Krzysztof Chronowski - Let's do this!

Samodyscyplina – oto mi wielkie słowo! Inne robią już mniejsze wrażenie. W pewnym wieku ze wzwodu i dobrego pomysłu należy skorzystać w momencie, gdy się tylko pojawi; ani sekundy później, bo może być po zabawie. I hajda, dalej go ucieleśniać, zanim najlepsze stracimy z oczu. Czy można wycisnąć więcej niż udało się innym? Przydajmy mu trzydniowy zarost, wyciągnijmy nogi przed siebie, zapalmy papierosa i zalejmy kawę. Teraz mrok staje się mniej mroczny? Skoro można wszystko, no to lu! Frenetycznie, feerycznie, ontycznie, jambicznie nawet; w górę, w dół, wspak, jak kto woli. Ja zawsze wolę w górę. Więźba dachowa rozgrzewa się do czerwoności, a zadymione powietrze można ciąć nożem.

Kilka głębszych, broń boże oddechów – dla kurażu, spokojnie, jak na razie panujemy nad wszystkim. Nie ma właściwych miejsc dla takich rzeczy. Czy jest dla nich właściwy czas? Powoli, zaraz wszystkiego się dowiemy. Postać jak to postać, może wymknąć się chyłkiem i tyle ją będziemy widzieć, trzeba więc mieć cugle na podorędziu. Przyjmijmy indeterminizm tytularny (tj. że tytuł nie do końca koresponduje, czy ja mogę liczyć na zrozumienie?) proszę zachować ciszę, tu się bije pianę! Szarość to podnosi się, to opada, dzień już się tłucze do okien, złośliwie chce nastawać. Może kapkę calvadosu do kawy? Kaczkowaty chód zawsze w cenie, jakże indywidualny, jakże zwracający na siebie uwagę. Oferta ważna do wyczerpania zapasów. Arogancja i apodyktyczność, po co daleko szukać – zacznijmy z początku alfabetu, dalej jakoś pójdzie. B jak buta, C jak cymbał, proszę teraz samogłoskę!, a może i nawet uda się odsłonić wszystkie litery? Kwaśny uśmiech, igła, nić chirurgiczna, wszystko w pamięci i pieczołowicie łączymy głównego bohatera z maską, a tę by czegoś nie zepsuć – ostrożność nie zawadzi - nanosimy na twarz. Fastrygujemy - łatwe i proste hafty krzyżykowe - trochę z sąsiada, trochę ze stolarza, o kronikę policyjną też nie sposób nie zahaczyć. Tam to są dopiero ciekawi ludzie. Taaaa. Widziałem takiego jednego szpynia, ostrzyżonego na zapałkę bandziora wczesnych lat dziewięćdziesiątych, będzie pasował jak ulał. Leciutko go tylko uwspółcześnimy, odpowiednio zadaniujemy, umysłowość, pal sześć, pozostawiam bez zmian. Nie musi być lubiany, nie musi być w ogóle jakiś – musi po prostu być. Tego od nas oczekują mój skarbie. Nie zaprzątam sobie teraz głowy pocztą. Księżycowa, czy prostokątna twarz? Dobry wieczór jestem wiarygodność, do usług, czy przypadkiem mnie pan nie poszukiwał, jeżeli tak: świetnie się składa..., ale właściwie to która godzina? Zanim przejdziemy do przekonywania warto samemu być przekonanym. Czasu odmierzonego chesterfieldami nikt już nie zwróci, minus trzy minuty od życia każdy, ale jeśli się opłaci. Krew odpływa i uderza w jedno miejsce. Mamy coś, a to już jest coś. Ucinamy z metra, bez chwili zawahania, wtedy postura szwarccharakteru jak malowana stoi i tylko głupkowato się uśmiecha, bo wciąż niegotowa. Oblekamy pozoranta w znoszone, niechlujne łachy i wciskamy w mięsiste usta odpychające, plugawe słownictwo. Niech żuje tytoń i niech od niego zżółkną mu zęby. Bądźmy otwarci i prostolinijni, nie trzeba nam tu awantury. Nawet w roli demiurga nie można silić się na nieuczciwość i brak powagi. Czas leci: w kosmate, bochnochlebowe łapy wsuwamy klamkę i łom, patrzy nierozumiejącym wzrokiem, no bo niby co ma z tym wszystkim zrobić? Wiesz co masz z tym zrobić, bo mówię że wiesz co masz z tym zrobić. To w zupełności wystarczy. Nie wolno przestylizować, zmiłowania i patosu ani gram - koleś wali prosto z mostu i to jest w porządku. Opisy oszczędne, a może w ogóle, On sam jedyny i niezastąpiony wystarczy za cały klimat. Lekkie skinienie głowy wyzwala samozadowalacz. Chmura wypełnia płuca, jest lepiej niż można się było spodziewać. Jednak, cóż to? Nie ma mowy o aklamacji! Skryba kameleon raczy sobie żartować, tynfa to wszystko niewarte. Przestań spazmatycznie dygotać, tylko szukaj dalej! Było nie było TO przecież też jest stanowisko. Z rezerwą odnosimy się do pogoni za trendem, jednym czy drugim, to bez znaczenia - you have to find your own way, homie. Kopia mistrza, nawet najbardziej udana, pozostaje tylko kopią. Koniunkturalizm nie jest nam pisany, a jeśli nawet, to w te pędy się z niego wypisujemy. Rzekłem i nie ma od tego odwrotu. Co to biskwity się skończyły!? Tutaj pryncypialnością i tylko pryncypialnością możemy sobie choć trochę dopomóc, lecz nie wystarczy dla wszystkich. Można się załamać. W najwłaściwszym momencie Roman Bratny taksuje nas spojrzeniem. Nic nie pomaga bardziej, nawet te tabletki, dzięki którym nie spędzasz całych wakacji na sedesie stają się gówno warte. Szklanka znowu jest za daleko. Ujmij w karby rozbiegane oczka! Patrz na klawiaturę czy co tam masz przed sobą, ale uważnie do cholery i nie rób tych durnowatych à la  j-e-s-t-e-m-t-a-k-i-r-o-z-k-o-j-a-r-z-o-n-y błędów. Papier przyjmie wszystko, lecz w imię czegokolwiek - trochę szacunku! Jak coś nie jest niczym innym, niż tylko picem na wodę i fotomontażem, to czy nie warto tego porzucić? Dobrze mówisz głosie, dobrze, dobrze; wybieram więc kandydata numer dwa! Nie bądźmy w gorącej wodzie kąpani; spuśćmy z tonu, na parę chwil tylko dla schwycenia wszystkich spierdalających myśli; może pod zamkniętą powieką coś nam się wreszcie objawi. Ile można wstrzymywać oddech? Zdechnę posiniały na mordzie jak Kosiński, a wszystko się urwie w kulminacyjnym momencie. Zaaaraz, zaaaaraz, coś jednak, ha! wypełnia palce od wewnątrz. Dobra, a może więc całkiem, ale to całkiem inaczej. Kontrapunktowo. Zróbmy z tym pomysłem to na co zasłużył: Schluss, było nie ma, koniec i bomba. Znowuż mamy gołą jak święty turecki masę plastyczną – nic tylko rzeźbić, dziergać, układać i przekładać; porażkę trza nam przekuć na sukces. Teraz musi być potoczyście. Wystrzeliwujemy jak z pepeszy kaskady wygładzonych, na tę okazję świeżo wycyzelowanych słówek, chwytamy nimi czytelnika za gardło w bezkompromisowym uścisku i już nie puszczamy, aż do chwili, gdy ostatnie z nich spłynie Mu po czuprynie. Zmyjemy Mu głowę słowem. Słowem zrodzonym z myśli, a więc myślą, mową, uczynkiem i niczego przy tym nie zaniedbamy. Niech tym razem będzie człowiekiem sukcesu, na który zawsze jest moda i pogoda, urodzonym, bogactwo przy okazji, a przez aortę przepuścimy mu kobaltową posokę. Na razie było na pół gwizdka, dobra, teraz dopiero sobie pofolgujemy. Tym razem ubierzemy go jak choinkę; a buty wyglansujemy szuwaksem tak, by nikt nie miał wątpliwości. Uyvesaintlaurencimy, wydiorujemy, bezwzględnie perłowe spinki do mankietów, a łeb opróżnimy ze zbędnych myśli i wypomadujemy aż do przesady. Garnitur bez zarzutu sensu stricto, G. zębów sensu largo – pełna klawiatura od a –moll do fis-dur z dopełniaczem wybielaczem. Czy Renoir nie ma tej, no jak jej tam było, tej no... głębi, a poza tym to zwalniam pana i życzę wszelkiego powodzenia. Nie ma sprawy i ku chwale ojczyzny, wszyscy wiemy jak jest. Nie! Jeszcze inaczej. Koniec tej burleski! Ściągaj to wszystko! Ale już! Zegarek również! Tam, dokąd cię zabieram na nic się już nie przyda. Raz, raz, nie mamy całego dnia! Wkładaj co przygotowałem! Co tym razem? Spokojnie, tylko bez nerwów, mam cię teraz w garści, więc słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać, ode mnie i tylko ode mnie zależy czy spali cię słońce, czy może zasiądziesz na ławie oskarżonych, Anuszka już wylała oleju na trotuar... Jeszcze jedna szklaneczka, poprawimy jutro, tymczasem jedziemy dalej. Przecież możesz być kobietą, nigdy nie było to takie łatwe jak dziś, traaaach; że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Wcięcie, intertekstualna lokówka, metatekstualny sopran koloraturowy i viola – primadonna pierwszego sortu; podkrążone oczy, nie ma to tamto, zostają!

Ale cóż to, pozwalamy sobie na votum separatum; wycofujemy się w głąb planu? Co to właściwie ma znaczyć!? Co to za mina? To kim chcesz kurwa być: durniem, blagierem, krogulcem, czy młotkowym; zdecyduj się w tę albo we wtę! „Twórca” jeszcze przygrywa, podpajacowywuje, bo łudzi się, że coś jeszcze tym osiągnie, bez przerwy umizguje się, aż pot wstępuje mu na czoło, staje się żałosny w swej układności, lecz znarowiony protagonista ani myśli ulegać jego dobrej woli. Kto tu się wcina? Ach, to Pan, Panie N., jest Pan cokolwiek spóźniony. Cóż począć, gdy naszemu wszystkiemu nie w smak paktować? Z dagerotypu, w który wbrew swej woli został wmontowany, wyrywa się na bardziej zielone pastwiska. Chce być kimś innym, chce być kimś, przecież ludzie się zmieniają. Ale czy protagoniści się zmieniają? Patrzcie go - on chce o sobie DECYDOWAĆ! Czy ktoś to zapisał? To jest gruby nietakt. Rozeźlony wykrzywia swoje wymyślone oblicza, opędza się wszystkimi już napisanymi i jeszcze nienapisanymi rękoma. Ale go cholera wzięła!, no kto by się spodziewał! Zabili go, ale uciekł.