Bogdan Zapalski - FENOMEN INFLANT

Od czasu wstąpienia do Bractwa Inflanckiego staram się śledzić sytuację ekonomiczno-polityczną tzw. „Starych Inflantów" /Litwa, Łotwa, Estonia/ i krajów z nimi sąsiadujących i muszę przyznać, że sporo zjawisk tam zachodzących zaskakuje mnie zarówno w aspekcie pozytywnym, jak i negatywnym.
     Wszystkie 3 kraje wchodzące do 1991r w skład ZSRR posiadały swoją specyfikę językową i kulturową, ale powszechnie nazywano je wspólnym mianem „PRIBAŁTIKA". Po odzyskaniu niepodległości, każdy z nich wybrał własną drogę, odwołując się do przeszłości, niekiedy dość odległej.
Najmniejszy z nich, ESTONIA, od początku ustawił się na ścieżce zjednoczeniowej do UNII EUROPEJSKIEJ, przy wydatnej pomocy bratniej Finlandii. Zresztą, gdyby nie brak bezpośredniego sąsiedztwa, Estonia chętnie widziałaby się w roli jednej z prowincji tego kraju. Dopóki działał efekt nowości i gospodarka fińska odnosiła światowe sukcesy, wydawało się to dość atrakcyjne i Estonia też szybko się unowocześniała, informatyzując większość dziedzin gospodarki, a wynalazek informatycznego systemu telefonii „Skype", rozpowszechniony wkrótce na cały świat, przyciągnął uwagę inwestorów z różnych krajów.
Bezpośrednio po przystąpieniu do UE w 2004r, Estonia wraz z pozostałymi państwami bałtyjskami chciała wprowadzić u siebie system walutowy euro. Kryzys z lat 2008-10 spowodował szereg ujemnych reperkusji, takich jak: spadek dochodu narodowego, obniżenie płac i emerytur oraz wzrost bezrobocia rzędu 15-20%. W krajach bałtyjskach prysła bańka nadmuchiwanych sztucznie funduszy bankowych i inwestycyjnych. Co dziwne, ostre restrykcje oszczędnościowe rządu zostały przyjęte dość spokojnie. Pozwoliło to Estonii znaleźć się w czołówce rankingu państw odnotowujących wzrost DN w ostatnim roku. Pozornie wydaje się, że najgorsze minęło, ale chyba nie do końca. Estonia nie może już liczyć na większą pomoc ze strony Finlandii, a jednocześnie idzie na ostry kurs konfrontacyjny z Rosją, a przecież ok. 40% mieszkańców, zwłaszcza w części północno-wschodniej, to zasiedzieli Rosjanie, którzy, na co dzień posługują się własnym językiem. Dziwi eliminacja języka rosyjskiego i wspólnej historii. A przecież turystyka, ważna gałąź gospodarki, powinna się otworzyć przede wszystkim na Rosjan, dla innych to tylko peryferyjny zakątek. Oprócz łupków bitumicznych i gospodarki morskiej, większość artykułów rolnych i energii, trzeba importować, a dynamiczny rozwój może się szybko skończyć. Są też inne zagrożenia, wspólne dla tych krajów, ale o tym w podsumowaniu ogólnym na zakończenie.
           ŁOTWA jest położona w środku regionu, również pod względem terytorium, populacji, jak i mozaiki ludnościowej. Rosjanie stanowią 35% ludności, trochę Polaków i innych narodowości wyznania luterańskiego. To jednak oligarchowie rosyjscy skupili władzę w istotnych sektorach gospodarki morskiej, energetyki, gospodarki drzewnej, itp.
Mimo dużego uzależnienia od Rosji, stale odżywają resentymenty niemieckie, począwszy od Średniowiecza do czasów najnowszych, w tym kultu jednostek i organizacji faszystowskich współpracujących podczas II wojny światowej z SS.
Niemcy niezbyt chętnie odwzajemniają te uczucia. Jednocześnie, kiedyś nieźle prosperujące ośrodki sanatoryjne i rekreacyjne nad Bałtykiem nastawione głównie na kuracjuszy z Rosji i dawnego ZSRR, popadają w ruinę.
Od 1991r gospodarka rozwijała się w cyklach imponującego wzrostu, gwałtownego krachu i ponownego wzrostu.
Aktualnie, Europejski Bank Centralny i kraje strefy euro, stwierdziły, że Łotwa spełnia warunki przyjęcia do tej strefy od 1 stycznia 2014 r. Społeczeństwo jest podzielone w tej sprawie. Obecna waluta- łat-jest ściśle powiązana z euro i proces transformacji nie powinien wywołać większych perturbacji. Nadal pozostają zagrożenia związane z rynkiem pracy i utrzymaniem obecnego poziomu życia przy istnieniu wielkiej emigracji zarobkowej, ale o tym szerzej na zakończenie.
LITWA, największy kraj regionu, z dużą mozaiką ludnościową Litwinów, Polaków, Rosjan, Białorusinów, itd. nie może do końca określić swojej tożsamości historycznej i kulturowej. Odwoływanie się do prehistorycznych czasów pogaństwa, odcięcie się od związków z Polską i Rosją, stawia ten kraj w pozycji izolacjonizmu. Ostatnie nacjonalistyczne wypowiedzi pani prezydent Gebrauskiene nie pozostawiają cienia wątpliwości, że żadnego kompromisu w kwestii narodowościowej nie będzie.
Pewnie niewiele zmieni przewodniczenie Unii Europejskiej w II półroczu 2013r. Polska i Szwecja narzuciły temu krajowi zorganizowanie szczytu Partnerstwa Wschodniego obejmującego Ukrainę, Białoruś, Mołdowę, Azerbajdżan i Gruzję, ale ze strony litewskiej nie widać większego zainteresowania tym tematem. Nadal głównym punktem sporów są historyczno-nacjonalistyczne roszczenia w stosunku do Polski, w mniejszym stopniu Rosji i pewne ocieplenie stosunków z Białorusią.
W kwestiach gospodarczych Litwa nie jest samowystarczalna energetycznie ani żywnościowo i zbyt pochopnie zgodziła się na zamknięcie elektrowni atomowej w Visaginie. Jednocześnie nie potrafi wypracować kompromisu odnośnie działalności rafinerii naftowej w Możejkach, kierowanej przez polski koncern Orlen, ani ustalić zasad budowy przesyłowej sieci energetycznej z Polską i UE. Ślimaczy się też budowa trasy drogowo-promowej VIA BALTICA, przez Polskę, Litwę, Rygę, Tallin, Helsinki. Nie ma wspólnych ustaleń z Polską i krajami bałtyjskami w zakresie budowy nowej elektrowni jądrowej. Korzysta na tym Rosja, budując w szybkim tempie takową w Obwodzie Kaliningradzkim.
Rząd litewski planuje wejście do strefy euro w 2015 r.
Na koniec chciałbym nawiązać do tytułu artykułu. Jest dla mnie zagadką, w jaki sposób te trzy kraje przechodzą przez najostrzejszy kryzys ekonomiczny w Europie bez większych wstrząsów społecznych, mimo radykalnych cięć budżetowych. Wszystkie 3 kraje nie wykazują współdziałania przy rozbudowie infrastruktury drogowej z południa na północ, zwłaszcza w części wschodniej; od Wilna przez Łotwę i Tartu do Narvy.
           Płace w poszczególnych krajach są zbliżone do polskich, ale ceny wyższe o 10-20%. Pewne wyjaśnienie kryje się być może w treści najnowszej sztuki litewskiego dramaturga Mariusza IVASZKIEVICZIUSA „WYGNANIE", pokazywanej również w Warszawie. Ten blisko pięciogodzinny spektakl opowiada o emigracji zarobkowej z ostatnich lat; w przypadku Litwinów chodzi o wyjazdy do Wielkiej Brytanii i Norwegii. Zjawisko przybrało katastrofalne rozmiary.
Ludność poszczególnych krajów uległa dramatycznemu skurczeniu, średnio o 20%:
    - Litwa z 3.6 mln do 2.9 mln
    - Łotwa z 2.2 mln do 1.8 mln
    - Estonia z 1,2 mln do 1.0 mln
Obywatele tych krajów mogą wyjeżdżać też do USA, bez ubiegania się o wizy. Początkowo emigranci wyjeżdżają z myślą o czasowym pobycie i przesyłają zarobione pieniądze rodzinom w kraju. Z czasem, gdy widzą, że po powrocie nie znajdują odpowiedniej pracy lub ich zarobki ulegną znacznemu zmniejszeniu, decydują się na przedłużanie pobytów, a końcu osiedlają się w nowym kraju. Wyjeżdżają najbardziej produktywni młodzi ludzie i specjaliści, którzy po powrocie rzadko akceptują pracę na oferowanych im warunkach.
Z podobną sytuacją mamy do czynienia na Opolszczyźnie. Emigranci przesyłają spore pieniądze, za które rodziny budują piękne domy i żyją na dość wysokim poziomie. Ale jednocześnie rodzi to patologię rozpadu małżeństw i braku jakichkolwiek inwestycji, bo trudno znaleźć pracowników. W dłuższej perspektywie, ten strumień transferowanych pieniędzy wygasa; pozostają piękne niewykorzystane domy i ci sfrustrowani, którym nie udało się wyjechać. W Polsce istnieje także znaczna emigracja, nie przekracza ona jednak 5%.
     Natomiast w krajach bałtyjskach, złudne polepszenie standardów życiowych może się szybko skończyć i grozić nieodwracalną katastrofą.
A teraz a propos wspomnianych wyżej sąsiadów: Rosji i Białorusi.
Wydaje się zadziwiające, że społeczeństwa obu krajów przyjęły ze zrozumieniem fakty, że obaj przywódcy A. Łukaszenka i W. Putin rozwiedli się ze swymi żonami, bo im przeszkadzały w intensywnej pracy dla wzrostu dobrobytu w tych krajach.
No cóż, ROSJA ma takie zasoby energetyczne i surowcowe, że nie musi się mocno obawiać kryzysu światowego. Podczas rządów Putina, płace wzrosły dziesięciokrotnie; ceny też kilkukrotnie i chociaż nie wszystkim polepszyło się jednakowo, to Putin wciąż utrzymuje wysoką popularność.
Czy to wystarczy i na jak długo - trudno powiedzieć. W każdym bądź razie, gdyby Putin miał syna, a nie 2 córki, nie byłoby żadnego problemu z „ demokratyczną sukcesją".
Trochę bardziej niewyraźnie wygląda to w przypadku BIAŁORUSI. Po 120% inflacji w 2012r, A. Łukaszenka dekretem władzy zdusił tą inflację poniżej 20%, biorąc różne pożyczki od Rosji i tajemniczych oligarchów. I znów to samo pytanie. A dorastający syn Kola, desygnowany już na następcę, nawet, jeśli kiedyś przejmie władzę, to z ogromnymi długami i nieokreślonym stanem państwa.