadaszenie dla wozów drabiniastych. Choć działo się to w największej tajemnicy, jakiś szpicel partyjny zobaczył te dziwne konstrukcje na klepisku w stodole i zameldował natychmiast o swoim odkryciu.
    Przez całe lato staraliśmy się jak najbardziej przygotować do ucieczki Od wiosny nie przestawała płynąć fala uchodźców. Tak jak burza na jeziorze zapowiadana jest tym, że wodne ptactwo zlatuje się w stronę brzegu do chroniącej je przystani, tak z wolna narastająca nawałnica rosyjska popychała przed sobą barwną mieszaninę uciekinierów na długo przed tym, nim my sami musieliśmy wyruszyć w drogę.
    Pierwszymi byli chłopi białoruscy z małymi końmi i lekkimi wozami, na których najczęściej upychano niewielki dobytek i najmniejsze dzieci. Cała pozostała rodzina szła obok za wozem. Chłop w wysokiej futrzanej czapie wyprzedzał pojazd i prowadził konia.
    Kilka miesięcy później ich śladem poszli Litwini, potem mieszkańcy Okręgu Kłajpedy, w końcu zaczęli przybywać pierwsi uciekinierzy ze wschodnich powiatów Prus Wschodnich. Wówczas we wszystkich dobrach i w wielu wsiach były miejsca przeznaczone dla maszerujących: pastwiska, gdzie mogli wyprząc konie, ogródki, w których mogli ugotować coś na świeżym powietrzu. Stan wyjątkowy przerodził się w stan normalny – nawet ciekawskie wiejskie dzieci nie przyglądały się już tej wędrówce ludów z większym zainteresowaniem.
    Rzuciło mi się w oczy, że wozy najczęściej albo były słabo zabezpieczone, albo też ich zadaszenie tak bardzo obciążały olbrzymie dywany, ze ludzie nie mogli wziąć dużo pakunków. Właśnie dlatego przygotowaliśmy te słomiane maty i stelaże z listew.
    W dniu, w którym funkcjonariusz partyjny przestrzegł mnie i zapewnił, że nie mam jakiegokolwiek powodu do niepokoju burmistrz wieczorem otrzymał rozkaz, aby wszyscy mężczyźni „nieprzyjęci dotychczas" przez Wehrmacht, jeszcze tej samej nocy udali się do Volkstrumu. Poza nielicznymi ludźmi, niezbędnymi do zakładu, rozporządzenie to dotyczyło w zasadzie tylko tych, którzy ukończyli sześćdziesiąt lat lub inwalidów.
    Nic dziwnego, że w wiosce podniósł się lament. A więc przykuśtykali: kulawy Marx, na wpół ociemniały Hinz, w towarzystwie rozpaczających żon. Otrzymali u burmistrza włoskie karabiny i każdy po 18 odliczonych naboi, więcej nie było. A następnie wyruszyli w mroźną zimową noc na spotkanie z aż nazbyt pewnym przeznaczeniem.
    Zadanie członków Volksstrumu miało polegać na obsadzeniu umocnień, które wzniesiono latem z polecenia gauleitra Kocha. Erich Koch, podobnie jak inni gauliterzy prowincji wschodnich (Gdańsk, Poznań, Szczecin Wrocław), został przez Hitlera mianowany po 20 lipca komisarzem ochrony Rzeszy (…)
    Nasi dzielni ludzie z Kwitajn zajęli więc pozycje w zasypanych śniegiem i wpółzapadniętych okopach pancernych Kocha, zresztą nasza okolica była jedyną, w której zostały one w ogóle zajęte. A zrozpaczone kobiety miały całkowitą rację, nadszedł czas naszego własnego wymarszu, choć nie słyszałyśmy, czy mężczyznom udało się dotrzeć do owych stanowisk – tak bardzo spiętrzyły się wydarzenia.
Dwa dni później, musiało to być 21 lub 22 stycznia, wybrałam się wczesnym rankiem konno w drogę. Jeździłam od jednej zagrody do drugiej, by doglądać porządku. Wszędzie były problemy: w Leżaninach powołano do służby mającego odroczenie traktorzystę, w Skolimowie w wielu zagrodach rekwirowano jak popadnie konie, a wszędzie jeńcy – ostatni robotnicy – robili się niespokojni. Francuzi obawiali się ogólnego rozprężenia i wzajemnie pytali się o to, czy kiedykolwiek uda się im wrócić do domu, Rosjanie wiedzieli dokładnie, że sowieccy funkcjonariusze potraktują ich jako sabotażystów, ponieważ przeżyli i pracowali dla wroga, zamiast poderżnąć mu gardło.
Pod wieczór było już ciemno, raz jeszcze po drodze zadzwoniłam do komitetu powiatowego w Pasłęku; podówczas komitet musiał wydawać pozwolenie na każdą podróż koleją. Poprosiłam o wystawienie mi biletu, jako że chciałam nazajutrz rano o godzinie 6 pojechać do Królewca, by w Friedrichstein, drugiej posiadłości, o którą też musiałam się zatroszczyć, sprawdzić jak tam wygląda sytuacja. Przez sekundę po drugiej stronie słuchawki panowało milczenie, potem usłyszałam słowa: - „No tak, czy pani nic o tym nie wie, że do północy wszyscy muszą się ewakuować?"
- „Nie mam pojęcia – odpowiedziałam bez zaskoczenia, ale jednak speszona zapytałam ponownie: - A gdzie są Rosjanie?"
- „Nie mam pojęcia" – usłyszałam.
- „Tak, a w jaki sposób i dokąd mamy się udać?" Na to pytanie głos, który dotychczas niezmordowanie zapewniał, iż władze troszczą się o wszystko, a więc nie ma powodu do zaniepokojenia odpowiedział: - „Jest nam wszystko jedno – drogą lądową, wodną bądź powietrzną…"
Nakazałam ludziom stawić się w domu nadzorcy i wyjaśniłam im co nas teraz czeka. Wszyscy byli całkowicie skonsternowani. Tak dużo opowiadano im o ostatecznym zwycięstwie i o tym, że „Führer" nigdy nie dopuści do utraty choćby piędzi wschodniopruskiej ziemi, iż po prostu nie byli w stanie pojąć tej wiadomości. Wydawałam dokładne dyspozycje, jak dużo, a w zasadzie mało, każdy będzie mógł załadować na wóz, wbiłam do głowy, o której godzinie mamy się spotkać w nocy na skrzyżowaniu do Rogajn, a odpowiedzialność za całość powierzyłam klucznikowi.
Wszyscy płakali, a gdy wzrok mój padł na panią Durittke, także i mnie napłynęły do oczu łzy. Pani Durittke była żoną traktorzysty. Pewna siebie, a jednocześnie skromna, wspaniała kobieta. Oporządzała świnie i była dumna z tego, że nie opuściła ani jednego dnia pracy – od wielu lat. Ona i jej mąż całe życie pracowali ciężko tylko po to, by ich dzieciom wiodło się kiedyś lepiej. Młodszy z synków poległ we Francji, starszy był podoficerem – postawny chłopak, uczciwy i niezawodny, z którego dumna byłaby każda armia świata. Któregoś dnia z pewnością zostałby oficerem, a wtedy opłaciłby się cały ten mozół.
Ale ten dzień nie nadszedł, nadszedł jednak inny, jesienny dzień 1944 roku, kiedy to zobaczyłam panią Durittke idącą przez podwórze z wiadrami w obu rękach. Ta piękna kobieta wyglądała wręcz staro, była nieobecna duchem, niczym widmo. „Na miłość boską, pani Durittke, co się stało. Spojrzała na mnie martwymi oczami, odstawiła wiadra – i nagle zawisła na mojej szyi, Karl poległ, dzisiaj nadeszła wiadomość. Teraz wszystko się skończyło. Wszystko na marne. – całe życie.
Teraz cztery miesiące później, pani Durittke siedziała przede mną. Dwa dni wcześniej jej mąż został odkomendowany do Volkssturmu, obydwaj chłopcy zginęli. Dlaczego miałabym jeszcze uciekać? I dokąd właściwie. Tak, po co? – sama sobie zadawałam to pytanie (…)
W Kwitajnach nadinspektor Klatt został już powiadomiony. Zastałam go siedzącego w swoim biurze i patrzącego ponuro przed siebie. Przed nim stał Ortsgruppenleiter i przemawiał doń z przejęciem. Chodziło o uciekinierów. Od jesienie podjęliśmy 400 uciekinierów z okolicy Gołdapi i Nemmersdorf, ich kolumna zaszyła się u nas i czekała odtąd na to, co będzie dalej. Wówczas po raz pierwszy dotarły do rzeszy uciekinierów relacje dokumentalne o tym, co działo się po zdobyciu przez Rosjan jakiejś miejscowości.
W tamtych latach przyzwyczailiśmy się do tego, że wszystko, co było publikowane i komunikowane przez oficjalne czynniki, równało się kłamstwu, tak początkowo także zdjęcia z Nemmersdorf uważałam za zafałszowane. Później okazało się jednak, że coś takiego się zdarzyło. Rzeczywiście nagie rozkrzyżowane kobiety przybijano gwoździami do wrót stodół, gwałcono dwunastoletnie dziewczynki. W Nemmersdorf odnaleziono potem łącznie 62 ciała kobiet i dzieci zabitych w swych mieszkaniach. Zdjęcia odartych z ubrań martwych kobiet, leżących na dogach i stosach nawozu, nie były upozorowane (Nazwy… s.12-16)
Leszek Adamski autor książki „Łuny nad Jeziorami" pisze, iż nie da się w pełni zrozumieć tego, co od stycznia 1945 roku działo się na ziemiach III Rzeszy zajmowanych przez Armię Czerwoną, a wiec także na obecnych ziemiach zachodnich i północnych Polski, bez poznania prawdy o zbrodni w Nemmersdorf. Aby zaś zrozumieć, co działo się w styczniu 1945 roku w Kwitajnach, trzeba wrócić do Nemmersdorf i sprawdzić, co się tam wydarzyło w październiku 1944 roku.
Leszek Adamski cytuje relację niemieckiego volsdsturmisty z Królewca, który pod koniec października 1944 roku zobaczył Nemmersdorf: „Przy pierwszej zagrodzie, na lewo od drogi, stał wóz drabiniasty. Do niego przybito za ręce w pozycji ukrzyżowanej cztery nagie kobiety. Na drzwiach stodoły przybito dwie nagie kobiety również w pozycji ukrzyżowanej. W mieszkaniach znaleźliśmy w sumie 72 kobiety i dzieci oraz jednego mężczyznę w wieku 74 lat. Wszyscy byli martwi. Widać było, że torturowano ich w bestialski sposób, z wyjątkiem kilkorga, których zabito strzałem w potylicę. Wśród zabitych były nawet niemowlęta ze strzaskanymi czaszkami. Wszystkie kobiety, a także dziewczynki w wieku 8-12 lat nosiły na ciele ślady gwałtu. Nie oszczędzono nawet niewidomej staruszki (Łuny.. s.29)
Uciekający z Gołdapi przywieźli do Kwitajn niemieckie gazety zawierające dokumentację wydarzeń w Nemmersdorf. Zdjęcia i opisy były przerażające. Gazety oraz film dokumentalny dotyczący tych wydarzeń rozpowszechnione zostały przez niemiecką propagandę w całych Prusach Wschodnich, na Pomorzu i na Dolnym Śląsku. Relacje z Nemmersdorf miały wzmóc nienawiść ludności niemieckiej do Rosjan. Ale wydarzyło się coś, czego władza niemiecka nie przewidziała: przez ziemie obecnej Polski północnej i zachodniej przeszła fala samobójstw ludności cywilnej. Rodzice zabijali własne dzieci, a potem sami się wieszali. Do tragicznych wydarzeń doszło we wsi Wildenhagen (obecnie Lubik k. Rzepina) Oto fragment wspomnień Adelhaidy Nagle, która w 1945 roku jako dziecko mieszkała w Wildenhagen: „Pani Tresce, żona zarządcy majątku, zabiła całą rodzinę. Wnuka biła tłuczkiem do mięsa po głowie i poderżnęła mu gardło. Swojej córce przecięła obie ręce i uderzyła łopatą w głowę. Dwóm swoim wychowanicom, miały po osiem lat, przecięła żyły. Potem dwom ośmioletnim wnuczkom też przecięła żyły (…) U Linke w szopie wisiało pięć osób i dwoje w wędzarni. U Gubeauera też dwoje. U Behrensa wisiało osiem osób. U Valentin – wszyscy martwi, pani Schmarr, żona kowala z synkami…" (Tamże, s.33) Pisząca te wspomnienia Adelhaida też miała założony przez matkę sznur na szyi, ale cudem przeżyła. Cytuję wszystkie te opisy, aby pokazać strach ludności niemieckiej przed Armią Czerwoną. Strach ten obecny był też w Kwitajnach. Kwitajniacy sądzili, że Armia Czerowna zmieni Kwitajny w drugie, setne Nemmersdorf. Liczbę samobójstw popełnionych w styczniu 1945 roku przez ludność niemiecka szacuje się na kilkadziesiąt tysięcy.
Po wkroczeniu Rosjan do Kitajn samobójstwo popełnił Heinrich Muss.
Cała prawda o Nemmersdorf została wyjaśniona przez historyków niemieckich w 1997 roku. Ukazała się wówczas w Berlinie książka Berhnarda Fischa „Nemmerhsdirf. Oktober 1944" Z opublikowanych dokumentów wynika, że na polecenie ministra propagandy Rzeszy J. Goebbelsa sfałszowano film i zdjęcia, aby zbrodnię Rosjan wyolbrzymić. Rosjanie zabili wówczas we wsi 26 osób, ale nie było przybijania ofiar do drzwi ani gwałtów. Na polecenia Goebbelsa wyjęto później ciała z grobów, przybito do wozu i drzwi, upozorowano gwałty. Akcją tą kierował profesor medycyny Karl Gerhard, gruppenführer SS. Ludność niemiecka ucierpiała nie tylko z powodu Rosjan, ale i od własnych szaleńców.

Na zdjęciu: Pałac Dönhoffów w Kwitajnach. Stan obecny.
Fot: Stefan Pastuszewski

Na zdjęciu: Dom Marion Dönhoff w Kwitajnach. Z powodu faszyzowania przez wuja hrabiego Lepela Marion nie mieszkała w pałacu, lecz w odrębnym domu.
Fot: Czesław Dziemidowicz