Anita Nowak - Halkę noszę w sercu najgłębiej… (wywiad z Jolantą Wagner)

A.N.: Kiedy zorientowała się Pani, że ma tak niezwykły głos i chce śpiewać?

J.W.: Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Po prostu zawsze bardzo lubiłam śpiewać. Ale rzeczywiście jako uczennica Szkoły Muzycznej II stopnia im. Fryderyka Chopina w Olsztynie zauważyłam, że mój głos porusza słuchaczy, że odpowiednio nim operując jestem w stanie manipulować ludzkimi emocjami i to był ten moment, który zadecydował o całym moim życiu. Odrzuciłam marzenie o Akademii Policyjnej w Szczytnie, a zaczęłam myśleć o Akademii Muzycznej.

Trzeba przyznać, że dość skrajne miała Pani zainteresowania…

Bo to była popołudniowa szkoła muzyczna. Śpiew traktowałam jeszcze wówczas raczej jako hobby, przedpołudniem uczęszczałam do normalnego ogólniaka. Ale w klasie śpiewu była ze mną Magdalena Polkowska. Od niej dowiedziałam się, że w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy jest świetny pedagog, szkolący właśnie takie głosy jak mój - profesor Katarzyna Rymarczyk. Pojechałam na przesłuchanie. Od jej słów: - No dziecko, ty jesteś prawdziwą Halką - rozpoczęła się moja „kariera”. Po maturze zdałam egzamin na Akademię Muzyczną Feliksa Nowowiejskiego. Trafiłam oczywiście do klasy pani profesor Rymarczyk. I w ten sposób związałam się z Bydgoszczą.

Ale był też w Pani karierze epizod szczeciński…

W pierwszym sezonie po studiach zadebiutowałam w Szczecinie właśnie partią Halki pod kierownictwem muzycznym Warcisława Kunca. Tam także zaśpiewałam Piękną Helenę Offenbacha. I przez moment rzeczywiście swoje zawodowe plany wiązałam z Operą na Zamku. Ale pewne wydarzenia zawróciły mnie jednak do Bydgoszczy. W Operze Nova etatu jednak dla mnie nie było, ale kierownik chóru, Henryk Wierzchoń, zaproponował mi etat w chórze. Przyjęłam. I pracuję już czwarty rok.

Ale śpiewa Pani wiele ciekawych partii w spektaklach i to nie tylko bydgoskich…

To prawda. W Operze Nova śpiewałam partię Halki, partię Ulany w „Manru”, Santuccy w „Rycerskości wieśniaczej”. Mam szczęście, że inne teatry również zaczynają mnie zauważać. Gościnie bywam Ulaną w „Manru”, Elżbietą w „Tannhäuserze” Richarda Wagnera w Operze Śląskiej, a ostatnio także Halką w inscenizacji przygotowanej z okazji 70-lecia wlaśnie tego teatru. Z Teatru Wielkiego w Warszawie dostałam propozycję Goplany i… Mam też inne propozycje, ale z ich ujawnieniem wolę jeszcze troszkę poczekać.

Ale mam nadzieję, że nie uciekanie Pani z Bydgoszczy na zawsze?

Chyba nie. Tu jest wspaniała publiczność, która potrafi docenić to, co mam jej do zaproponowania na scenie, więc nie chciałabym się z nią rozstać.

A które z partii w Pani w repertuarze czy postaci, w które wciela się Pani na scenie są Pani najbliższe i dlaczego?

Każda ma w sobie coś takiego, co lubię. I za każdym razem, śpiewając, odkrywam w nich coś nowego. Może najbardziej sceptycznie byłam nastawiona do Ulany, ponieważ koleżanki, które wcześniej śpiewały tę partię były sopranami lirycznymi. Kiedy dyrektor Maciej Figas zaproponował mi tę rolę, byłam przerażona, pomyślałam, że to absolutnie nie dla mnie. Nie sądziłam, że uda mi się w tej partii odnaleźć. Ale kiedy zaczęłam śpiewać i „przepuszczać” ją przez siebie, nakładać na partyturę swoje emocje, stwierdziłam, że to wszystko jest jednak bardzo moje, że to kolejna pozycja, w której będę mogła zaproponować coś od siebie. Natomiast od pierwszej chwili fantastyczna wydała mi się Elżbieta w„Tannhäuserze”. Jak trudna i wymagająca, tak samo piękna. Najbliższa mojemu sercu jest jednak Halka. W Bydgoszczy od niej się wszystko się zaczęło… Zawsze chwila, kiedy śpiewam na scenie jest dla mnie świętem i ogromnym wyróżnieniem, ale chociaż każda z partii, które śpiewam jest mi bardzo bliska, Halkę noszę w sercu najgłębiej... Może dlatego, że podchodzę do tej postaci bardzo osobiście?

Jak odczuwa Pani relację między postacią a partyturą, warstwą psychologiczną a muzyczną materii, z którą przychodzi się Pani zmagać?

Zawsze, kiedy zaczynam pracę nad jakąś partią, z którą jako wykonawca nigdy wcześniej się nie zetknęłam, to pracuję nad nią tylko i wyłącznie technicznie, emisyjnie, wokalnie. Dopiero w dalszej części tej wspólnej z postacią drogi, zaczynam wyposażać ją w swoją emocjonalność. W końcu, obie rzeczy się łączą. Emisja zaczyna układać się w mięśniach, w organizmie, a emocje w głowie. I wszystko się równoważy. A efekt jest widoczny na scenie. I albo publiczność to kupuje, albo nie. Na razie mam to szczęście, że widzowie do moich artystycznych poczynań zawsze odnoszą się z wielką sympatią. Doceniają to, co robię i to, co mam do zaproponowania. Największą dla mnie nagrodą jest, kiedy wychodzę do ukłonów, a publiczność wstaje. Jest to takie postawienie kropki nad „i”; dowód na to, że idę w dobrym kierunku, że warto to robić, że trzeba to robić, bo po to my artyści jesteśmy, żeby wzruszać widzów i mieć odwagę otworzyć się przed nimi, a to daje prawdziwe emocje, na które widz nie może stać się obojętny.

Na ile zgadza się Pani z sugestiami reżysera odnoście ustawienia określonych sytuacji scenicznych?

Często jest tak, że przychodząc na pierwszą próbę, reżyser ma już dokładną wizję danego spektaklu, ale z czasem, jak poznaje solistów, ta wizja się zmienia, dostraja się do ich wrażliwości, umiejętności wokalnych i aktorskich. Dobry reżyser bierze pod uwagę solistów.

Czyli nie tylko rząd dusz publiczności, ale i zniewalanie reżyserów...?

Na to wychodzi. No bo ja chcę, żeby reżyser się do mnie przekonał, chcę z nim współpracować. A reżyserowi zależy przecież na sukcesie spektaklu.

Sprawia Pani wrażenie osoby o bardzo silnym charakterze. Na ile to pomaga Pani w pracy?

Bardzo lubię pracę na scenie, wśród ludzi z ludźmi. Nie mam problemów w kontaktach interpersonalnych. Chociaż bywają oczywiście osoby, które nie przepadają za mną, lub z którymi czasem i ja nie mam ochoty na bliższą relację. Ale to wyjątki. Mimo to nieraz z czyjegoś powodu zdarza mi się przepłakać noc. Rano jednak wstaję, idę na próbę i robię to, co do mnie należy najlepiej, jak potrafię. A charakter? Myślę, że to los go kształtuje. Każdy przeżyty dzień nas uodpornia, wzmacnia.

Jak Pani się odnajduje w relacjach z Krystyną Jandą?

Praca z nią to wyzwanie i zaszczyt zarazem. Jest kobietą o bardzo mocnym charakterze, nieprzeciętnej osobowości. Na początku iskrzyły między nami emocje, ale dziś, kiedy już się dobrze znamy, bardzo się lubimy i każdy spektakl to dla mnie ogromna przyjemność. Cieszę się niezwykle, że los dał mi szansę pracy z wybitnymi aktorami, od których cały czas mogę się uczyć. Bo jednak aktorstwo operowe, a aktorstwo dramatyczne to dwie różne sprawy. Tam są zupełnie inne sposoby okazywania emocji, inne są środki wyrazu.

Śpiewając, nie na każdy ruch czy gest można sobie pozwolić…

Tak samo jak niektóre gesty przeniesione ze sceny operowej na dramatyczną już się nie sprawdzają, trzeba więc je transponować, a jeśli się tego nie umie, trzeba się szybko nauczyć. Tak. To jest zupełnie inne aktorstwo, niż to, z którym dotąd stykałam się na studiach czy na scenie operowej. A i nie tylko od samej Jandy się uczę. Przygotowując się do premiery „Maria Callas. Master Class” chodziłam na wszystkie próby innych pozycji w „Och-Teatrze”, obejrzałam wszystkie najlepsze sztuki grane w tym czasie w różnych warszawskich teatrach, podpatrywałam najlepszych aktorów. Obserwowałam jak się uczą, jak budują postać, jak pracują. Podpatrywałam, jakimi posługują się środkami, aby osiągnąć określony efekt. Ten okres był dla mojej edukacji scenicznej bezcenny.

Trafiła Pani tam przez casting?

Tak. Najpierw przesłałam dokumenty i nagrania, a po zapoznaniu się z nimi zaproszono mnie na przesłuchanie.

Duża była konkurencja?

Nie orientuję się, bo wyznaczono mi określoną godzinę. Ale wiem, że przesłuchania sopranów trwały trzy dni. Wybrano mnie. Dubluję się z Anią Patrys, znakomitą polską sopranistką, która wygrała konkurs w Sydney. Rzecz jest pokazana na zasadzie lekcji otwartej. Do Stanów przyjeżdża wybitna śpiewaczka z Europy i prowadzi zajęcia z trojgiem najzdolniejszych studentów tamtejszej akademii muzycznej. Szczegółów nie będę zdradzać, bo 21 marca będzie można ten spektakl obejrzeć na deskach w Operze Nova.

Ma Pani jakieś wymarzone partie, z którymi nie mierzyła się Pani jeszcze na scenie?

Tak. Obecnie przygotowuję partię Aidy. To jest już, jak wiadomo, światowa półka. Tutaj dyrektor zaproponował mi partię Elżbiety w „Don Carlosie”, którego premiera odbędzie się podczas najbliższego Bydgoskiego Festiwalu Operowego. I te partie teraz na nowo zaczynam sobie układać, przetwarzać przez siebie, pracować nad nimi emisyjnie. Zawsze bardzo dokładnie staram się zrozumieć, o czym śpiewam i o czym śpiewa mój partner. Żeby bowiem dobrze wykreować postać, trzeba dokładnie rozumieć relacje między bohaterami. I teraz zaczynam się już powoli podpisywać się pod tymi partiami. Marzy mi się też Tatiana w „Onieginie” i Tosca.

Uczy się Pani tych partii, żeby kiedy nadarzy się okazja, być już gotową?

Oczywiście. Kiedy tylko wychodzę z domu, od razu nakładam słuchawki na uszy i cały czas słucham rozmaitych arii, duetów. Stąd, kiedy potem przyszłoby mi przystąpić do pracy nad czymś, nie brzmiałoby to już obco. Słuchając moich koleżanek, cały czas ustosunkowuję się do ich wykonania, wyobrażam sobie, co bym ewentualnie w danej arii pod kątem siebie zmieniła, gdyby kiedyś z danym materiałem przyszłoby mi się zmierzyć.

Śpiewaczki, które w przeszłości Panią fascynowały…

Maria Callas, która fascynuje mnie niezmiennie. Uwielbiam też głos i wrażliwość Renee Fleming, spintowy sopran znakomitej Danieli Dessi, która jest przy tym świetna scenicznie - aktorsko, interpretatorsko. Zachwyca mnie także Leontyna Price - najpiękniej, moim zdaniem, na świecie śpiewająca Aidę. Wysłuchałam wszystkich możliwych do zdobycia nagrań partii Elżbiety z „Don Carlosa” i uważam, że najcudowniej arię z czwartego aktu śpiewa Maria Callas. Doskonale interpretuje, dokładnie rozumiejąc, o co chodzi w każdym słowie i potrafi przekazać emocje bohaterki, jak żadna inna śpiewaczka. Trzeba wiele słuchać, bo każda śpiewaczka ma coś do zaproponowania i od każdej można się czegoś nauczyć, a słuchając trzeba myśleć, weryfikować i cały czas przekładać wszystko na siebie.

Duże znaczenie ma to, z kim Pani pracuje?

Oczywiście, że tak. Jeśli mam partnera, który tak samo wie, co ma do powiedzenia i wie jak to przekazać, mnie jest łatwiej na to reagować. Ale też mam dużą satysfakcję, kiedy partner dopiero wchodzi w jakąś rolę, debiutuje przy mnie, a ja już mam na tyle duże doświadczenie, że mogę mu pomóc. I wielką sprawia mi radość, jak potem się to uda.

Już na początku drogi artystycznej związała się Pani z jednym z najbardziej interesujących teatrów operowych w Polsce…

Opera Nova to rzeczywiście znakomity teatr. Mamy tu wspaniałą orkiestrę, bardzo dobry chór i na wysokim poziomie balet, nie mówiąc już o solistach. Dyrektor Maciej Figas ściąga najciekawszych współczesnych reżyserów, awangardowych scenografów, dzięki czemu powstają tu bardzo nowatorskie, jak na teatr operowy, przedstawienia. Bardzo się cieszę, że zaprosił do współpracy dyrektora Piotra Wajraka, bo jest to artysta, z którym pracuje się fantastycznie; dyrygent obdarzony ogromnym talentem, muzykalnością, a i dysponujący rozległą wiedzą teoretyczną. Ma wyjątkową umiejętność wyczucia solisty. Za każdym razem stara się z niego wydobyć i zaprezentować odbiorcom jego największe atuty. Ma też, dziś już nieczęsto spotykaną kulturę; nie tylko zawodową, ale i osobistą. Jest to człowiek o ogromnej klasie. No, a poza tym bardzo wymagający. Czasami, by osiągnąć cel, prowadzi wykonawcę bardzo okrężną drogą, wywołując efekty, których nikt się w danym miejscu nie spodziewał, a które okazują się sednem artystycznego zadania, jakie przed sobą i przed nami postawił. Śpiewacy starają się czynione sugestie wcielać w sceniczne życie, bo wiedzą, że jeśli im się tylko uda, zawsze wyjdzie to im na dobre. Praca z nim jest bezcenną lekcją.

Czy praca w chórze nie zabiera Pani zbyt wiele energii, którą mogłaby Pani poświęcić na przygotowywanie partii solowych?

Oczywiście, że zabiera. Zwłaszcza teraz, kiedy dużo jeżdżę po kraju. Taki przykład - zaśpiewałam dwie premiery „Tannhäusera” w Operze Śląskiej. O 23:00 wsiadłam do pociągu, o siódmej rano wysiadłam na dworcu w Bydgoszczy, pojechałam do domu, wzięłam prysznic, wypiłam kawę i o 10:00 byłam już na próbie chóru do „Madame Butterfly”. Na słuchanie, uczenie się zostają mi tylko noce. Powoduje to jednak, że uczę się szybciej, wykorzystuję każdą chwilę. Muszę energiczniej wszystko ogarniać, bo mam na to mniej czasu. Z drugiej strony mam coś, czego nie mają inni soliści. Ogromne wsparcie ze strony koleżanek i kolegów z chóru, orkiestry czy baletu. Jakże oni się cieszą, kiedy śpiewam! Często stają w kulisach słuchając, czasem przysyłają kwiaty.

Występuje Pani też zagranicą…

28 lutego śpiewam Halkę w Opawie, w Czechach. Mam też kilka innych propozycji z zagranicznych oper, m. in. z Berlina, Drezna; dopóki jednak wszystkie szczegóły nie zostaną dopięte, nie chciałabym o tym szerzej mówić.

Lubi Pani gościnne występy?

Artysta musi się stale rozwijać. A nic tak temu nie sprzyja, jak praca z nowymi zespołami, nowymi orkiestrami, nowymi solistami.

Miewa Pani tremę?

Zawsze! Jednak przychodząc do teatru i siadając w garderobie nieustannie zastanawiam się nad tym, co ja jeszcze nowego mogę widzom za chwilę zaproponować, czego publiczność oczekuje i czy jestem w stanie te oczekiwania spełnić. Staram się bowiem o to, aby moja postać rozwijała się, udoskonalała.

Największa satysfakcja artystyczna…

Zazwyczaj czerpię ją z samych spektakli. Ale z pewnością nie zapomnę chwili, kiedy dyrektor Figas dziękując mi za „Manru”, powiedział, że ten spektakl, w którym śpiewałam, okazał się najlepszym z przedstawień tej opery do tej pory.

Czy jest coś, co poza śpiewem, poza muzyką jest dla Pani w życiu ważne?

Oczywiście. Wyłącznie na sprawach zawodowych nie można opierać całego życia, bo one kiedyś się skończą. Śpiewacy się starzeją, zmienia im się głos i na każdego przychodzi taka pora, kiedy trzeba zejść ze sceny. A wtedy pozostaje rodzina i dom. Dlatego o te sprawy trzeba cały czas dbać. Wiem, że kiedyś przestanę śpiewać, ale mamą będę do końca życia. Mam dziesięcioletniego syna, Wiktora, męża, normalny dom; piorę, gotuję. Syn jest ze mnie bardzo dumny, ale wiadomo, że moja kariera za bardzo go nie interesuje. Wracając ze szkoły do domu chce mieć normalną mamę, która się z nim powygłupia, poczyta mu, połaskocze, obejrzy razem z nim film, odrobi lekcje, zrobi mu kolację.

Też chodzi do szkoły muzycznej?

Nie. Do normalnej podstawówki. Jest w klasie sportowej, pływackiej. Ale gra na fortepianie, tańczy od trzeciego roku życia, należy do harcerstwa, jeździ konno. Nawet go podziwiam, bo ma wiele zainteresowań i niczego sobie nie odpuszcza. W tym roku rozpoczął czwartą klasę i codziennie po lekcjach ma jakieś dodatkowe zajęcia i dobrze sobie ze wszystkim radzi, świetnie się uczy.

Mąż też jest artystą?

Nie! Jest normalny. Jest nauczycielem. Ale ma świetne ucho do muzyki. Doskonale potrafi odróżnić, co w śpiewie jest dobre, a co gorsze.

Nic więc dziwnego, że się właśnie w Pani zakochał…

Podobno zakochał się jeszcze zanim mnie usłyszał. Poznaliśmy się dawno temu w Lubostroniu. Wchodząc po schodach z wielkim plecakiem na stelażu, strąciłam go z trzech stopni i nawet tego nie zauważywszy, poszłam sobie dalej. Tym go zainteresowałam.

A rodzice?

Też normalni. Tata początkowo nie był zachwycony moim wyborem zawodu. Z czasem jednak się do niego przekonał. I teraz, kiedy jeżdżę do rodzinnego domu na Mazury, zawsze z autentycznym zainteresowaniem wypytuje mnie o wszystkie szczegóły. Cieszy się z moich sukcesów.

Życzę zatem, aby tych sukcesów, nie tylko ze względu na tatę, było jak najwięcej i dziękuję za rozmowę.

Z JOLANTĄ WAGNER rozmawiała Anita Nowak

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora