Helena Romaszewska - Moi starowiercy

Słowo, wyraz – starowierca – usłyszałam pierwszy raz ponad czterdzieści lat temu. Nasz proboszcz, dziekan, prawie wykrzyczał do mnie – pani jest starowiercem. Nie pamiętam, dlaczego, nie wiem już, w jakich to było okolicznościach, pamiętam, że spuściłam głowę i natychmiast „porozumiałam się" z Bogiem mówiąc, w duchu, że to nieprawda, że nie jestem Żydówką. Pomyślałam wtedy, że starowiercy to bracia starsi w wierze.

Wracałam myślą do tych słów i wydedukowałam sobie, że ksiądz, usłużnie poinformowany o tym, iż jestem zza Bugu myśli o mnie jak o prawosławnej. Takie miałam pojęcie o starowierzach. I teraz, po blisko półwieczu, temat wraca (?). Z materiałów od Pana dowiedziałam się jak zacnej wiary są starowierzy, z jakim pietyzmem i obowiązkiem strzegą i przestrzegają boskich i przecież ludzkich, naturalnych praw i przykazań, jak dzielnie trwają w świętości, w czystości, w tradycji, z jakim oddaniem bronią religii, wartości nadrzędnych, sprawdzonych, świętych, jak pracowici są, dzielni. Pomijam tu różne zależności historyczne, polityczne, na przestrzeni wieków. Myślę, że są to ludzie pogodni, szczęśliwi i znacznie zdrowsi psychicznie, ponieważ mają opiekę duchową, w którą wierzą, z której korzystają. Współczesny świat, który właśnie tracąc, odrzucając Boga, traci tę wielką moc ducha i popada w rozliczne choroby, których przyczyną prawie zawsze jest nerwica, powszechna choroba cywilizacji. Dziś w większości ludzie są znerwicowani, zmęczeni, przestraszeni, smutni i źli. I niestety, bezbożni psychiatrzy nic tu poradzić nie umieją. Ten stan ogólnego zdrowia „inaczej" pogłębia się a rozliczne cudowne pigułki raczej szkodzą niż leczą. Może trochę przerysowuję, przesadzam, ale nie wygląda to najlepiej z mego punktu widzenia. Dlatego dobrze, że są tacy strażnicy wiary jak starowierzy. Dobrze, że się chcą policzyć i mieć świadomość wielkości swojej diaspory rozproszonej po całym świecie. Świadomość o swoim istnieniu w różnych zakątkach świata wzmacnia wiarę, utwierdza w słuszności trwania, w nadziei przetrwania.


Dobrze, że się nie rozpraszają przynajmniej z własnej, pochopnej woli, że trwają w odrębności i nie przyswajają nie uczą się bezbożnictwa. Dobrze, że mają swoje miejsca zamieszkania, gdzieś daleko od cywilizacji (?), gdzie można żyć w czystości i pięknie, w spokoju i w ludzkim rytmie, zgodnie z prawami natury, po bożemu przeżywać życie. Wolę myśleć, że przetrwają, że doniosą boski porządek świata do końca. Że się skryją w ostateczności w głębokich wnętrzach gór i pierwiastek boski w człowieku będzie zachowany, człowieczeństwo ludzkie uratowane. Może właśnie starowierzom uda się zapewnić ciągłość życia religijnego, o co tak troszczą się i zabiegają.
Dobrze też, że żyją wśród nas, że są odporni na wszelkie pokusy, że są nieustępliwi w wierze i w dobrym postępowaniu. Swoim prawym życiem udowadniają, że tak można żyć, służą przykładem. Pozyskują do swej wiary innych, którzy chcą żyć w prawdziwej wierze, nadziei, w cnocie. Raj na ziemi, to niestety utopia, wystarczy jeden telefon komórkowy, nie mówiąc o telewizji, Internecie i zburzenie ładu gotowe i religia może nie być najważniejsza. Straszliwe, pustoszące środki przekazu walcem wdeptują w ziemię wszelkie dobro duchowe, zasiewając w to miejsce szybko rosnące, pieniące się bez opamiętania zło. Dramatyczna sytuacja człowieka miała miejsce w każdym czasie, ale to współczesne „nowe" z zastraszającą szybkością pędzi, ten tajfun, to tsunami ludzkich nieszczęść. W świecie zatomizowanym, gdzie rozbija się małżeństwa, gdzie odbiera się rodzicom dzieci, gdzie rozdziela się rodziny, rozwala narody całe, gdzie zło nazywa się dobrem, chce się koniecznie pozbawić ludzi nawet nadziei.
Straszny okres uśmiercania Boga, pozbawiania wiary, nadziei, miłości i normalności... Panikuję? Wszędzie kliny rozsadzające, niszczące. Kiedyś cywilizacja szła sobie wolno. Ziemia zdawała się być płaska, dziś świat pędzi po kulistej Ziemi i tylko patrzeć jak pospadamy z tej kuli. Nie ma Światła, za którym podąża się prostymi drogami i nie ma Miłości, która łączy. Dobrze, że nie jestem wieszczką, wolę myśleć, że się zatrzyma ten straceńczy pęd donikąd.
Mam nadzieję, że będzie dobrze. Za sprawą starowierów też. Oni mają społeczność zwartą, scaloną, nie podatną na wewnętrzne wyniszczenia. Podziwiam ich niezłomną dyscyplinę w dążeniu do celu, jakim w ostateczności jest wieczność z Bogiem.
Tu muszę powiedzieć, iż nie spotkałam w mojej bliskiej, dookolnej przestrzeni starowierza. Nie mam bezpośrednich spostrzeżeń z obserwacji, ani też nie jestem obudowana jakąś rzetelną, długoletnią wiedzą na ten temat. Mam też świadomość, że, aby napisać o czymś mało – trzeba wiedzieć o tym dużo, tymczasem ja postępuję właśnie odwrotnie. Dobrze życzę starowierstwu