• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ryszard Kowrygo - Wyprawa na Białoruś

    Autor wyznał „(...) trzeba było mi tej wyprawy na Białoruś, aby cząstki rozbitego zwierciadła Kresów połączyły się ze sobą i pozwoliły zobaczyć to, co najważniejsze" (str. 2). Autor na kanwie tego wyznania, snuje przemyślenia poniekąd dotyczące kondycji całego Narodu i państwa polskiego zaś Kresy, posłużyły mu jako katalizator bądź egzemplifikacja tych konotacji. Więc na tych przemyśleniach, ważnych ze względu na szerokość i ważność poruszanej materii, sięganie do źródeł i antenatów polskości, chciałbym skupić rozważania na temat przytoczonej książki. Przyznam, iż jest to spojrzenie jakby z innej strony, aliści dotyczy tego samego, czyli zatroskania autora kondycją Polski i Narodu w aspekcie historycznym i przyszłościowym.

    Dokonuje ciekawej ekstrapolacji stwierdzając: „Odkąd tam Polski najwięcej jest na umierających cmentarzach, odtąd ubywa jej w pejzażu i w nas". Przyrównuje rezygnację z krzewienia polskości na Kresach, do sytuacji w Kościele Powszechnym gdy nie nawracanie ludzi na wiarę Chrystusa, to efekt utraty wiary w Boga. Stwierdza: „I dokładnie tak samo jest z polskością, kiedy w tych mieszkających dzisiaj nad Wisłą, po prostu nie ma Polski". Gorzkie ale prawdziwe w świetle kondycji duchowej Narodu.

    Autor nie jest naiwny i nie przemyśliwa o orężnej zmianie granic, gdy wieszczy do Pani S., że marzenia są bardziej niebezpieczne dla świata niż Piłsudski w Kijowie czy Żeligowski w Wilnie. Co do Kresów pisze: „Chcielibyśmy tutaj Polski, a jeszcze bardziej polskości, co za nic ma granice i kordony.(...) My bowiem chcemy „zawojować" serca ludzi i chcemy, aby one biły po polsku" (str. 5). Tylko jak to osiągnąć, gdy Kościół katolicki ostoja polskości na Kresach, jest „zwijany" gdy: „Jakżesz wierni będą bronić swego kościoła, gdy ich żołnierze - kapłani - ani o tym myślą? Kiedy jednak (...) nie wolno nawracać, to i polskości nie będzie". To konstatacja ma swe uzasadnienie z sytuacji w Powszechnym Kościele katolickim, gdy w imię ekumenizmu i poszanowania innych wyznań, rezygnuje się z nawracania innowierców czy bezbożnych na Jezusa Chrystusa.

    Autor widzi bezpośrednią zależność, ba, współzależność, między sytuacją w kraju a Kresami konkludując: „Powiem tak: jeżeli tutaj nie wrócimy i to jak pisałem - poprzez ludzi, to także tam, w III RP będziemy się kurczyć. Będzie nas ubywać, będzie ubywać Polski. Pielęgnowanie cmentarzy to za mało, a i tego pielęgnowania w rzeczywistości tyle co nic". W świetle obecnych faktów demograficznych, rzeczywiście tak jest, ubywa Polski w Polsce jak również na Kresach. Autor również zauważa, że Polacy poza krajem, są Polonią, emigrantami, ale te określenia dotyczą Polaków „za wielką wodą" a nawet za „granicą pokoju" na Odrze natomiast nie: „dotyczą polskich zesłańców gdzieś w Kraju Ussuryjskim, Kazachstanie czy w podbiegunowych okolicach Archangielska. A już zupełnie nie tak, gdy chcemy opowiadać o Polakach mieszkających w granicach obecnych państw, takich jak Ukraina, Litwa czy Białoruś" (str. 12). Podwójna miara polskości stosowana przez Macierz - jeśli tak można określić III RP - dla tych co zamieszkują w krajach dobrobytu a nie zauważanie tych, z krajów gdzie polskość (przyznanie się do niej) wiąże się z zagrożeniem, odwagą osobistą, wykluczeniem czy ostracyzmem bądź byciem obywatelem drugiej kategorii.

    Sytuacja taka była w PRL, gdy po tzw. „repatriacji" o nich zapomniano (tak jakby wszyscy Polacy wrócili do kraju z ZSRR), natomiast obecnie traktuje się ich instrumentalnie a nie jako części polskiej substancji narodowej. Autor to zauważa, bolejąc nad tym, nad dychotomicznym państwem, gdzie obecna III RP jest macochą ze stolicą w Warszawie natomiast kresowiacy kochają Polskę jako matkę a nie macochę. Zauważa krótkowzroczność polityki Warszawy w stosunku do Polaków na Białorusi, która przyczynia się do podziału Polaków w zależności od tego jak postrzegają obecne władze w Warszawie. Zresztą ta polityka jest stosowana także w stosunku do Polaków w kraju, gdzie doprowadzono do trwałych podziałów między Polakami, napuszczając jednych na drugich i skłócając ich między sobą. Taka polityka była stosowana przez zaborców, można sądzić, iż koalicja rządowa stosuje zalecenia naszych wrogów, bo chce doprowadzić do rozbicia jedności narodu polskiego.

    Wracając do książki, dwa Związki Polaków, jedni są „reżimowi" bo uznawani przez władze Białorusi, drudzy dobrzy, bo uznawani prze Warszawę i na jej liście płac. Dzielenie Polaków poprzez rozgrywanie ich, na tych co z „Warszawą" i na tych co za Polską, ale niekoniecznie z aktualnym rządem w Warszawie. Powyższe zostało potwierdzone przykładem Leonardy Rewkowskiej, zasłużonej dla krzewienia polskości na Kresach, która została wyrzucona ze Związku Polaków na Białorusi, gdy na czele ZPB stanęła Andżelika Borys, ta, która jest promowana przez władze w Warszawie, jako posłuszny pionek w rozgrywaniu Polaków. Na tych reżimowych „Łukaszenkowców", i na tych prawdziwych, posłusznych dyrektywom Warszawy (de facto Brukseli, gdzie Łukaszenko jest traktowany jako satrapa i „reżimowiec" ale Putin już nie). Mało tego, od Warszawy otrzymała zakaz wjazdu do Ojczyzny bo zagraża „obronności bezpieczeństwu Polski". W roku 2012 w Białymstoku było spotkanie promujące jej książkę „Być Polką na Kresach", na które też nie otrzymała zgody na wjazd! Są to nieznane dla Polaków w kraju fakty, które potwierdzają antynarodową politykę stosowaną przez rządzącą Polską koalicję. Prześladowani są wszyscy najaktywniejsi działacze polskości na Białorusi, przez zakaz wjazdów do Ojczyzny. Jest wielu Polaków na Białorusi o polskich korzeniach, ale przy spisach ludności podają narodowość białoruską żeby mieć spokój. Natomiast państwo polskie w ewentualnej zmianie nie chce im pomóc. Autor wylicza wielu zasłużonych działaczy polskości, którzy wzywali do jedności z ZPB a mają zakaz wjazdu do Polski I Polscy patrioci są szykanowani i upokarzani przez państwo polskie, które odmawia im prawa wjazdu do Ojczyzny! Z goryczą stwierdza i pyta: „Gnije zdrowa polska kresowa tkanka, infekowana importem demokracji, ekumenizmu, konformizmu i zwykłego tchórzostwa. Kresy nigdy nie były „na lewo". (...) Jak długo Ci ludzie wytrzymają to pasmo upokorzeń? I jak długo my tutaj, w kraju, będziemy hodować w swych kresowych organizacjach sentymentalizm i lewacką bylejakość? (...) Przecież być tam i być „tam" to kwestia wyboru i sprawa honoru. Honoru każdego z nas i dla naszej Ojczyzny przyszłość" (str. 27).

    Jest bystrym obserwatorem, potrafiącym wyciągać wnioski gdy na podstawie cmentarzy i nekropolii na Kresach (choćby z Kiecka), zauważa stan umierania polskiej obecności na Kresach. Boleśnie pisze: „Dosłowne zanurzanie się (krzaki, zarośla) w tę strefę śmierci prawdziwej i śmierci metaforycznej, ma w sobie coś z narodowego masochizmu. Ta śmierć przyciąga, nawet jakby chętniej jest fotografowana, niż życie" (str. 31). Wynarodowienie postępuje, o czym świadczą napisy na rodzinnych kwaterach, gdzie obok polskich przedwojennych i powojennych, najnowsze są pisane już po białorusku. Zauważa, że jest to wynarodowienie na własne życzenie! Ale nie tylko: „Te nagrobki wskazują też na coś jeszcze bardziej tragicznego - na fakt konwersji religijnej osoby zmarłej. Czyli najpierw ktoś zmienił kościół na cerkiew, a potem przestał mówić i myśleć po polsku. A może kolejność była odwrotna? W każdym bądź razie efekt jest ten sam: wyparcie się Boga i Ojczyzny, czyli zdrada" (str. 33). Według autora, w tym grzechu zdrady polskości my w Polsce partycypujemy „poprzez zaniechania i płytki sentymentalizm w traktowaniu Kresów. Optymistycznie stwierdza: „A wcale tak być nie musi, o czym mówi nam dosadnie historia tych ziem, historia Rzeczypospolitej Obojga Narodów" (str. 33).

    Przytacza przykład kniazia Mikołaja Glińskiego, marszałka nadwornego litewskiego, z pochodzenia Tatara, który stanął na czele pospolitego ruszenia w obronie I Rzeczypospolitej w roku 1506 przeciw najazdowi ordy krymskiej Tatarów i pod Kłeckiem ich pokonał. Autor porównuje to zwycięstwo do zwycięstwa nad Krzyżakami pod Grunwaldem. Niestety, Polska nie upamiętniła w żaden sposób tego zwycięstwa. Pod Kłeckiem, przy lokalnej drodze, jest tablica w języku białoruskim: „I nijak z niej nie wynika, że upamiętniona tu bitwa może być kojarzona z I Rzeczypospolitą" (str. 35). Dalej buduje narrację o polskości tych ziem, poprzez odwołania do exemplum losów ludzkich jak choćby Wandy i Janka z Nowogródka, miasta urodzin Mickiewicza i miasta wojewódzkiego w II Rzeczypospolitej. Ona, Wanda Boniszewska, siostra zakonna, od 1934 r. stygmatyczka, od 1950 r. (Wielkanoc) do października 1956 r. w łagrze na Uralu. Cierpiąca dla Chrystusa, konająca na krzyżu za kapłanów i zakony, wróciła do Polski po październiku 1956 r. Autor pisze,: „Siostra Wanda Boniszewska, schorowana i słaba, od 1988 roku zamieszkała w domu Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Konstancinie. Tak jak sobie życzyła - o przeszłości milczano, a ona starannie ukrywała swe stygmaty. Zmarła 2 marca 2003 r., w wieku 96 lat" (str. 75). Natomiast Janek Tabortowski, żołnierz zawodowy, 18 września 1939 r. dostaje się do niewoli niemieckiej i trafia do szpitala. W styczniu 1940 r. ucieka ze szpitala i trafia do partyzantów z AK w okolicach Bielska Podlaskiego. W czasie akcji „Burza", w okolicach Wizny, oddział majora Tabortowskiego „Bruzdy" zostaje rozbrojony przez Rosjan a Bruzda zostaje aresztowany przez NKWD. Ucieka i staje jednym z Wyklętych. W marcu 1947 r. - po ogłoszeniu amnestii - ujawnił się. Wiosną 1950 r. znów poszedł do lasu (zagrożony aresztowaniem). Zginął śmiercią żołnierza 23 sierpnia 1954 r. we wsi Przytuły w czasie ataku na posterunek milicji i kasę gminną. Do dzisiaj nie jest znane miejsce jego pochówku. Na przykładzie tych dwojga Kresowiaków, autor skonstatował: „Jakie to niesamowite, Pani S., że te losy tych dwojga z Kresów tak praktycznie definiują konstytuującą polskość triadę: „Bóg-Honor-Ojczyzna". Mam stuprocentową pewność, że bez Boga, bez miłości Ojczyzny, nie byliby w stanie wytrzymać tych prób, jakie los im zgotował" (str. 64). I ja mam też taką pewność. Dlatego obecni rządzący, za wszelką cenę, próbują zohydzić Polakom miłość Ojczyzny oraz Kościół Katolicki, aby rozerwać ową wydawałoby się odwieczną egzemplifikację polskości, realizującą się poprzez wyznanie: Bóg-Honor-Ojczyzna. Zaiste szatański plan, nie mający nic wspólnego z interesem Polski i Narodu, a służący wrogom Polski. Kończąc ten wątek, autor profetycznie zauważa: „Janek, Wanda, Nowogródek, cały ten splot wydarzeń i skojarzeń z tego wynikających, jest niczym przysłowiowa zegarowa bomba podłożona pod „pozamiatany świat" (str. 74). Czy ta bomba eksploduje? Należy wierzyć że tak, bo nie takie rzeczy się dokonywały, nawet na naszych oczach, vide, rozpad Związku Sowieckiego.

    Ponadto autor zwraca uwagę, jeszcze na jeden znaczący element przekazu społecznego, jakby nie pozwalający na postawienie na piedestał siostry Wady Boniszewskiej oraz wyklętego Janka Taborowskiego. Otóż: „Ona ze swoim przesłaniem tak nie pasującym do modernizmu współczesnego Kościoła, do jego „światowości", pewnie jeszcze długo nie będzie znana tak, jak inna kresowa zakonnica - siostra Faustyna. (...) On - wyklęty podwójnie, też nie nadaje się na ikonę, bo przecież „nasz bohater musi być kryształowy", a tutaj, tyle rys i cieni, które wróg morze wykorzystać przeciwko nam. I jeszcze ta śmierć, prawie samobójcza, a więc obciążona grzechem śmiertelnym..." (str. 74).

    Wiele wyjaśnia odwołanie się do romantyzmu Polaków, który trwa z pokolenia na pokolenie, i będzie trwać na przekór możnym tego świata, albowiem nostalgia i pragnienie za świętością i pierwiastkiem duchowym tkwi w człowieku, objawiając się sama z siebie. Pięknie to określił autor, pisząc: „Zaczynam chyba rozumieć, co powoduje, że polski łańcuch pokoleń wykuty przed wiekami z oręża naszych rycerzy i krwawo zahartowany po wielokroć na Kresach, wciąż trwa. Jeżeli nawet - jak dzisiaj - otacza nas morze ignorancji; jeżeli biało-czerwonymi wartościami poniewiera byle telewizyjna łachudra; jeżeli nawet Kościół zrejterował i boi się prozelityzmu, to okazuje się, że ta zaprogramowana na konsumpcję, karierę i użycie ludzka maszyna nagle „się zawiesza". Nostalgia niczym wirus pojawia się niewiadomo skąd i niewiadomo dlaczego" (str. 86).

    Zaniedbania państwa polskiego i Wspólnoty Polskiej, w polityce historycznej na Kresach, powoduje, że Białoruś „anektuje" znanych Polaków bądź całe rody, przedstawiając ich jako Białorusinów. Tak uczyniła z Walentym Wańkowiczem (przyjacielem Mickiewicza i twórcą jego konterfektu „Mickiewicz na skale Judahu") pisząc o nim w encyklopedii Białorusi, że pochodził „ze starodawnego białoruskiego rodu Wańkowiczów".

    Autor wierzy w powrót Polski i Polaków na Kresy. Uważa że jest możliwy pod warunkiem, że nie stracimy w sobie romantyczności. Pisze: „(...) jak daleko i jak długo przyjdzie nam iść, aby wrócić na Kresy? I jak bardzo musimy być Romantyczni, aby to się ziściło?" (str. 92). Tylko jak nie utracić tej romantyczności, gdy państwo wszystko czyni, aby „zabić" w narodzie to wszystko co nas konstytuowało przez wieki? Czy jest to możliwe w sytuacji, gdy ponad 60 % dorosłych Polaków nic nie czyta? Również ponad 34 % Polaków z wyższym wykształceniem? Szkoła kształci tak, aby nie nauczyć samodzielnego myślenia, zaś dom przestał wychowywać, nie jest już przekazicielem tradycji i imponderabiliów.

    Autor zauważa, że zmiany w Kościele Powszechnym po Soborze Watykańskim II, spowodowały, duży odpływ wiernych Polaków od Kościoła, którzy nie chcą tych zmian. Wiąże się to z utratą polskości na Kresach. Pisze: „Niestety, „duch Soboru" (Watykańskiego II, oczywiście), tak jak i przepełzł do peerelu przez „żelazną kurtynę" i skutecznie zainfekował nasz katolicyzm, tak i teraz jego toksyczni „misjonarze" zmieniają wszystko to, co z wiary ocalało po komunizmie na Wschodzie. Pamięta Pani, jak opowiadała mi w Nieświeżu pani Wala, u której mieszkałem, o zdystansowaniu się do parafii sporej grupy wiernych, którzy nie chcą zaakceptować narzuconej im przez nowego, młodego proboszcza formuły przyjmowania Komunii Św. na stojąco? A nieprzychodzenie do kościoła - o czym już chyba wcześniej pisałem - to w tamtym, utraconym przez nas świecie, nie tylko droga do utraty wiary, ale także prosta droga do utraty polskości. I kim będą wtedy nasi rodacy?" (str. 99). Przedstawia te wszystkie zmiany, bądź nowinki, „implementowane" z bezbożnego zachodu, gdzie kościoły już dawno opustoszały i zostały pozamykane bądź sprzedane na „obiekty użyteczności publicznej", na przykładzie sanktuarium Ojców Bernardynów w Budsławiu (narodowe sanktuarium Białorusi). Zauważa, że Najświętszy Sakrament nie jest tam gdzie być powinien być, a kończy na tzw. „wiecznej lampce", która powinna świecić się dzień i noc żywym ogniem a nie być lampką elektryczną, bo to jest zatracenie sacrum. Niestety, w Polsce tez zmiany nastąpiły „bezboleśnie" i sądzę, że są wstępem przed próbą „rewizji" zasad doktryny i wiary, przez tzw. „postępowców" w Kościele Powszechnym.

    Wskazuje na rzecz umykającej refleksji ogółu: „(...) że inne są nekropolie zwycięzców, a inne przegranych" (str. 120). Na podstawie zestawienia przedwojennego Pomnika Legionów - słynnej kieleckiej czwórki, odsłoniętej ponownie w 1991 r. - oraz pomnika dedykowanemu Powstańcom Warszawskim z roku 1989 r., zadaje pytanie: „Jakie przesłanie otrzymujemy z tego monumentu? To ucieczka, to kapitulacja" (str. 121). Dalej przeciwstawia cmentarz mauzoleum Orląt Lwowskich, grobom w Katyniu. Pisze: „(...) kiedyś ten - jak wielu mówi (i pewnie ma rację) - najpiękniejszy polski cmentarz na świecie był jednym z najbardziej radosnych miejsc polskiej pamięci. W słusznym patosie lwów i orłów jeszcze dzisiaj słyszymy tam pieśń zwycięstwa, a biel amfiteatru pomników dźwiga czoła do góry. Tu groby są dumne z funkcji, jaką przyszło im pełnić wobec kolejnych pokoleń (dotyczy to cmentarza Orląt, dopisek R.K.). A jak jest w Katyniu? Ciemna niekończąca się ściana nazwisk absorbuje światło z tamtej ziemi, pochłania wszystko. (...) Jak mówią: tam nie słychać też śpiewu ptaków. Co do nas mówią te katyńskie groby? Z czym stamtąd wracamy? Czy silniejsi?" (str. 122). Jest to pytanie autora do państwa polskiego, o politykę historyczną wobec następnych pokoleń. Warto zauważyć, iż zagospodarowywanie miejsc publicznych, jakimi są bez wątpienia nekropolie, upamiętniające miejsca ważne dla narodu i państwa, nie mogą być byle jakie. Pełnią one wielorakie funkcje (na co zwrócił uwagę Tomasz Antoni Żak). Oprócz oddania hołdu bohaterom, uczczeniem miejsca ich pochówku (choćby symbolicznym), to powinny zawierać jakieś przesłanie. Oczywiście, lepiej aby zaszczepiały optymizm i wolę poświęceń dla Ojczyzny, niż defetyzm i rezygnację z czegokolwiek, w imię małej stabilizacji (obecnie to się określa jako ciepłą wodą w kranie). Trudno narodowi się rozwijać, gdy rządzący tłamszą jego ducha i miast kultywowania imponderabiliów, zachęcają do prymitywnego materializmu i konsumpcjonizmu. Dla rozwoju narodu jak powietrza potrzebny jest cel i duma z własnej historii, a nie poniżanie się względem innych nacji za niepopełnione winy.

    Jak wygląda polityka państwa polskiego wobec nekropolii na Kresach, przedstawił autor na przykładzie odtworzenia zniszczonego cmentarza wojennego żołnierzy polskich z września 1920 r. w Kobryniu (groby żołnierzy z września 1939 r. zachowały się na tzw. starym cmentarzu w Kobryniu). Ksiądz Gołębiewski dokonujący rekonstrukcji cmentarza (koszt wyceniony na 10 tys. dolarów), uzyskał pomoc z polskiej organizacji Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (statutowo zajmującej się takimi sprawami), na kwotę 1740 dolarów amerykańskich. Co ciekawe, dla cmentarza, osobą opatrznościową okazał się emerytowany pułkownik lotnictwa Związku Sowieckiego, który: „(...) na telefon załatwił traktor, dźwig, materiały i wszystko co było potrzebne" (str. 124). Okazało się, że państwo białoruskie pomogło w odnalezieniu zbiorowych bezimiennych mogił żołnierzy polskich, poległych we wrześniu 1939 r. w obronie miasta Kobryń i w jego okolicach (wsie: Podziemienie i Buchowicze). Również pomogło w ekshumacji szczątków 60 żołnierzy, które spoczęły na specjalnie wydzielonym miejscu kobryńskiego starego cmentarza, w asyście żołnierzy białoruskich ! Porównuje to z sytuacją na Litwie i Ukrainie, pisząc: „Czy nie ma Pani takiego wrażenia, iż podobna sytuacja nie mogła by się dzisiaj wydarzyć na „europejskiej" Litwie, ani i na „prawie europejskiej" Ukrainie? W oba te kraje obecna polska polityka zagraniczna zainwestowała wiele - i co? A tymczasem „siermiężna", pejoratywnie Łukaszenkowska Białoruś inwestuje w pamięć o burżuazyjnej Polsce" (str. 128).

    Autor jest bardzo przenikliwy i dalekowzroczny w swoich diagnozach i woli utrzymania polskości na Kresach, pisząc: „Rezygnacja z polskości Kresów (nie terytorialnej, ale mentalnej, kulturotwórczej), to dzisiaj w dużej mierze funkcja ignorancji narodowej wysyłanych tam i stamtąd pochodzących młodych kapłanów. (...), ale ważne jest to, jak nad ich brzegami (Berezyny i Prypeci, dop. R.K.) będą myśleć ludzie, w jakim języku. Podkreślam to - nie mówić nawet, ale właśnie myśleć! Jak wiemy po doświadczeniu czasu zaborów, takie „myślenie", to przenoszenie w sobie pierwiastka decydującego o kodzie kulturowym każdego z nas, o tzw. profilu psychologicznym, może trwać nawet pokoleniami, nim ziści się tak, jak w roku 1920. Ale, by tak się stało, trzeba zrozumieć też przegraną roku 1939 i mimo to umieć czekać pozytywnie" (str. 130). Przesłanie napełniające otuchą i nadzieją, podtrzymywać polskość nawet w myśleniu w następnych pokoleniach i czekać „pozytywnie", a wszystko może się zdążyć. Tylko czy kapłani wysyłani z Polski, bądź pochodzący z tamtąd, mają tego świadomość i ducha polskości w sobie?

    Jeszcze jedna sprawa, nie związana bezpośrednio z lejtmotywem mojej analizy (którą sam sobie narzuciłem), ale nie mogę tego wątku nie zauważyć, bądź przemilczeć. Otóż, na obrzeżach Mińska doły śmierci w Kuropatach, na obrzeżach Lublina obóz w Majdanku. Na Majdanku Niemcy zamordowali prawie 80 tysięcy ludzi w Kuropatach, Sowieci nie mniej niż 250 tysięcy. Autor zauważa, że: „Na Majdanku krzyży nie ma - ani w założeniu Tolkina, ani gdzieś na terenie obozu" (str. 134). I pyta sam siebie: „Czy tylko dlatego, że to teren muzeum, w który nie można ingerować i zmieniać jego „obozowego" wyglądu, ma utrwalić wszystko „jak było"? Czy może dlatego, że krzyż nie może towarzyszyć miejscu, w którym oprócz Polaków i innych narodowości, mordowano także Żydów? (Pamięta Pani „aferę" z krzyżem na Żwirowisku obok Auschwitz - Birkenau?)" (str. 134). Porównanie z sytuacją w Kuropatach, wskazuje, że chodzi tu o trzecią możliwość, nie przewidzianą przez autora. Bo uroczysko Kuropaty, są pod względem statusu odpowiednikiem Państwowego Muzeum na Majdanku. Kuropaty od 1993 roku znajdują się w Państwowym Spisie Zabytków Historyczno - Kulturowych Republiki Białoruś. Mają status zabytku historyczno - kulturowego pierwszej kategorii, co według ustawy Republiki Białorusi „O ochronie dziedzictwa historyczno-kulturowego" odpowiada kategorii najbardziej unikatowych zabytków, których wartości duchowe, estetyczne i dokumentalne budzą zainteresowanie międzynarodowe. Fakt, pomnik na Majdanku, pełna nazwa to: Pomnik Walki i Męczeństwa Narodu Polskiego i innych Narodów, odsłonięty został w 1969 r. To był czas walki z Kościołem katolickim i religią w ogóle, więc nie mógł zawierać żadnych elementów religijnych. Aliści, od 1989 roku upłynęło wystarczająco dużo czasu, aby wkomponować w teren obozu krzyż. Nie uczyniono tego. Natomiast w Kuropatach (Białoruś, według propagandy uprawianej w III RP to państwo autorytarne), sąsiedztwo ofiar różnych religii i agnostyków, nie stanowi żadnego problemu. Krzyż prawosławny, katolicki (jak pisze autor na str. 144, krzyż łaciński) stoją obok gwiazdy Dawida. Wyraźnie zostało to wyartykułowane: „W Kuropatach obok Białorusinów i Polaków, mordowano również Żydów, co poświadcza dzisiaj m.in. stojąca tam adekwatna tablica z gwiazdą Dawida, a mimo to krzyże tutaj „rosną" wszędzie" (str. 135).

    Autor dostrzega współzależność między sytuacją w Polsce i na Kresach, stwierdzając: „Czy nie ma Pani wrażenia, że „oni" znów do nas wrócili? Że jedną z ich wizytówek jest tzw. Karta Polaka, która przyznawana „po uważaniu", a nie wedle krwi rodzinnej, skuteczne odpycha od nas Kresy? Że adekwatny certyfikat „dobrego Polaka" definiowany od paru lat przez zaprzyjaźnione z rządzącymi media, równie skutecznie podzielił nasz kraj, także w zakresie oceny naszej przeszłości i sensu polskiej walki o niepodległość i przedrozbiorowe granice?" (str. 151). Zauważa również anachronizm współczesnej polityki państwa, gdzie: „(...), powstaje wrażenie, że obywatele polscy niebędący etnicznymi Polakami po prostu się nie liczą. Utrwalił się też stereotyp, że Polacy to tylko katolicy. W demokracjach zachodnich mówi się o narodzie politycznym, akcentuje się lojalność wobec prawa i instytucji politycznych, a nie pochodzenie etniczne czy wyznaniowe" (str. 152). Ponadto dokonuje asocjacji polityki prowadzonej przez państwa, powstałe po rozpadzie Związku Sowieckiego na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej. Jest to polityka wroga Polsce i Polakom, wynikająca z kompleksu winy z lat 40-tych XX wieku. Pisze: „Tak i ja oceniam ukraiński pro banderowski nacjonalizm i litewski szowinizm. Polskiej krzywdy i krwi na rękach nie mają natomiast Białorusini. Nic więc dziwnego, że pomimo oficjalnej antybiałoruskiej polityki Warszawy, Białoruś wciąż jest najbardziej przyjaznym Polakom sąsiadem" (str. 153).

    Zauważam pewien dysonans w twierdzeniu autora, ze strony 152, że Polacy to nie tylko katolicy, a tym co pisze na stronie 158: „O dworze, jako miejscu kreowania i obrony wiary katolickiej, która Ojczyznę konstytuowała nawet w największych tarapatach". Wprawdzie Polacy to nie tylko katolicy, ale prymarny wpływ na ciągłość wspólnoty narodu polskiego, wywarła wiara katolicka. Dokonuje przypomnienia „dekalogu" patriotycznego, dziesięciu „Przykazań domowych" Marii Radziwiczówny, które pisarka umieściła w swoim domu - dworu w Hruszowej koło Kobrynia. Wskazał, że: „Dobry mamy dzisiaj czas na zdrajców polskiego domu" (str. 167). Zaś intelektualną formację zawdzięczają m.in. polskiemu nobliście, który w książce „Rok myśliwego" stwierdził: „Polska mnie przeraża". Jednego Polska przerażała, dla drugiego jest „nienormalnością".

    Na przykładzie zamku Radziwiłłów w Nieświeżu, odbudowanym w roku 2012 po pożarze w roku 2002, autor mimochodem potwierdza „cichą" przyjaźń (może bardziej neutralność) Białorusi względem Polski. Pisze: „Oto przed nami największa (zespół pałacowo - parkowy zajmuje około 100 ha powierzchni!), najdroższa (55 milionów dolarów!) oraz najbardziej spektakularna w XXI wieku rekonstrukcja - odbudowa polskiego zabytku na całym świecie (wliczając w to także prace konserwatorskie i renowacyjne na terenie III RP). (...) zadbano tutaj z niebywałą pieczołowitością o wszelkie szczegóły, które odtwarzają stan zamku sprzed II wojny światowej; stan, który jednoznacznie eksponuje historyczną polskość tego obiektu.(...) Zaskoczenie? Tak Pani S., to wszystko na pewno nie pasuje do obowiązującej „w temacie" Białorusi narracji, którą wdrukowuje się u nas obecnie Polakom do głów" (str. 178-179). Tą sympatię do Polski i Polaków, może potwierdzić zorganizowany dla przybyłej grupy koncert na zamku. Koncert muzyki operowej i operetkowej, który wywołał dwojakie uczucia u autora. Który napisał: „Zwykło się w takich sytuacjach mówić o „uczcie duchowej", a mnie po prostu było wstyd. Tak, Pani S., wstyd - wstyd za polską kulturę, która zeszła do poziomu grilla i pieśni biesiadnej" (str. 182). Trudno się z tym nie zgodzić, państwo polskie prowadzi zorganizowaną akcję ogłupiania narodu, również przez propagowanie i upowszechnianie potrzeb duchowych, nie wykraczających poza poziom grilla i pieśni biesiadnej. Jeszcze druga sprawa z tym związana. Polska nie dba o swoją spuściznę kompozytorską. Michał Radziwiłł, kompozytor epoki klasycyzmu, był autorem libretta opery - wodewilu „Agatka, czyli przyjazd pana". Premiera „Agatki..." miała miejsce w 1784 r. na nieświeżkim zamku. Autor napisał: „Opera odwołuje się do polskiej tradycji narodowej - tak przez samą muzykę, zawierającą odniesienia do ludowych tańców i pieśni, jak i przez swą treść.(...) W tym wszystkim rzeczą po prostu smutną jest to, że to nie my, ale Białorusinie uważają dzisiaj to dzieło za swoją operę narodową" (str. 184). Należy zauważyć, iż w Polsce sztuka w ogóle nieznana, poza efemerydą, jednorazową prezentacją w roku 2003 na Zamku Królewskim w Warszawie. Ponadto jako przedstawienie dyplomowe Wydziału Wokalnego Wrocławskiej Akademii Muzycznej z roku 2012 r. Rzeczywiście smutna sprawa, państwo polskie nie dba o swoją spuściznę, pozwalając aby ją jako „swoją", zawłaszczały sąsiednie państwa. Ale nie powinno to dziwić, w sytuacji, gdy państwo polskie propaguje „sztukę", cokolwiek odbiegającej od sztuki wysokiej. Na Białorusi jest odwrotnie, co odzwierciedla przytoczona przez autora wypowiedź białoruskiego wiceministra Kultury, który mówił: „Głównym zadaniem Nieświeża będzie (...) i danie tutejszym mieszkańcom możliwości zetknięcia się z wysoką sztuką" (str. 186). Powyższą konstatację braku zainteresowaniu dziedzictwem kulturalnym narodu polskiego, wykazał autor jeszcze jednym przykładem odnalezienia jednej z oper autorstwa Jana Dawida Holanda. Był on kapelmistrzem zamkowym Radziwiłłów, a ta opera ma tytuł „Cudze bogactwo nikomu nie służy". Opera odnaleziona przez białoruską muzykolog, następnie przetłumaczona na język białoruski i grana w Nieświeżu. Z powyższego też wynika, że o polską przeszłość bardziej dba i ją docenia, obce państwo - Białoruś - niż Polska. Aby zamknąć ten temat, przytoczę wypowiedź autora: „Przeraża mnie to, jak łatwo rezygnujemy z tego dziedzictwa; jak łatwo oddajemy nie tylko nasze Kresy. (...) Tamten świat nie tyle odszedł, co go zamordowano. Nie tyle fizycznie, co duchowo. I tutaj dysonans, tzw. poznawczy, gdy odpowiemy na pytanie: Kto tak naprawdę docenia polską przeszłość? (str. 191).

    O zmiennych losach Kresów, przesuwaniu się na zachód granicy Rzeczypospolitej, mówi pisarz na wspak, od zachodu na wschód, takie przywracanie pamięci a rebours: „Most na Bugu w Terespolu. Cały jestem przyklejony do szyb autobusu: patrzę-granica. Co to jest za granica? Czegóż to granica? Czy naszej wiedzy, czy może tej wierności, o której mistrz Łysiak pisze? A most na Zbruczu pod Satanowem? Byłem tam kiedyś. Znów granica i cofamy się w czasie o 20 przedwojennych lat. Ten sam problem. A teraz most na Berezynie i wiorsty godzinami wiodą nas aż po Dniepr. Cofamy się znów w czasie, zaledwie ćwierć tysiąclecia. Jesteśmy na Kresach. (kończąc ten fragment, autor przytacza „łapiące" za trzewia, kilka wersów z pieśni W. Pola, dop. R.K.) A czy znasz ty, bracie młody, Te pokrewne twoje rody? Tych Górali i Litwinów I Żmudź świętą, i Rusinów? To parę wersów z wydanej w 1843 r. „Pieśni o ziemi naszej" Wincentego Pola" (str. 197).

    Niech za puentę, tej niezwykłej i pouczającej książki, przybliżającej utraconą ojcowiznę przodków, a zarazem przestrzegającej przed jej zapomnieniem, niebezpiecznym dla trwania wspólnoty, jaką jest naród polski, posłuży wyznanie autora, pisarza - reżysera teatralnego w jednej osobie: „W każdym zakątku naszej Ojczyzny jest wielu wspaniałych ludzi, których spotykam na swojej drodze. I wie Pani: najczęściej są to osoby z korzeniami kresowymi. Zaczynam mieć takie przeświadczenie, że wśród nich należy szukać prawdziwej polskiej elity, której misją jest bycie depozytariuszem polskości. A polskość bez Kresów już polskością nie jest" (str. 211).

    Książka dla mnie bardzo ważna, ze względu na przybliżenie Kresów tak od „serca", w sposób bardzo osobisty i „czuły" zapadający w pamięć na zawsze. Z drugiej strony, odzwierciedlająca głęboką znajomość tematu oraz przemyślenia zaradcze, jak nie utracić tej przeszłości. Te przemyślenia są najwyższej próby, autor w moim odczuciu, jest praktykiem i teoretykiem w jednej osobie, więc jego przemyślenia powinny być przedmiotem refleksji. W pierwszej kolejności, tych, którzy żądzą tym krajem oraz sprawują stery polityki wschodniej. Z drugiej strony, Episkopatu Polski, który prowadzi ewangelizację Kresów. A po trzecie, powinna trafić pod strzechy polskich domów, a nie być książką „schowaną pod korcem", bo niestety tak faktycznie jest. Książka nie przypadkiem została zauważona przez klerków - specjalistów, otrzymując wyróżnienie Kapituły Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza w roku 2014.


    Tomasz Antoni Żak, Dom za żelazną kurtyną. Listy do Pani S., Tarnów 2013.