Eugeniusz Koźmiński - Zapiski starego sceptyka (dziennik) (2)

22-26  grudnia, ostatnie dni 2015 roku. Pamięć jest naszym drugim życiem, chociaż niewidocznym. Wbrew temu, co się mówi potocznie, fotografia wcale nie zatrzymuje dla nas rzeczywistości – wręcz przeciwnie: zabija ją. Czasem patrzę na fotografie gromadzone staroświeckim zwyczajem  w albumach, przyglądam się twarzom ludzi, którzy byli i odeszli:  ich oczy niewidzące, wpatrzone bezdusznie w obiektyw, martwe. Dopiero pamięć dopowiada: to było latem, nad wydmą wisiały chmury a niebo opierało się dłonią o horyzont; jeszcze słychać było krzyk ptaków, czego już nie uchwycił  obiektyw, a ja oglądałem się, bo na przystani ktoś przeklinał soczyście... Tamto jest zrobione na spotkaniu w Ośrodku Kultury, to znów w domu malarki D... Jeszcze obrazki nie pożółkły, jeszcze twarze rozpoznaję, ale nazwiska i imiona zapisałem dla pamięci na odwrocie. Jak mawiał Stanisław Stempowski (wspomina Maria Dąbrowska w książce “Myśli o sprawach i ludziach”): “Żyjemy po śmierci tak długo, póki nie umrze ostatni człowiek, co nas żywymi pamiętał. I tyle naszej nieśmiertelności.”

 Fotografie, dowód przemijania. Podobizny tych, którzy już pomarli, albo są tak odlegli, jak gdyby nie żyli od dawna. Czasem ich głosy słyszę ze ścian, budzą mnie po nocy; wzywają swoje dzieci, wspominają dawne lata, a głos ich tak suchy jak skrzypienie piasku. Ich skargi nie mają końca. Dopiero nad ranem milkną, a wtedy ściana wraca do swojej roli – znowu jest “galerią portretów”. To ranne milczenie twarzy, ich nieczułość i obojętność wloką się za mną przez cały dzień. Podobną role odgrywały też obrazy siedemnastowiecznych malarzy niderlandzkich, owe martwe natury, tak urzekające znakomitym rzemiosłem, mistrzowskim oddaniem charakteru materii: szkła, tkaniny, owoców. Mam przed sobą reprodukcję obrazu z 1631 roku którą Willem  Claesz Heda zatytułował: “Śniadanie z jeżynowym plackiem”. Kielich wina napełniony do połowy, drugi już prawie pusty i przewrócony, jeszcze niedojedzony, zeschnięty placek na tacy... Typowa kompozycja, która we wnętrzu mieszczańskiego domu miała je zdobić, ale także przypominać, że piękno świata, tak kuszące i atrakcyjne, jest ulotne, przemija i ginie, jak owoce pokrywające się pleśnią, jak rozbite szkło.

Pamiętam, było wtedy lato, lipiec 1999 roku. Na werandzie eksplozje czerwonych pelargonii, na ścieżkach szalejące kosy, buszujące w poszukiwaniu owadów; nie uznając żadnego z praw grawitacji – co raz beztrosko wzbijały się w górę. Inaczej jabłonie: te, gdy owoce dojrzeją, posłusznie zrzucają je na ziemię, wprost – zdaje się – na głowę śpiącego w ich cieniu  Newtona, odkrywcy prawa powszechnego ciążenia.

W taki lipcowy dzień poznałem Mariana Grześczaka. Dotąd znałem jego wiersze- z publikacji prasowych debiutanckie “Lumpenezje”, potem “Wyjście z pozorów” (1961) - tom,  który zapoczątkował zbiory autora w mojej bibliotece. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie utwory zebrane w “Kwartale wierszy” (1980). Teraz miałem przed sobą poetę. Twarz poważna, surowa, jakby zmęczona. Żywe oczy, czasem ciekawe człowieka, czasem patrzące w głąb,  nieprzywykłe do pozowania przed obiektywem aparatu fotograficznego. On sam lekko pochylony, rozpięta letnia, biała marynarka. Stary poeta, z dużym dorobkiem literackim i doświadczeniem życiowym; czuło się, że jest wielki mimo swej skromności i cichego, nieco zachrypniętego głosu. Wiedziałem, że wydał akurat  “Niebo jaskółek”  (Liryki wybrane – Nagroda Ministra Kultury za całokształt), ale  w swoim dorobku miał już – poza wymienionymi wyżej - zbiory: “Pożegnanie  Norymbergii” (1965), “Gęste światło” (1965), “Naczynie poważne” (1967), “Sierpień, tętnienie” (1975) i “Kwartał wierszy”(1980), także powieści, eseje, dramaty i przekłady.

Rozmawialiśmy początkowo - jak to bywa między ludźmi, którzy widzą się  dopiero po raz drugi w życiu -  o podróży, pogodzie, mieszkaniu, które zajmował na czas pobytu w Ustroniu Morskim tuż przy wydmie. Ale potem okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów i rozmowa potoczyła się  przyjaźnie, jakbyśmy znali się od lat. Nie notowałem jego słów, zachwycony śmiałością  myśli i prostotą języka. Zapisałem sobie natomiast zdania, które wypowiedział w wywiadzie dla “Literatury”, bo właśnie one były  obecne w naszej rozmowie:

“Jeśli ja odczuwam potrzebę napisania wiersza, to mam tę potrzebę wobec siebie. I czytelnik, odbiorca jest wtórnikiem tej potrzeby. On może to przeczytać lub nie. Wiersz muszę napisać, bo taki jest wymóg mojej duszy, mojego ciała i mojego mózgu. Jeśli tego nie zrobię, to po prostu moje ciało, moja dusza i mój mózg będą cierpieć. Tak jest jeśli idzie o poezję. Proza, pisanie prozy – tak ja to rozumiem – to już jest inny warunek. To jest warunek dania świadectwa swojemu i cudzemu doświadczeniu, włożonemu w usta bohaterów tej narracji”. Te słowa odnoszę przede wszystkim do mojego olśnienia, jakim był “Kwartał wierszy” czytany wielokrotnie. Wiele z utworów w nim zawartych znalazło się oczywiście w wyborze “ Niebo jaskółek”, który dostałem później.

Konieczność stworzenia utworów właśnie takich, jak te które znalazły się w “Kwartale wierszy”,  była  u poety tak wielka, że zrodziła poezję przejmującą, świadomą smutku, a jednocześnie czystą, bo zawierającą najpiękniejszą myśl o zgodzie  na konieczność trwania w świecie, chociaż trwanie to  tak bardzo boli.

“La lumiere  morte”,  cykl utworów który miał swój początek właśnie  w przywołanym wyżej zbiorze, rozpoczynają takie oto frazy:

Uchylasz z lękiem drzwi Prowansji
I nagle w głębi pól widzisz starego van Gogha
Stoi twarzą do światła maluje mozolnie
Smutek domu obłąkanych w Saint – Remy
jakby odwijał bandaż z okaleczonej głowy

Czy można się dziwić, że wiersze całego zbioru, a wśród nich cytowany wyżej wstęp do strof poświęconych Krystynie, zmarłej żonie Mariana Grześczaka, malarce, nasycone są światłem, kolorem, a patronuje temu van Gogh, malujący w pejzażu słonecznej Prowansji? Jego sztuka, mimo “eksplozji kolorów” była zmaganiem się z otaczającym światem, wizją zbliżającej się śmierci, szaleństwem. Szczególnie portrety, których namalował kilkadziesiąt, w tym wiele  autoportretów dokumentujących los samego malarza i jego osamotnienie. O  obrazie - autoportrecie dedykowanemu a mom ami  Paul Gaugin  napisze: Obraz “wygląda jak malowany popiołem, na tle zieleni Veronesa. (...) Głowa, namalowana szeroko w prostych jasnych kolorach, występuje obok tła jasnego, niemal bez cieni. Oczy osadziłem nieco skośnie, jak u Japończyków”.

Artysta Vincent van Gogh i pejzaż, którym zdawał się być wypełniony aż po brzegi – łany zbóż na wzniesieniach, zieleń drzew i błękit nieba – i on, który mówi o sobie: “Moje życie zostało podcięte od korzeni, moje kroki są słabe i chwiejne”. To wszystko na kilka dni przed  samobójczą śmiercią. A w tym samym krajobrazie poeta Marian Grześczak i strofy równie przejmujące, zawarte w dystychach, choćby w tym, dziewiętnastym:

19.
Pierwszy mur i zaraz śmierć, słychać kroki
Wstań Krysiu patrz prowansalskie obłoki.

Drugi mur i zaraz śmierć, martwa woda
Siwieje Tadeuszu nasza pogoda.

Trzeci mur i zaraz śmierć, uśmiechnięta
Z jakiej łąki skubią trawę twe koźlęta.

Czwarty mur, słoneczny mur Krysi
A wieża nad nim jak tępy ból wisi.

Piąty mur i zaraz śmierć, kopytkiem grzebie
Patrz jednorożec leci po prowansalskim niebie.

Strofy poety nie starają się niczego zatrzymać, pochwycić. Są tylko odsłanianiem bezradności. Podmiot liryczny tego i innych utworów stale coś traci – ktoś bliski odchodzi, umiera.

“Śmierć nie wybiera umarłych ona szuka żywych
Jak dziewczynka co w szafie z sukniami
Przebiera za najlepszą dla siebie urodą”

Nie ma więc nic trwałego i każdy – z każdą chwilą – coraz to zbliża się do przejścia na drugą stronę. Co pozostaje po tych, którzy odeszli? Pustka. Nic. Ale Nicość – co w swoich rozważaniach filozoficznych  odkrywa J.P. Sartre – dzięki wyobraźni potrafi być zaludniona wyimaginowanymi bytami, bytami których faktycznie nie ma i boleśnie odczuwamy ich nieobecność. Stąd logiczny paradoks: widzenie czyjeś nieobecności  jako unikalna właściwość człowieka. To właśnie spotkało Mariana Grześczaka:

“Nic jest ogromne,
Wchodzi, przepływa, uśmiechnięte
Odpowiada samo sobie, jego zapach
Szary, jego smak przejrzysty trwają w powietrzu
(...........................................................................)
Patrzy na nas łagodnie,
Ale spróbujcie przed nim uciec
Pobiegnie i ono i jego braterska
Dłoń na moim ramieniu
Jest niewidzialna, ale stanowcza.
(Niewidzialna obecność)

Wiersz, którego fragmenty powyżej, nie znalazł się – jak inne utwory z “Kwartału wierszy” – w wyborze “Niebo jaskółek”. Być może Grześczak  nie chciał wracać do tamtych dni, pełnych bólu i cierpienia, chwil zwątpień i rozpaczy. Był już wtedy “starym poetą”, doświadczonym życiowo ale  wciąż pełnym nadziei, podejmującym nowe wyzwania artystyczne, ale też i te, który przynosi ludzka egzystencja.

Bogata i różnorodna twórczość Mariana Grześczaka znalazła wielu komentatorów. Jedną z nich jest Ariana  Nagórska (“Twórczość”, wrzesień 1999), recenzująca przywoływany przeze mnie wybór wierszy “Niebo jaskółek”. O debiutanckich “Lumpenezjach” wyrażali się pochlebnie tacy krytycy i poeci jak Z. Bieńkowski, J. Iwaszkiewicz, J. Przyboś. W latach późniejszych każda książka Grześczaka była odnotowywana, wielokrotnie był nagradzany. Jednak nie sposób  w krótkim, dziennikowym szkicu  spojrzeć na całość tej twórczości. Może tylko trzeba wyrazić żal, że nie docenia się dziś tych kierunków poszukiwań poety, które dały początek współczesnym nurtom. Mnie pozostały książki i listy, choćby kartki z życzeniami świątecznymi, opatrzonymi datą zapisaną jak ułamek piętrowy, charakterystyczny dla Niego. I mój późniejszy dopisek: Zmarł 27 stycznia 2010 roku w Warszawie.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież