Karol Pastuszewski - Wielcy Polacy z Kresów (1)

Gdy po pięciu latach padł wreszcie ten wyjątkowy rozkaz: uderzamy, rozpoczęła się największa w dziejach nowożytnych operacja wojenna - inwazja morska na kontynent europejski, z zadaniem sforsowania Wału Atlantyckiego, to pierwszy etap, a drugi włamanie się do znakomicie ufortyfikowanej i bronionej przez Niemców „Twierdzy Europa”.  Na czele wielkiej armady pięciu tysięcy okrętów stanął, wyznaczony przez dowództwo naczelne, polski okręt wojenny „ŚLĄZAK”. To było więcej niż nic nie znaczący gest generałów. Zapamiętano, że w dniu 1 września 1939 roku Polska, społeczeństwo polskie stanęło samotnie do walki w obronie tych wielkich wspólnych wartości, którymi szczyci się cywilizowany świat, a które Hitler postanowił podeptać realizując swoje zbrodnicze plany.

Zapamiętano, że wolne narody coś Polsce zawdzięczają, że mają wobec niej jakiś dług, który trzeba spłacić jeśli nie w całości, to przynajmniej w pewnej części, choćby symbolicznej. Uznano, że teraz 6 czerwca 1944 roku należy się Polakom, a nie Brytyjczykom, nie Francuzom, nie Norwegom, nie Amerykanom zaszczyt poprowadzenia do szturmu ogromnych sił inwazyjnych, potężnych pancerników, nowoczesnych krążowników właśnie za postawę, za nieprzerwaną walkę od tamtej pierwszej wojennej jesieni.

Co mają z tym wspólnego doskonałe dwa tomy pani profesor Janiny Marciak-Kozłowskiej przypominające wybitnych Polaków z Kresów i Galicji? A jednak zależność jest bardzo ścisła. Ci twórcy z Wielkiego Księstwa, Ukrainy, Galicji starali się, oczywiście nie tylko oni, aby ten naród, który stracił niepodległość na pięć pokoleń, nie stracił patriotyzmu, nie stracił wiary w odzyskanie niepodległości, nie stracił tożsamości narodowej, nie przyjmował z rezygnacją cudzej, wrogiej zwierzchności. O tym wielkim trudzie edukacyjnym i kulturowym zamkniętym okresem ostatnich 150 lat pisze kilkudziesięciu autorów, bo tego czego oni dokonali nie da się przekazać na jednym zebraniu, na krótkiej wojskowej czy harcerskiej odprawie. To się kształtuje w społeczeństwie przez lata, to się dziedziczy w rodzinie przez pokolenia, czerpie z obserwowanych wzorów, uczy w dobrej szkole, czyta w wartościowej książce.

Przez całe dziesięciolecia po epoce napoleońskiej sprawy polskiej nie było wśród spraw rozwiązywanych w Europie. Pojawiała się incydentalnie na krótko z okazji powstań. Nie było nie tylko dlatego, że ten kraj zniknął z politycznej mapy Kontynentu. Nie było także dlatego, że zdecydowano, iż ziemie i społeczeństwo dawnej Rzeczpospolitej rozdzielone między Rosję, Prusy i Austrię staną się ich integralną, zrośniętą częścią. 

Po ponad wiekowej niewoli nie bardzo chciano wierzyć w gabinetach dyplomatycznych, żeby to dawne państwo mogło z powrotem powstać do życia. Przez ten długi czas tyle się zmieniło w Europie gospodarczo, społecznie, politycznie. Dokonała się głęboka rewolucja przemysłowa. Powstała nowa liczna klasa - robotnicy przemysłowi, zrodziła się ideologia socjalistyczna głosząca, iż proletariusze nie mają ojczyzny, a najważniejszą sprawą jest walka klasowa, a nie walka o wyzwolenie narodowe. Światowa rewolucja miała tego dowieść. I jakby na potwierdzenie tej tezy wybuchły rewolucje proletariackie w Rosji, w Niemczech, na Węgrzech. Tymczasem w Polsce, gdy wojna miała się ku końcowi przebieg wydarzeń był zupełnie inny. Tęsknota za własnym państwem, poczucie wspólnoty narodowej, ucisk i prześladowania ze strony zaborców wywoływały gniew i sprzeciw kierowany przeciw wrogiej machinie państwowej, a nie przeciw systemowi kapitalistycznemu. Było to dla wszystkich zagranicznych obserwatorów zaskoczeniem. Przy czym nie mniejszym zaskoczeniem, stała się szybkość z jaką nastąpiło zrastanie się w jeden organizm państwowy ziem z trzech zaborów. Zrastanie bez kłótni dzielnicowych, separatyzmów czy obstrukcji. Co najwyżej żartowano wzajemnie ze śmiesznostek wnoszonych do wspólnego państwa. Niewątpliwie integrująco zadziałała wspólna walka przeciw najazdowi bolszewickiemu.

Różne były formy działania wielkich Polaków z Kresów cel nadrzędny ten sam - odzyskać niepodległe państwo. Jezuita ks. Marcin Poczobut–Odlanicki, rektor Uniwersytetu Wileńskiego, astronom, położył wielkie zasługi na przełomie XVIII i XIX wieku jako organizator oświaty w 6 podległych Uniwersytetowi guberniach Wielkiego Księstwa. Tacy ludzie jak on, jak pedagodzy z liceum w Krzemieńcu, przygotowali elitę intelektualną na czas niewoli zdolną przenieść etos patriotyzmu i wolności przez te straszne lata. Ignacy Paderewski potrafił przekonać prezydenta Stanów Zjednoczonych, by niepodległość Polski wpisać jako 13 punkt celów wojny. Roman Dmowski na forum dyplomatycznym walczył o wolną Polskę w Wersalu. Z bronią w ręku przeciwstawiali się zaborcom i okupantom Emilia Plater, rotmistrz Pilecki, gen. Maczek, a przede wszystkim Józef Piłsudski i gen. Władysław Sikorski. Wincenty Witos wziął na siebie odpowiedzialność za kierowanie rządem w najtrudniejszym momencie, walki o istnienie państwa w 1920 roku. Metropolita krakowski kardynał Wojtyła umacniał w społeczeństwie świadomość przysługiwania każdemu praw obywatelskich i doniosłość wartości chrześcijańskich. Dobrym przykładem postawy heroicznej, tym razem zwycięskiej jest kardynał Świątek, który jako młody kapłan więziony od 1941 roku przez władzę radziecką, skazany na karę śmierci, a w 1944 zesłany do łagru z karą 10 lat pobytu wrócił do Pińska w 1954 roku po śmierci Stalina. Przez te wszystkie lata udręki nie dał się złamać, nie wyrzekł się kapłaństwa. Po powrocie objął parafię w Pińsku. Rozwinął intensywną działalność duszpasterską na ile to było możliwe w systemie komunistycznym. Później został biskupem, arcybiskupem utworzonej przez papieża diecezji mińsko-mohylewskiej i wreszcie kardynałem, co było wyrazem wielkiego uznania ze strony Stolicy Apostolskiej dla jego pracy nad odbudową całego Kościoła katolickiego na Białorusi, a zarazem wielkim honorem dla tego kraju. Z Polską miał stały kontakt. 

Historia nasza ostatnich 150-200 lat dowiodła, że dużo łatwiej jest utrzymać niepodległość mając odpowiedzialne kierownictwo państwa - niż później  odzyskiwać ją przy największej ofiarności narodu, bohaterstwie żołnierzy, wysiłkach dyplomatów. Nasz kraj leży między Rosją a Niemcami i w dzisiejszej dobie nie jest w stanie wywalczyć niepodległości bez sprzyjającej koniunktury politycznej, a ta nadeszła po raz pierwszy dopiero w1914 roku po stu latach niewoli, a po raz drugi otrzymaliśmy szansę w 1989 i wspaniale ją wykorzystaliśmy, dokonując przewrotu bez rozlewu krwi, bez niszczenia gospodarki, palenia wsi, burzenia miast.

Potwierdziła się też stara prawda, że wojna, każda, nie tylko napastnicza, wyzwoleńcza także, nie może obejść się bez oparcia o silną gospodarkę i bez dużych pieniędzy. Liczenie tylko na entuzjazm, ofiarność, słuszność sprawy przeważnie kończy się klęską, zwłaszcza jeśli do tego trawa w danej chwili dekoniunktura polityczna. Generał Madaliński na samym początku powstania kościuszkowskiego raportował, że nie jest w stanie walczyć, bo nie ma siana dla koni! To obraz sytuacji w jakiej chcieliśmy zwyciężać dwie największe potęgi militarne na kontynencie!

Wszystkie powstania, mało tego, że kończyły się klęska, to jeszcze prowadziły do ruiny gospodarczej kraju. Każdorazowo po upadku następowały konfiskaty majątków, ostre represje gospodarcze, społeczne i polityczne, surowy zakaz jakiegokolwiek zrzeszania się, co uniemożliwiało podejmowanie inicjatyw gospodarczych czy rozbudowę infrastruktury. Na Wileńszczyźnie przez sto lat jedyną organizacją, dopuszczoną do istnienia było Towarzystwo Wyścigów Konnych. I druga konsekwencja powstań, o której nie zawsze się pamięta, choć jest bardzo ważna. Następowało fizyczne wyniszczanie polskości na Kresach. Wzrastało natężenie procesów rusyfikacyjnych, obowiązywał zakaz używania języka polskiego nie tylko w szkole, ale i w życiu publicznym, zakaz drukowania polskich gazet, polskich książek. To samo dotyczyło języka litewskiego, białoruskiego i ukraińskiego. Nie uprawniony jest sąd wyrażony łatwo przez Barbarę Wachowicz, że w Warszawie przed powstaniem styczniowym panoszył się margrabia Wielopolski. Bardzo niemądre stwierdzenie. W rzeczywistości starał się zrobić ile się tylko da dla kraju pod absolutyzmem carskim, słusznie oceniając, po doświadczeniach powstania listopadowego, w którym osobiście uczestniczył, że zbrojnie krajowi można tylko zaszkodzić, niczego się u zaborcy nie wywalczy. Dobrze, że prof. Marciak-Kozłowska obok jej szkicu zamieściła inny doskonały szkic siostry Teresy Frącek RM o arcybiskupie Felińskim, którego też można określać mianem „wielkoruskiego”, bo też walczył pokojowo z rusyfikacją i był zdecydowanym przeciwnikiem powstania. Jak się okazało na czele stał, przez pierwsze trzy miesiące, 23-letni młodzieniec tak niedojrzały i tak nieodpowiedzialny, że mimo iż kierował wielką sprawą narodową, swój konflikt, czy swoją krzywdę osobistą  postanowił rozstrzygnąć w pojedynku, w którym został zabity.