Roman Sidorkiewicz - Grona gniewu - czy chciwość ludzka ma granice?

John Steinbeck (1902 -1968) napisał wiele  powieści. Jedna z nich - Grona gniewu - jest do dziś aktualna w swym wyrazie społeczno – politycznym. Napisać powieść, która jest ponadczasowa, to nie lada sztuka. W historii literatury nie ma ich zbyt wiele. Ci co potrafili dokonać tej sztuki to mają zapewnione miejsce w historii. Można tu przytoczyć nazwiska Homera, Szekspira, Goethego, Byrona, Gogola czy Dostojewskiego i jeszcze kilkunastu innych. W większości jednak  przypadków powieści umierają śmiercią naturalną. Ot chociażby Trylogia Henryka Sienkiewicza. Kiedyś spełniała znakomitą rolę w krzewieniu patriotyzmu; dziś młodzież dzieł tego pisarza po prostu nie czyta. Tematyka jego utworów była tylko na ówczesne jemu czasy.

Steinbeck  poruszył odwieczny temat – bogacenia się za wszelką cenę. Bogacenie się samo w sobie jest chwalebne – szczególnie w krajach protestanckich. Gdy ludzie dochodzą do bogactwa pracą, wynalazkami oraz przyzwoitym zachowaniem -  zasługują na szacunek i uznanie. Gorzej, gdy dzieje się to w wyniku gwałtu i rabunku. A to było niezbywalną częścią historii narodu amerykańskiego. Podbój Ameryki Północnej zaczął się w 17 wieku od założenia osady Nowy Amsterdam. Dziś to Nowy Jork. Z Europy, głównie z Anglii, ruszyły całe tłumy osadników po lepsze życie. Londyn był wówczas przeludniony przybyszami z prowincji, którym brakło miejsca na prowincji. Postępujące rugi chłopskie wyrzucały poza nawias dużą część społeczeństwa. Feudalna własność ciągle musiała się powiększać i dla biedoty wiejskiej nie było miejsca. Szczęściem dla nich ruszył podbój imperialny i tworzył nowe perspektywy życia. Przed nimi otworem stała Ameryka, potem Australia, Nowa Zelandia, Afryka Południowa, Indie etc. Ludzie ci byli ciągle głodni bogactwa i sukcesów. Najeżdżali obce kontynenty, nie respektowali żadnych praw i cudzych obyczajów. W dzisiejszym pojęciu byłby to brutalny najazd, lecz wówczas takimi drobiazgami nikt się nie przejmował. Osadnicy nieśli wspaniałą cywilizację, zagospodarowali bezkresne krainy nie mając prawie żadnych większych narzędzi. Bo cóż wielkiego mogli przewieźć na żaglowcu? Jakieś piły, gwoździe, mały sprzęt i nic więcej. A jednak fenomenalnie budowali cywilizację. To był niebywały wyczyn tych ludzi. Ciemniejsza sprawą tych wyczynów było zniewolenie rdzennych, zacofanych w rozwoju, ludów a często fizyczne likwidowanie ich. W Ameryce Północnej mordowano Indian – dziś niewielu z nich zostało na terenie USA i Kanadzie. Współcześnie Indianie żyją w masie tylko na południe od Rio Grande, gdzie rządzili Hiszpanie. Byli oni mniej krwiożerczy niż Anglosasi jednak na Kubie potrafili wymordować czerwonoskórych co do jednego. Naukami Chrystusowymi /w powieści propagował je kaznodzieja Jim Casy/ jakoś nikt się nie przejmował, choć kolonizatorzy budowali na potęgę budynki wszelakich kościołów i tworzyli administracje kościelne.

Steinbeck w swym wielkim dziele poruszył temat brutalnego bogacenia się. Tym razem ofiarami chciwości białych kolonizatorów stali się ich pobratymcy – biali osadnicy. Drobni rolnicy, ludzie pracy, posiadający przeciętnie niewielkie gospodarstwa – średnio 40 akrów, czyli 16 ha, wpadli w szpony drapieżnego kapitalizmu. Nie mieli wówczas żadnych szans w zderzeniu z chciwością bankierów. Wpadali w pętlę zadłużeniową, z której nie mogli się wyplątać. Osiągnęli dno. Musieli porzucać ojcowiznę i jechać po wyśnione El Dorado w Kaliforni. Powieść jest znakomita. Czyta się ją jednym tchem. Jest pochwałą ludzkiej solidarności, walki ze złem. Zło wstąpiło w szaty banków. Tam są szczyty ludzkiej chciwości. Steinbeck napisał powieść prostym językiem; ideologicznie jest równie prosty podział na białe i czarne. Białe to prości osadnicy, czarne to bankierzy i ich otoczka policyjno-administracyjna gnębiąca ludzi.

Kiedy po raz pierwszy czytałem ten utwór, a to już dawno temu, miałem wrażenie, że była to powieść pisana/ w latach 30. ub. wieku/ na zlecenie Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i osobiście tow. Stalina. Ot macie wasz wyśniony kapitalizm! Osadnicy mieli co prawda samochody, swobodę podróżowania ale nic poza tym. Nawet wyżywić dzieci nie mogli! Ani pochować nieboszczyków! Po co komu taki ustrój!

Steinbeck zbyt daleko zapędził się w krytyce ówczesnej sytuacji. W kapitalizmie okresy hossy i bessy są zjawiskiem odwiecznym. Winnych jest wielu, nie tylko znienawidzeni bankierzy. Chciwość bankierów autor opisał doskonale i drobiazgowo. Prawie nic natomiast nie poświęcił stron chciwości osadników rolnych, którzy sami sobie byli winni sytuacji w jakiej się znaleźli. Gdyby ci ludzie znaleźli się po drugiej stronie konfliktu – robiliby to samo. Wart Pac pałaca a pałac Paca chciałoby się powiedzieć. Osadnicy niszczyli ziemię, zabijali bizony, mordowali Indian.

Steinbeck przytacza:

„A pełnomocnicy mówili dalej, zmierzając do swego: Rozumiecie chyba, że ziemia jałowieje. Wiecie też, co robi z ziemią bawełna: okrada ją, wysysa z niej soki do ostatniej kropli…Gdyby tylko stosować płodozmian, można by te wyssane soki wpompować z powrotem”.

Amerykańscy rolnicy uprawiali zatem grabieżczą eksploatację własnej ziemi, to musiało skończyć się klęską. Nauki rolnicze stały w Europie na wysokim poziomie, gospodarka rolna była nowoczesna, intensywna, szanowano ziemię. Tam w Ameryce tej filozofii nie znano. Uważano, że dobra natury są nieskończone. Jest to przestroga aktualna do dziś.

Osadnicy liczyli na wszystko tylko nie na racjonalną gospodarkę. Dalej wierzyli w bawełnę.

„A czy nie moglibyśmy jakoś przetrwać? Może przyszły rok będzie dobry. Bóg jeden tylko wie, ile będzie bawełny w przyszłym roku. A jeszcze te wszystkie wojny – nie wiadomo jakie będą ceny bawełny. No bo przecież z bawełny robi się materiały wybuchowe. A mundury? Niech tylko będzie więcej wojen, a cena bawełny skoczy w górę. Może w przyszłym roku…” .

Zatem wojny miały być dla nich zbawieniem!

Jednocześnie rozum podpowiadał im: „Nie, na to nie możemy liczyć. Bank to potwór, musi mieć stałe zyski. Nie może czekać. Bo umrze. Czynsze dzierżawne trzeba płacić. Bo gdy potwór przestaje rosnąć, wtedy umiera. Nie może zatrzymać się w rozwoju”.

Rolnicy nie mieli zatem szans w walce z tym potworem. Buntowali się: „Dziadek mordował Indian, ojciec zabijał węże a wszystko dla ziemi. Może i nam uda się zabić banki, bo to gorsze od Indian, gorsze od węży. Może i my będziemy musieli się bić o ziemię, jak bił się o nią dziadek i ojciec”.

Dorota Warakomska – znana dziennikarka telewizyjna, w swym cyklu reportaży pt. Droga 66 ciekawie pisze o chciwości osadników, pionierów amerykańskich.

„Pojechałam do Tahlequah w Oklahomie, stolicy plemienia Czirokezów. Ongiś mieszkali w Appalachach, przyjęli prawa i religię białych. Chroniła ich ustawa Kongresu z roku 1787, mówiąca, że ziemi nie należy odbierać Indianom bez ich zgody… Czirokezi posługiwali się alfabetem stworzonym w latach 1809 – 1821 przez Indianina nazywanego Sekwoją. Wydawali własną gazetę. Uczyli się na tyle szybko, że czytać i pisać umiało więcej Indian niż białych w sąsiednich wioskach…Osadnicy z Europy  potrzebowali jednak nowej przestrzeni i możliwości rozwoju… majątki Indian okazały się być łakomym kąskiem dla biednych przybyszów. Pomysł wydawał się być prosty: wyrzucić dzikusów za rzekę Missisipi, na dzikie, nie chciane wówczas tereny. Orędownikiem usunięcia Indian był Andrew Jackson wybrany w roku 1823 na prezydenta USA. Los rdzennych mieszkańców przypieczętowało odkrycie złota w Georgii. Parlament tego stanu wydał akt, na mocy skonfiskowano im ziemię. Przesiedlanie rozpoczęto w roku 1838… Żołnierze siłą wyrzucali Indian z domów i zapędzali ich do obozów koncentracyjnych… Marsz na zachód trwał pół roku!, tysiące ludzi zmarło po drodze”.

Dziś krytykujemy, i słusznie, stalinowskie wywózki  na terenie ZSRR w latach 30 - tych i późniejszych. Ale wzorce czerpał on od samych Amerykanów, ojców demokracji i wolności!

Steinbeck znakomicie zagląda w zaczątki wielkich fortun latyfundystów w Kaliforni. Opisuje dyskusje biedoty w tzw. hooverville:

„A czy wiecie, jak Fairfield  dorobił się farmy? Opowiem wam. Cała ziemia należała do rządu i można było dostać nadania na małe parcele. Stary Fairfield pojechał do San Francisco, obszedł knajpy i zebrał trzystu pijaków bez grosza przy duszy. Każdy z nich postarał się o parcelę. Fairfield stawiał im whisky i zakąski, a kiedy już wszyscy dostali nadania, wycyganił je od nich. Opowiadał, że akr ziemi kosztował go kwartę kiepskiej whisky. Powiedzcie teraz: czy to było złodziejstwo czy nie? No tak uczciwe to nie było, ale on za to nie siedział.”

Wypisz, wymaluj to aktualne do dziś w Polsce. Po roku 1989  tzw.  drobni inwestorzy wyprzedawali za bezcen kupony NFI. Kto był sprytny, odkupił je i dziś ma fortunę. To samo było w Rosji.

Pisarz porusza też inny problem – wiecznie żywy. Pisze:

„Przez ten czas majątki powiększały się stale, liczba zaś właścicieli malała. Pozostała już tylko znikoma garstka farmerów. Sprowadzonych robotników rolnych bito, terroryzowano, głodzono, aż w końcu niektórzy z nich wrócili do swych krajów, tych zaś, którzy buntowali się, zabito lub wypędzono”.

To jest prorocze; dziś w skali świata kilkuset miliarderów ma majątki tyle warte co posiada reszta ludzkości. A może to grozić niebywałymi konsekwencjami.

Bydgoski Teatr Polski wystawił Grona gniewu. Premiera odbyła się 16 stycznia br. Byłem bardzo ciekaw, jak reżyser Paweł Wodziński poradzi sobie z tym tytułem mając tak ograniczoną przestrzeń jaką jest scena teatru. A jednak dał sobie radę; nawet widzowie, którzy nie znali dzieła Steinbecka mogli doskonale połapać się w akcji. Czytelników odsyłam do recenzji  Stefana Pastuszewskiego w marcowym "Akancie" (2016, nr 3). Zwięźle opisał sukces przedstawienia. Jednak zarazem on jak i Wodziński, a także scenarzysta Frank Galati nie …zauważyli śmierci babci! Zanotowali zniknięcie Noaha, Conniego a babcia? - gdzieś wyparowała. A przecież jej śmierć i związane z tym faktem kłopoty są takie same jak w przypadku śmierci dziadka, które zostały odpowiednio wyeksponowane.

Dzieło zostało przetłumaczone przez  Alfreda Liebfelda. Tłumacze tego języka w dziełach literackich mają zawsze ten sam problem – kiedy tłumaczyć w formie „pan/pani/” kiedy per „wy”, kiedy per „ty” a kiedy nawet w archaicznej formie „niech”/ niech Jan uprzątnie/. W języku angielskim wszystko to zastępuje jeden wyraz „you”. W tłumaczeniu trzeba wykazać się znakomitą znajomością realiów interpersonalnych. Nie zawsze to tłumaczowi wychodziło. Dam przykład z początku akcji. Tom Joad wchodzi do przydrożnej knajpki i rozmawia z kelnerką. Są per „pan/pani”. W porządku. Lecz później Tom napotyka kierowcę, który podwozi go pod dom. Długo rozmawiają, filozofują są ze sobą per „pan”. To jest zupełnie sztuczne, nawet w Polsce kierowcy będący w jednym, mniej więcej wieku, mówią do siebie per „ty”. A na koniec rozmowy Tom i jego interlokutor nagle przechodzą na „ty” bez żadnego oczywiście bruderszaftu. Ponadto niefortunna wydaje się być pogardliwa nazwa ludzi z Oklahomy – Oklaki. W oryginale jest określenie OK–ies. Oklaki to wyjątkowo zła nazwa – kojarzy się z kloaką. Ale już nic nie zrobimy.

Steinbeck przekazał nam, iż granice chciwości ludzkiej są nieogarnięte. Po trupach, byle mieć jak najwięcej. Gdzie zatem jest jej granica? Chyba nie istnieje. A może właśnie ma tak być? Bez ludzkiej chciwości nie byłoby wielkich odkryć geograficznych, nie byłoby postępu cywilizacyjnego. Czyli chciwość ma zalety jak i wady. I tak widać musi być.

 

John Steinbeck, Grona gniewu, tłumaczenie Alfred Liebfeld, PIW, Warszawa 1971, ss. 562.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora