Bronisław Pastuszewski - PAMIĘCI TADEUSZA

Tadeusz Borysewicz urodził się 30 listopada 1030 r. w Wilnie. Był, jak nam mówił, „sąsiadem Matki Bożej Ostrobramskiej", gdyż przed wojną jego rodzina mieszkała w kamienicy po prawej stronie kaplicy, na jej wysokości, patrząc z zewnątrz. Jako mały chłopiec ze względu na stosunki wyznaniowe w rodzinie uczęszczał na nabożeństwa do kościoła i do cerkwi. Ostatnie przedwojenne wakacje spędzał we wsi koło Postaw, gdzie jego wujek, a zarazem chrzestny był kierownikiem szkoły powszechnej. W czasie naszej wyprawy w 2012 r. odwiedziliśmy tę miejscowość.

Gdy 1 września wybuchła wojna, wakacje te zostały automatycznie „przedłużone". Po napaści na Polskę wojsk sowieckich 17 września i wkroczeniu ich na Wileńszczyznę, okupant rozpoczął wywózki Polaków z tych terenów do łagrów w głąb Rosji. Dotyczyły one głownie inteligencji, księży oraz urzędników państwowych, a takim był wujek Tadeusza. Gdy do domu wdarli się enkawudziści zaczęli wyczytywać nazwiska osób przeznaczonych do deportacji. Na liście była cała rodzina wujostwa. Tadeusz opowiadał, że gdy jego nie wyczytali, to rozpłakał się, gdyż nie chciał zostać sam. Zapytał dramatycznie: kierującego akcją „A ja?". Wówczas Sowieci zadecydowali, że pojedzie też z rodziną wujka. Wywieźli ich w bydlęcych wagonach w głąb Rosji, do Kazachstanu. Oczywiście o kontakcie z rodzicami nie było mowy. W wyniku umowy między rządami Polski i ZSRS, oba kraje nawiązały stosunki dyplomatyczne. Na mocy układu Sikorski – Majski, zawartego 30 lipca 1941 r., Związek Sowiecki zgodził się na tworzenie u siebie Wojska Polskiego i zwolnił z łagrów wiele tysięcy Polaków. Rodzinie wujka także udało się dotrzeć do formowanej na południu kraju armii gen. Władysława Andersa. Mały Tadzio znalazł się tam również. W kwietniu 1943 r., po odkryciu przez Niemców grobów polskich oficerów w Katyniu, Sowieci zerwali stosunki dyplomatyczne z Polską, czego efektem była ewakuacja polskiej armii i wielu cywilów do Iranu i na inne terytoria brytyjskie na Bliskim Wschodzie. Wśród dzieci znalazł się też 13. letni Tadzio. W następnych miesiącach dzieci przewieziono m.in. do dalekich Indii, gdzie mogły się uczyć w polskich polowych szkołach do końca wojny. Po jej zakończeniu państwo Borysewiczowie opuścili Wilno, nie chcąc żyć w „sowieckim raju" (Litewska SRR) i zamieszkali w Pile. W międzyczasie dowiedzieli się o losach syna i przez Czerwony Krzyż zdołali sprowadzić go do Polski. Tadzio przypłynął statkiem do Gdyni w 1948 r. i wówczas po blisko dziesięciu latach rozłąki mógł się spotkać z rodzicami. Niebawem rodzina przeniosła się do Szczecina, gdzie Tadeusz ukończył technikum budowlane. Po kolejnej przeprowadzce do Bydgoszczy, Tadeusz rozpoczął studia wieczorowe w Wyższej Szkole Inżynierskiej, którą opuścił z dyplomem nr 1000, uzyskując stopień inżyniera budownictwa. Zaczął pracować w Zjednoczeniu Budownictwa Wojskowego (róg ul. Jagiellońskiej i 3 Maja), które przemianowano na Zjednoczenie Budownictwa „Pomorze". Zajmował tam różne stanowiska techniczne. Ożenił się w 1957 r. z Janiną Jankowską, również pochodzącą z Wilna. Miała ona córkę o litewskich imionach: Dangia, Niola. Jego pasierbicę w domu zwano Jolą.

Poza swą pracą zawodową Tadeusz był namiętnym kolekcjonerem. Zajmował się filatelistyką i numizmatyką. Od 1965 r. był członkiem zarządu Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego Oddział w Bydgoszczy im. Stanisława Niewiteckiego. Zbierał i wymieniał przede wszystkim rzadkie monety oraz okolicznościowe medale. W okresie od 15 sierpnia 1981 r. do 16 grudnia 1983 r. został oddelegowany do Centralnej Dyrekcji Budownictwa Hydrotechnicznego i Rurociągów Energetycznych „Energopol", a dalej do Dyrekcji Budowy Ropociągów „Połock" w Nowopołocku (ówczesna Białoruska SRR), która prowadziła prace przy budowie białoruskiego odcinka ropociągu „Przyjaźń". Znając bardzo dobrze język rosyjski Tadeusz był tam kierownikiem budowy. Polscy robotnicy, którzy tam pracowali oraz personel inżynieryjny mieli swoją główną bazę - miasteczko baraków w miejscowości Turiczyno koło Połocka. Jak nam Tadzio czasem opowiadał, w czasie pracy Polakom trafiały się różne, niekiedy groźne, a czasem śmieszne przygody i sytuacje. Trzy z nich warto przytoczyć. Otóż w okresie zimowym na przełomie 1982/83 r. trzech robotników pojechało dźwigiem z budowy do wsi, aby się trochę rozerwać. Rozweseliwszy się, co nieco, wracali późnym wieczorem. W centrum miejscowości stał, a jakże pomnik Lenina. Któryś z naszych wpadł na pomysł, aby założyć mu kufajkę, bo jest zima. Tak też zrobili – odziali w waciak „wodza rewolucji". Następnego dnia Tadeusz, jako kierownik budowy został wezwany na posterunek milicji. Ktoś, oczywiście doniósł o wydarzeniu komendantowi (przypadek na ziemi sowieckiej raczej częsty!), że Polacy zbezcześcili pomnik tak znakomitego „przywódcy". Komendant musiał to zapisać, jako „meldunek obywatelski". Winowajcy przed kierownikiem przyznali się do swego czynu. Musieli potem pojechać do wsi i zdjąć tę nieszczęsną kufajkę z pomnika. Ale meldunek na piśmie był!. Za takie „przestępstwo" winni mogli zostać odesłani do Polski. Tu pomogły dobre układy Tadeusza z komendantem. Długa rozmowa, odpowiednio wzmocniona wodą ognistą przyniosła efekt. Tadeusz namówił przedstawiciela władzy, by ten po prostu podarł donos. Tak się też stało i pomysłowi pracownicy zostali wybawieni z opresji. Innym razem tenże komendant zadzwonił do Tadeusza ogromnie stroskany faktem, że jego żona, która poprzedniego dnia odwiedziła Polaków nie wróciła do domu na noc. Ten obiecał zorientować się w sprawie. Obszedł wszystkie baraki i w jednym z nich odnalazł żonę milicjanta. Powtórzył jej treść rozmowy z mężem. Ta wystraszyła się. Tadeusz postanowił jej pomóc. Zabrał kobietę do samochodu, dowiózł do połowy drogi i poradził, by do wsi poszła pieszo, gdyż ani on, ani ona zapewne nie chcą dalszych nieprzyjemności. A swą nieobecność niech jakoś mężowi wytłumaczy… Tak się też stało. Sprawa została załatwiona skutecznie, gdyż później, jako kierownik budowy był serdecznie przez komendanta zapraszany na różne uroczystości i pogawędki służbowo – prywatne. Nic się nie wydało i wszystkie strony były zadowolone. Na tej budowie pewnego razu wydarzyła się rzecz naprawdę groźna: otóż operator koparki zostawił ten duży pojazd niezabezpieczony na noc na podmokłym terenie. Rano zaś z przerażeniem stwierdził, że … koparka znikła! Okazało się, że maszyna po prostu zapadła się w trzęsawisko. Jeszcze wystawał fragment górnej części, ale i on wkrótce zniknął. Był to poważny problem dla kierownika budowy. Ale i on został szczęśliwie rozwiązany. Pojazd został „wybrakowany" i spisany ze stanu inwentarza urządzeń technicznych. W Sowietach przy tamtejszej organizacji nie takie problemy można było pomyślnie rozwiązać. Po powrocie z zagranicy Tadeusz do swej emerytury w 1995 r. pracował w Zjednoczeniu „Pomorze" aż do jego likwidacji. Żona Janina zmarła w 1991 r.

Tadeusz w życiu prywatnym był człowiekiem otwartym, uczynnym, mającym prawie rodzinne stosunki z sąsiadami. Jednym z nich od prawie lat trzydziestu był Zbigniew Szyszka, opiekujący się mieszkaniem w czasie tak licznych wyjazdów Tadeusza za granicę. Bowiem drugą pasją po przejściu na emeryturę było poznawanie Polski i świata. Zdołał odwiedzić także kilka krajów pozaeuropejskich. Korzystał również z pobytów w sanatoriach tańszych od polskich jak Druskienniki na Litwie czy Truskawiec na Ukrainie. Wielokrotnie w ramach pasji zbierackich umawiał się z kolegami po fachu w Wilnie czy we Lwowie. Przy okazji jednego z pobytów w druskiennickim sanatorium zdarzyła się zabawna historia. Kurort ten ze względu na dość niskie ceny usług był modny wśród Izraelczyków, głównie Żydów polskich pochodzących z Kresów i świetnie mówiących w naszym języku, a zamieszkałych w Izraelu. I tak pewna kuracjuszka, właśnie stamtąd, a urodzona w Warszawie na jednej z imprez poznała Tadeusza. Jak nam potem opowiadał, była to wdowa z Tel – Avivu, dosyć majętna. Zagięła, więc na niego parol, namawiając usilnie, by, jako będący w podobnej życiowo sytuacji zdecydował się na…małżeństwo i wyjazd do Izraela. No, bo: „pan jest sam, ja także, więc w Tel – Avivie będzie nam razem dobrze". Propozycja zaskakująca, ale zakończona niczym. Turystyczno – krajoznawcze zainteresowania i działalność zetknęły Tadeusza w 2005 r. z Bractwem Inflanckim. Jako wilnianinowi bardzo odpowiadały założenia i działalność Bractwa. Po spełnieniu wszystkich warunków, został jego członkiem i przyjął przydomek Staríis, co w języku łotewskim oznacza Bocian. Od 2006 r. pełnił w Bractwie funkcję szafarza. Brał udział w prawie wszystkich wiosennych studyjnych wyprawach Bractwa na tak bliskie mu tereny szeroko rozumianych Inflant a także w innych wyjazdach na Kresy wschodnie. Uczestniczył również w organizowanych przez Stefana Pastuszewskiego naukowych wypadach poświęconych badaniu historii rzeczywistości prawosławnych starowierców oraz szukaniu i dokumentowaniu śladów tzw. „Łuku Struvego".

My wszyscy, bracia inflanccy pamiętamy Tadeusza, jako uczciwego, rzetelnego, koleżeńskiego, pełnego pasji i uroczego człowieka wykazującego wielką ciekawość ludzi i świata. W czasie zeszłorocznego naszego rejsu z Gdańska do Nynashamn w Szwecji, w nocy pokazywał nam po prawej burcie promu światła na wyspie Gotlandii, gdzie mieszkała jego „wychowanica" Jolanta Dąbrowska. Podziwialiśmy Tadeusza, jak potrafił chodzić na wyprawach własnymi ścieżkami i mając wspaniałą orientację terenową, nawet w nowych miejscach, zwiedzić i zobaczyć czasem dużo więcej nią reszta grupy. Wyjazdy inflanckie i kresowe pobudziły Tadeusza do kolekcjonowania różnych wizerunków Matki Bożej. W czasie wyjazdu w 2012 r., obejmującego także ziemie rosyjskie nabył w Moskwie do swego zbioru 254. ikonę M. B. Kazańskiej. Pamiętał je wszystkie i systematycznie, gdzie tylko było można uzupełniał swoje zbiory. Na wyjazdach fotografował wiele, a wywołane zdjęcia inwentaryzował i dokładnie opisywał. Zgromadził ponad dziesięć opasłych albumów dokumentujących wszystkie inflanckie wyprawy. Zabierał konstruktywnie głos na zebraniach Bractwa Inflanckiego. Był optymistą, pełnym energii, pomysłów i planów na przyszłość.

Niestety, na początku czerwca ubiegłego roku doznał nagle udaru, co spowodowało częściowy paraliż. Przebywał na rehabilitacji w szpitalu w Bydgoszczy, a potem w ośrodku w Świeciu. Tam też odwiedzała go córka Jolanta, kuzyn, sąsiad oraz niektórzy z braci inflanckich. Sytuacja, w jakiej się znalazł była nad wyraz trudna dla tak zawsze energicznego, pełnego energii człowieka. Zmarł spokojnie w nocy z 1 na 2 stycznia 2015 r.

Został pochowany obok swej żony na cmentarzu komunalnym przy ul. Wiślanej w Bydgoszczy. W uroczystości pogrzebowej 7 stycznia uczestniczyło także 13 braci inflanckich z naszego miasta. Nad mogiłą Tadeusza odśpiewaliśmy nasz hymn „Bogurodzicę".

Będzie nam wszystkim bardzo Ciebie brakowało. Cześć Twojej pamięci!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież