Stanisław Stanik - Samoświadomość jako akt

Powiedzenie Sokratesa „wiem, że nic nie wiem” wyraża ogromną mądrość przejścia z jej pewności w świadomość jej braku. Zawiera pozorny paradoks uczynienia z niedostatku pełnię przeświadczenia o nim. Kończy się jeden etap dziania się i za pomocą impulsu antytezy, krystalizuje się synteza, która jest podstawą nowej operacji myślowej. Poziom świadomości podnosi się, narasta a w efekcie rodzi się kwintesencja, że tak naprawdę nic nie można wiedzieć.

Z trzech wyróżnionych przez Freuda stanów poznania – podświadomości, świadomości i nadświadomości, za pomocą aktu twórczego umysł wzbija się przez zaprzeczenie tezy na poziom ogólnej konstatacji syntezy, oceny, gnomy, wyrażenia nowego świata, który znów może wybuchnąć, jako podest dla wyższego poziomu ducha, bioenergii. Świadomość tego, że „nic się nie wie”, jest jednak zaprzeczeniem sensu układu metodycznego, ontologicznego, celowego. Mniejszą mądrością jest „nie wiedzieć”, że „nic się nie wie”. Wówczas jeszcze samoświadomość jest potrzebna, zbawcza, nie zaś nie „wiedzieć” wszystko nawet o niej samej i ponad nią, skoro wiadomo, że nie ma czegoś.

Najwyższym stadium samowiedzy organizmów jest samoświadomość, która przypomina jakby – z przymrużeniem oka – staszicowskie samorództwo. Zaistnienie jej w idealnej próżni jest nie do pomyślenia. Ale w kategoriach dostępnych ludziom, znanych im, próżnia to już forma istnienia, wystarczy nawet, że jest formą. Człowiek umie posługiwać się tylko pewnymi wartościami, gra co dzień wartościami pozytywnymi. Wyobraża sobie zero, nic, ale poniżej zera pojmuje też wartości ujemne, jak w matematyce na osi wartości od minus nieskończoności do plus nieskończoności, z pośrodku stojącym „zerem”. W fizyce mamy do czynienia z materią i antymaterią.

Przyroda nieożywiona, rzeczy martwe, nie mają samowiedzy, ale podświadomość mają; podświadomość, która może organizować w zespoły, układy związki organizmy ze świadomością i nadświadomością, które to podlegają we wszystkim. Samoświadomości Rzeczy martwe, powietrze, gazy, pierwiastki, minerały tylko są poddane działaniu, ale i same oddziałują. Przykładem jest magnes, który przyciąga bądź odpycha opiłki. W potocznych podaniach ludowych wierzy się nawet, że i kamienie rosną. Ale jeśli nawet tak nie jest to mają parcie, wektory ruchu. To jest kształt – ten pierwotny rodzaj świadomości-podświadomości.

Życie organiczne dała woda, związek pierwiastków wodoru i tlenu. Życie organiczne ma już pełną świadomość. Badano przed laty zachowanie się wody w szklance, do której wkraplano odczynnik, zabarwiający ją na niebiesko. Próby wykonywano co pewien czas, systematycznie; za każdym razem otrzymując niebieski kolor. Gdy po raz n-ty zamiast odczynnika podano samą wodę, woda w szklance również zabarwiła się. To rezultat świadomości cieszy, pamięci. Oszukana co do istoty, do przyczyny, zareagowała, dając tę samą, co i z impulsem – reakcję.

Zwierzęta mają świadomość ograniczoną, ale  niewątpliwie mają, bo potrafią nawet porozumiewać się, jak szczególnie pszczoły, delfiny, psy. Co do  psów, podobno rozumieją człowieka i ruchami oraz szczekaniem przekazują człowiekowi informację. Człowiek też przemawia do zwierząt (np. zaklinacz wężów).

A czy świat roślinny posiada świadomość? Jako istnienie organiczne musi umieć. Przekazuje swoje informacje innym okazom, żyjąc z nimi w symbiozie, zagłuszając, bądź użyźniają glebę, że czasem – na odwrót – niszczą ją.

Człowiek wyposażony jest już w trzy stany, trzy stopnie samowiedzy – podświadomość, świadomość i nadświadomość. Pierwszy toczy się na etapie biologicznym, pierwiastkowym i jest obecny nawet przy pełnym niedorozwoju mózgu, drugi pozwala być, komunikować się, przyjmować i wysyłać sygnały, trzeci – potrafi naczelnie scalać sens, nadawać gestom, myślom, doświadczeniu znaczenie. Ale już najwyższą formą ducha świata jest czyste zaistnienie samoświadomości, odczuwanie się bytu w bycie, samopoznanie znanego i nieznanego. Człowiek posiada samowiedzę. Odczuwa i ma tego pewność tylko w wymiarze uwagi i postrzegania, funkcjonowania jakiegoś fragmentu organizmu, swoich zalet czy wad, które przebijają z jakichś przypadków doświadczenia, ma ogląd siebie „z góry”, z perspektywy, z predyspozycji, ale są to wszystko strzępy samoświadomości całkowitej, idealnej.

Czy można sobie wyobrazić samoświadomość pełną, złączoną wewnętrznie, introwertycznie, z rzeczywistością o różnym nasyceniu świadomości w całym wyższym świecie? Oczywiście, że można. Ta najdoskonalsza samoświadomość mogłaby ingerować w świat, nawet nim kierować, i ten świat zamknięty w skali od nieświadomości (zera) do świadomości absolutnej, boskiej, kierujący się autonomicznymi prawami połączeń (astronomicznych, teleologicznych, cywilizacyjnych) odpowiadałaby światu rozumianemu zgodnie z teorią panteistyczną.

A czy, odrzuciwszy hipotezy czy możliwość urządzenia panteistycznego świata, byłoby miejsce dla Boga osobowego? Niewiele myśląc, można powiedzieć, że tak. Bóg w troistości osób byłby człowiekiem, albo raczej Bogiem w postaci zjednoczonej człowieka, będącego czystą formą samoświadomości. Samoświadomość to doskonałość wiedzy, doświadczenia, mądrości, słuszności, decyzji, celowości – mówiąc w kategoriach ludzkich. Jako taka może rządzić światem – przez atrybuty świadomości – oddziaływania niejako kreatywnego, twórczego; tego działania, jakie w części posiada człowiek, najbardziej artysta. Artysta tworzy, przetwarza i prowadzi do morału. Co byłoby siłą sprawczą, inicjującą, zapładniającą czystą samoświadomość? Jakieś sprawcze słowo, które może być energią, światłem i impulsem. Trzeba byłoby zadziałać, aby stworzyć świat, powołać go, obudzić, rozprzestrzenić. Jeżeli nawet przyjąć, że Bóg powołał świat przez „wielki wybuch”, „big-bang”, to musiało coś nadać mu „początek”, początek nieskończenia. Przecież bomba przez człowieka zbudowana, nawet atomowa, ma zapalnik, do jej uruchomienia, do zadziałania.

Wielki wybuch, stworzenie czy może zapłodnienie? Ta ostatnia możliwość nie zaprzecza poprzednim. Stanisław Nyczaj napisał wiersz, jak mężczyzna zapładnia kobietę, tak się na pozór wydaje, a na koniec okazuje się, że zapłodnieniem jest tworzenie wiersza. Zatem świat mógłby powstać też z zapłodnienia. Ale jest i taka ewentualność, że świat jest kreacją. Jest snuciem się onirycznym, sennym, czy nawet wyobraźniowym – i wszystko to jest fikcją, z podziałem na rzeczy, związki, role – jak w wierszu czy w ogóle w utworze artystycznym. Organizacja świadomości, najwyższy stopień nadświadomości, czyli samoświadomość, to Pantokrator tego świata, to Alfa i Omega jego.

Jeśli był początek, to cóż było przed początkiem? Czy w ogóle jest to sensowne pytanie, choć przed godziną „O” mogą być godziny na „minus”. A jeżeli przed początkiem był Bóg jako Osoba Nieskończona, to jak stworzył świat, powiedzmy za Biblią – ze słowa? Przez kreację, czyli dzięki olśnieniu, przez detonację czy reakcję? Ciekawe to pytania, bo odpowiedzi na nie pozwoliłyby powiedzieć, jaki jest. Czy my jesteśmy, dokądkolwiek zmierzamy, jaką za to ponosimy odpowiedzialność?

Samoświadomość jako bóstwo nie przeczy twierdzeniom, że człowiek powstał „na obraz i podobieństwo Boga” i ma coś z Niego. Tak jest tylko z samoświadomością, wywyższa się człowiek ponad otoczenie, chemię, zoologię i botanikę. I dlatego ma prawo – boskie nie naturalne – podporządkowywać sobie ziemię, cywilizować, zabijać i przebudowywać ją. I on tylko może wejść do królestwa niebieskiego, choćby jakieś damy nie wiedzieć jak kochające zwierzątka domowe urządzały pogrzeby zwierzętom i budowały groby. Taka jest konsekwencja pochwycenia cząstki samoświadomości doskonałej przez człowieka.

Rozwój, celowość zmierzałaby zatem do samoświadomości. Niebo organizowałoby najwyższą samoświadomość, bo doskonałą, a prawo do niej, zew, słałby Bóg. Aż trudno uwierzyć, że jest to Bóg-Człowiek, w Trójcy Jedyny, ale według wizji Emanuela Swedenbora jest i taka możliwość (na gruncie filozofii), że każda część organizmu, ciała boskiego odpowiedzialna jest za dowodzenie podległą częścią rzeczywistości, oczywiście przez oddziaływanie emanacyjne, siłę życia. A dlaczego wszystko zmierza do samoświadomości? Przemawia za tym hierarchiczność świata. Od zimnego kamienia, przez paproć i zebrę najwyższe stadium świadomości osiąga człowiek, dzięki rozumowi a więc ośrodka, gniazda świadomości, która zdolna jest do abstrahowania otoczenia, pojęć i osiągnięcia samoświadomości.

Możliwość, że światem kieruje jego samoświadomość, jest mało prawdopodobna. Bezpodstawne wówczas i niewytłumaczalne byłyby katastrofy, klęski, kataklizmy, na miarę galaktyk. Również człowiek, opuszczony i samotny, niebezpodstawnie mógłby wierzyć w „śmierć Boga”. Coś dałoby się powiedzieć o przekonaniu Szymborskiej, że „zrodziliśmy się bez rutyny i pomrzemy bez przyczyny”. Świat samoświadomy powinien być celowościowy i teleologiczny, zmierzać ku wewnętrznemu ładowi, posiadać powszechne wartości, mieć pośrodkowy sens.

Świadomości samoświadomości, poza człowiekiem, próbuje odnaleźć się w różnych bytach, przeważnie duchowych. Najpowszechniej uważa się, że ma ją Bóg, a człowiek dopiero za Nim, po śmierci, na Jego obraz i podobieństwo. Ale od początku cywilizacji, w różnym nasileniu mówi się o samotności człowieka, jego opuszczeniu, o osobności wśród innych bytów. Egzystencjalizm uczynił z tego religię (człowiek trzciną myślącą), ale i cała filozofia przesiąknięta jest poszukiwaniem tego, co „jest, którym jest”.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież