Rafał Jaworski - Mała anatomia prawdy (2)

"Zgoła nic” -  powtórzę. Oderwany jest powyższy fragment tekstu od fascynacji poznawczych współczesnych nam ludzi. Teolog przeskakuje od razu w najgłębsze regiony pragnień ludzkiego wnętrza, pragnień jawiących się obecnie jako skrajnie ascetyczne, pragnień nienowoczesnych, nie-medialnych, wręcz zaściankowo-klauzurowych. I w tym kontekście znów trzeba pytać: Czym wobec tego jest prawda? Na to pytanie daje Augustyn odpowiedź nową, zbliżoną do platońskiej koncepcji:

"(…) sama jest rzeczą, to znaczy bytem rzeczywistym, istniejącym niezależnie od umysłu ludzkiego, bytem niezmiennym i wiecznym. W ostatecznej konsekwencji prawda utożsamia się z najwyższym bytem -  Bogiem. Prawda w ujęciu Augustyna nie może mieć innego źródła poza Bogiem, gdyż On jest jedynym sprawcą wszystkiego, co istnieje; wielość prawd wskazuje z konieczności na istnienie jednej prawdy.  Prawdy poszczególne są odbiciem  jedynej i wiecznej prawdy.” Mamy więc chrześcijańską wersję realizmu pojęciowego, której tomizmy nie zdołały całkowicie wygasić.

Zaznaczam, że ten tekst jest tekstem satyrycznym. Z błaznem się nie dyskutuje. Do miana satyryka w tej sferze uprawnia mnie brak certyfikatu wyższej uczelni w tejże dziedzinie, członkostwa w jakiejś komisji-konfraterni do dialogu z Żydami i post-modernistami, a przede wszystkim rzucenie się na problem w pełni nie rozwiązywalny. Słowa poniższe i powyższe wstukałem w komputer z rzadką niechęcią i brakiem satysfakcji z popełnionego tekstu, choć jest to jeden z fundamentalnych, ideologicznych problemów przeszłości i teraźniejszości na pewno bliskiej przyszłości. Słowo antysemityzm jest nie tylko słowem straszakiem, ale i egzekucyjną kulą mediów głównego, albo i mętnego nurtu . Osoba trafiona takim pociskiem (mimo, że argumenty, które przedstawia są poparte logiczną dokumentacją) nie ma szans na reanimację i cywilny pogrzeb godny każdego człowieka. “Głoszący prawdę zawsze żyli na pustyni” –  konstatował Nietzsche, wróg i potencjalny grabarz chrześcijaństwa, nie wstydząc się korzeni i osnowy swych refleksji i doznań intuicji. Mimo auto-rekomendowanej, komediowej proweniencji, ten tekst wydaje się poważny, głównie przez przywołane autorytety.

Teresa Grabińska alarmowała w "Akancie” (2010, nr 10): "W Polsce nie ma wolności słowa. To znaczy  wolno różne opinie publikować i wygłaszać, ale te, które nie spełniają kryteriów poprawności politycznej, powodują marginalizowanie autorów.” I trzeba dodać, że "wgniatanie w glebę” osób o wyrazistych poglądach w demokracji nie jest wyróżnikiem martyrologicznym, jak w totalitaryzmie, ale powoduje uwiąd człowieka odsuniętego na boczny tor. Środowiska liberalno-lewicowe, które pod sugerowaną postacią “polityki miłości” emitują “mowę nienawiści”, jako metodę knebla przyjęły pozew sądowy, a nie rzeczową polemikę i dialog. Samo zrywanie knebla jest dla nich aktem nie tylko symbolicznego odwetu, ale wręcz gwałtem, który winien być karany z mocy urzędu (o ile Urząd jest od nich zależny). Przyjąłem metodę pisania, która sprowadza się w wielu aspektach do  ścierania się przeciwstawnych opinii. I ich zderzenie, wiązane refleksjami, niech będzie dla czytelnika zalążkiem do procesu interpretacji, albo i wejścia na trakt szczerze poznawczy. Ja sam, skryba nicości,  jestem pyłkiem na wietrze, ale pyłkiem, który stara się powiedzieć wiatrowi swe malutkie “nie” i znajdywać nieustannie jakieś większe “tak”.
 

Wybitny znawca tematu prawdy w kontekście semickim (i nie tylko) Ks. Prof. Waldemar Chrostowski mówi: - “Zatem w dialogu – paradoksalnie – chodzi o nas i naszą tożsamość! Nie można w pełni zrozumieć tajemnicy Kościoła bez uwzględniania tego, co nas z plemieniem Abrahama łączy i - dodajmy – dzieli. Teologia przed Soborem Watykańskim II nasuwała (w pewnym momencie)  konstatację-wrażenie, że można się całkowicie obejść bez wzmianek i refleksji o Izraelu.  Sobór przypomniał, że jest inaczej, dzięki czemu uprawianie teologii zostało wpisane w ramy historii zbawienia, która wciąż trwa.” Nie można, mówiąc o stanie i źródle naszej cywilizacji, odciąć się od judaizmu, bo byłoby to resekcją zbyt radykalną i przeciw “wymogom prawdy”. Natomiast procesy desakralizacji świata zachodniego, spłycenia wymiaru duchowego człowieka i odcinanie się od “ciemnej” historii może w najbliższych dekadach spowodować skrajną  utylizację takich problemów i eksmisję ich na podziemny śmietnik. W tych zasygnalizowanych meandrach myśli i zdarzeń, w ambiwalencjach tego co jasne i najjaśniejsze, wykluwają się tajemnice i niejasności kardynalne. Tajemnicy (z mocy pojęcia) nie da się zrozumieć, ale można ją poddawać próbom eksplikowania; nie jest też jałowym zajęciem przybliżanie jej analogii i pojęć przystawalnych. Nie jest jałowa trafna egzemplifikacja przygodnych zdarzeń w świetle niewytłumaczalnego. W pogańskich kulturach religijnych skutecznie podsycano “tajemniczość” kultu, chcąc epatować wyznawcę transcendentną ciemnością.

Obecnie dyktatura psychologiczna i wręcz materialna lobby żydowskiego opiera się na jednym słowie, które jest w dużym stopniu uprawnione z mocy zbrodniczych faktów. Słowo to zaczęło stanowić klucz do wszystkiego: - stworzenia nowej religii, uprawiania polityki, działań praktycznych. “Holocaust to nazwa pochodzenia greckiego, urobiona od czasownika holo-kautéo, “przynoszę/składam całopalną ofiarę. To holokautöma to złożona Bogu ofiara całopalna , z której nic nie pozostaje, gdyż całość żertwy jest strawiona przez ogień. (…) “Szoah” to nazwa przejęta z języka hebrajskiego, która oznacza “ruinę”, “burzę (z piorunami)”, "pustkowie”, a więc zagładę. Ofiara całopalna stanowiła jedną z odmian ofiar dobrowolnie składanych Bogu przez Izraelitów. Tymczasem śmierć milionów Żydów zamordowanych w okresie II wojny światowej wcale nie była dobrowolna. Oni nie chcieli umierać, chcieli żyć! Z kolei nazwa “Szoah” sugeruje, że zniszczenie jest kompletne, że nic nie zostało, co też mija się z prawdą, bo przecież życie żydowskie trwa i rozwija się, po Zagładzie nawet bujniej niż kiedykolwiek wcześniej”. Przemienić “zagładę” w bujny i budzący respekt rozkwit narodu, odzyskać niezależną i wręcz imperatorską państwowość świadczy o sile przetrwania i hiper geniuszu Judejczyków. My szczycimy się odzyskaniem niepodległości po 123 latach zaborów, a Żydzi uzyskali suwerenną ojczyznę po ponad dwóch tysiącach lat (Pompejusz zdobył Jeruzalem w roku 63 przed Chr.).  Aż się prosi o słowa poety, który w “Kraju spustoszonym” (w innych okolicznościach cywilizacyjnych) pisze: “miesiąc najokrutniejszy, dobywa/ Bzy z ziemi martwej, miesza/ Pamięć i żądzę, pobudza/ Głuche korzenie wiosennym deszczem”. Tak było z narodem, który budzi podziw i mieszane uczucia, często zakwestionowanie.

Charakterystyczny, dla XX-wiecznego ducha judaistycznego, inspirowanego interesem i literą asymilicjonizmu, wręcz symboliczny, jest fakt, że Fritz Haber, który pochodził z bogatej żydowskiej rodziny, noblista roku 1918 za opracowanie metody syntezy amoniaku, zgłasza się do niemieckiego Ministerstwa Wojny z propozycją produkcji gazu bojowego. Neofici (również narodowi) są gorliwi. Dzięki jego “innowacyjności”  pięć tysięcy żołnierzy francuskich umierało w konwulsjach pod Ypres w Belgii, a dwa razy tyle zostało trwale sparaliżowanych. Geniusz Habera (kapitana armii niemieckiej) opiewały niemieckie gazety. 31 maja 1915 r. pod Bolimową, w okolicach Przasnysza na Mazowszu, Haber: “osobiście nadzorował gazowy atak przeciwko Rosjanom. Towarzyszył mu lejtnant Max Wild. Gdy szli przez pole bitwy pełne konających żołnierzy, którzy rwali na sobie ubrania i umierali z żółtą pianą na ustach, Haber był zachwycony swoim wynalazkiem, natomiast Wild nie wytrzymał: Mordujemy Rosjan metodą, której nie są nawet w stanie zrozumieć. Haber odparł: “Dzisiaj, kiedy mamy cały świat przeciwko sobie, musimy odrzucić skrupuły moralne.  Tak w obliczu realizowanej hekatomby mówi niemiecki Żyd, stając niewzruszenie po stronie Cesarstwa Niemieckiego, a mimo że jest laureatem Nagrody Nobla odrzuca “skrupuły moralne”. Nie znalazł się żaden prorok typu Natana, czy Eliasza, by napomniał nie tylko naukowca, ale i naród żydowski, który w dużym stopniu partycypował w zbrojeniach Rzeszy i postępach w technologii agresji, które doprowadziły do II-ej wojny światowej. Sytuacja była nieco podobna do tej w Hiszpanii w średniowieczu, choć tam finansjera żydowska ewidentnie prowadziła podwójną grę i wspierając (finansowo) katolickich królów nie stroniła od intratnych kontaktów z muzułmańskimi kalifatami. Pieniądz nie zna idei, ani etyki. Trzeba jednak zakwestionować rzymskie porzekadło, że pieniądz nie śmierdzi. Zdarza się, że rzeczywiście nie śmierdzi, ale piekielnie cuchnie.

Wróćmy do sugestywnej postaci Habera, bo przykład jego drogi, nie współgra z wymową kultowego filmu “Kabaret”, ani z pozornie polską, oskarową “Idą”. Ta ostatnia kreuje nową dyktaturę ciemniaków, czyli jak na tle wybitnych zdjęć, psychologiczny gniot, zakłamany historycznie, może uzyskać środowiskowy i międzynarodowy aplauz.

Po I wojnie światowej F. Haber pracował nad kolejnym gazem, sławetnym Cyklonem B. Zdawał sobie doskonale sprawę do czego może służyć. Zbrodnicza technologia zwróciła się przeciwko pobratymcom wynalazcy. Trudno o elipsę skuteczniejszą dla przestrogi aksjologicznej. Umarł po dojściu Hitlera do władzy w roku 1934. Zabrakło czasu na refleksję ostateczną. Zresztą trujące gazy stały się technicznie niewydolne na polu walki; w zetknięciu z rozwiniętymi wojskami pancernymi i lotnictwem były zbyt zależne od pogody i mogące zwrócić się do emitera;  natomiast w przestrzeni zamkniętej Cyklon sprawdził się przerażająco skutecznie.

"Problem z opisywaniem żydowskości polega na tym, że zawsze szukamy jakiś przejrzystych kategorii pojęciowych i językowych, które opisują rzeczywistość życia żydowskiego, a tymczasem ona tej przejrzystości umyka. (…) Jeśli przyjrzymy się bliżej Żydom ortodoksyjnym i ultra-ortodoksyjnym, to okaże się, że niektórzy z nich oczekują Mesjasza indywidualnego, który mógłby na przykład utworzyć Izrael, tak jak oni sobie go wyobrażają. Bardzo wielu z nich upatruje w Mesjaszu postać zbiorową i uważa za Mesjasza Izrael jako taki. Twierdzą, że nie potrzebują państwowości, gdyż Izrael (jako taki) ma w sobie Boską dynamikę i dlatego w każdych warunkach ów jego duchowy wymiar może być urzeczywistniony.” Do tego obszernego cytatu trudno dodać komentarz. Sama jego naga wymowa zamyka usta. Traktowanie zbiorowości jako Mesjasza  wyczekiwanego w Pismach Starego Testamentu jest wyszukaną aberracją budowaną na naciąganych tezach religii holocaustu, bądź twierdzeniu, że Bóg umarł. Trzeba jednak zauważyć, że ta przykładowa gorliwość służby Habera wynikała z zaszłości historycznych na terenie Germanii: “Niemieccy Żydzi byli pariasami do 1869 roku. Przez ponad pięćdziesiąt lat – od zniesienia uchylonego w 1812 roku edyktu emancypacyjnego, do uchylenia restrykcji wobec Żydów w Prusach w roku 1869 – nie posiadali oni ani prawnego, ani obywatelskiego statusu (..) Żyjąc poza prawem, a jednocześnie będąc dobrze zintegrowaną częścią gospodarki otaczającego ich świata, Żydzi zajmowali w narodzie niemieckim pozycję tak trudną i nieoczywistą, że utrzymali w sobie cechy kasty, pomimo że już dawno przestali nią być” Można by przekornie dodać, że nie brak cech kasty powodował wzrost znaczenia, a że plemię, które utrzymało wewnętrzne cechy kasty, wspomagała moc podwójnego sumienia – innego pośród swoich, odmiennego dla obcych.

Proces asymilacji narodu żydowskiego na przełomie XIX i XX wieku, w Królestwie Polskim (priwislanskijm kraju) napotykał na spory opór, choć klimat społeczny stwarzał mentalne naciski. W całej carskiej Rosji mieszkało 5 milionów osób wyznania talmudycznego. Podczas zjazdu w Kownie adwokat petersburski Hosberg  wystąpił przeciw wolności sumienia, która  (jak twierdził): “może podkopać historyczną  solidarność Żydów”. Gazety starozakonne podgrzewały spór: “Toczymy walkę z asymilatorami, musimy doprowadzić ją do końca. Żadnego kompromisu, żadnego porozumienia nie może być między nami i nimi. Zniszczyć asymilację!” Bolesław Prus byłby w naszych czasach okrzyczany skrajnym antysemitą, bowiem pisze: “…już wiemy dlaczego Żyd łączy się z Rosyaninem i Prusakiem przeciw Polakowi; albowiem uczy Talmud: Trzymaj się tego, komu szczęście sprzyja. I domyślamy się, co mówili, przynajmniej niektórzy z nich, gdy przewróciła się gościnna Rzeczpospolita: Pan jest Bogiem zemsty!” Autor “Lalki” przyznawał jednak, że naród tułaczy ma prawo do swobody wyznania, własnego języka, prasy, teatrów, szkolnictwa, a także co podkreślał dość ostentacyjnie, że “mają prawo do lekceważenia nas, a sympatyzować z hakatyzmem…”. Analogie z islamistami we współczesnej Europie są czytelne. Wtedy i teraz ukazuje się wschodnia mentalność i przypisywanie sobie zasług za życie na koszt niewiernych, kotwiczenie się we jednoczącej się świecko Europie jednoczenie tworząc enklawy szariatu. 

Naród żydowski bywa znienawidzony na dłuższą metę współżycia, odradza się w sile i dynamice przetrwania jako pasożyt częstokroć, pasożyt doraźnie pożyteczny.. Ale nie wszyscy “wybrani” byli bezkrytycznie zadufani w prądy judaistycznej interpretacji XX-wiecznej Zagłady. Wielka żydowska poetka odczuwała inaczej:

Nelly Sachs

                    Quia malum est, Deus est
                                       Św. Tomasz z Akwinu

Żydowska poetka
przeczy słowom żydowskiego filozofa:
 - po Auschwitz pisze wiersze piękne i mądre,
pełne ekstazy życia. A widziała w zenicie nienawiść, butę
zła, żuła gorycz wypędzenia w noc Skandynawii.
Kometa śmierci nie spadła w nicość,
wcieliła się w jej świat jako coś oczywistego
i słowo ukochany
przechodziło przez cenzurę gardła jej płaczu.

Miała odwagę
znów pytać, czy ucho ludzkości,
zdeptane obojętnością zbrodni,
byłoby otwarte na słowo proroków,
gdyby znów przyszli. Myślała o największych:
Izajaszu, Amosie, Eliaszu, pewnie i o Janie Chrzcicielu.
Ale prorocy dla człowieka
zawsze przychodzą nie w porę.

Zapominamy o poetach tragizmu.
Zaliczamy minutę ciszy, a potomkowie ocalonych
sadzą drzewka: - przyzywają tradycję Jom Kippur,
ofiarnego kozła. Jakie zwierzę może zanieść na pustynię
grzechy całych narodów?

Wiersze Nelly Sachs porażają
moralną bezpośredniością
nadziei

Tradycja Święta Jom Kippur, Święta Pojednania jest starożytna nawet jak dla pojęć historii narodu wybranego. W tym rycie finalną, najważniejszą funkcję pełni misterium nałożenia na ofiarne zwierzę grzechów i niegodziwości całego narodu i fizycznego wygnania ich ciężaru na pustynię, gdzie kozioł-nosiciel musi umrzeć od słońca i pragnienia. To jaskrawa forma zbiorowej hipokryzji. Ofiarne zwierzę przyjmuje co roku na swoje barki grzechy zbiorowości i pojedynczej osoby z tej zbiorowości i eksmituje je w bezkres pustyni, aby tam umierały w sposób “naturalny”, domyślnie z głodu. Ta bardzo dawna operacja “techniczna” jest  znakomicie opisana  w Księdze Kapłańskiej, czyli części Pięcioksięgu (Tory – głównego inspiratora pism rabinackich i Talmudu). Trzeba jednak powiedzieć, że podobne obrzędy miały miejsce w równolegle funkcjonujących społeczeństwach, były powszechne w owych czasach. W Babilonii w Święto Nowego Roku oczyszczano świątynię Bela przez pocieranie murów ciałem baranka i potem jego szczątki obciążone nieczystym wrzucano do rzeki. Przynoszenie ludzkich grzechów na rzeczy i zwierzęta jest znane z historii. Obecnie funkcjonuje w niby niewinnej magii sympatycznej i to nie tylko jako rudyment. 

"Wykładowca Harvardu, M. Dershowitz, przezwał prymasów Polski Hlonda, Wyszyńskiego i Glempa, kardynałami kryminalistami, fanatykami z krwią na habitach.
Żadne kłamstwo okradające Polaków z postaw szlachetnych i heroicznych nie równa się – rzecz jasna - z kłamstwem żydowskim przypisującym Polakom współautorstwo (coraz częściej autorstwo) Holocaustu (…)  Polski katolicki Kościół, obermorderca i podżegacz do żydobójstwa, stale karmił motłoch nienawiścią do Żydów, zaś pomna tych nauk Armia Krajowa mordowała Żydów masowo  (1996) – głosi Australijczykom, Anglikom, Amerykanom A.H. Biderman”  Nie będę komentował tak radykalnych przytoczeń, bo nawet przyjmując największe zacietrzewienie w polemikach – “nie uchodzi”, mówiąc językiem ulicy, poniżać się do odpierania tych kalumnii, jakąkolwiek kontrowersją.

Ale teraz, jesienią 2015 r., niejaki Gross twierdzi, że Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców (w roku 1996 otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RzP). Niby absurdalne, ale mówi to Żyd profesor, w postępowej Polsce hołubiony jako wyrocznia na jedynie słusznych łamach i rautach “elyty”. Dla kontrastu, gen. Stefan Rowecki “Grot”, dowódca AK, meldował 25 września 1941 r: -. "Ujawniło się, że ogół żydowski we wszystkich miejscowościach, a już w szczególności na Wołyniu, Polesiu i Podlasiu (...) po wkroczeniu bolszewików rzucił się z całą furią na urzędy polskie, urządzał masowe samosądy nad funkcjonariuszami Państwa Polskiego, działaczami polskimi, masowo wyłapując ich jako antysemitów i oddając na łup przybranych w czerwone kokardy mętów społecznych." Nic dodać, nic ująć. Potwierdza to świadectwo mojej matki, która mieszkała w Kałuszu pod Stanisławowem i przeżyła tam okres kiedy Żydzi w momencie wkroczenia Sowietów wywieszali czerwone flagi i zachowywali się jak pisze Generał “Grot”. Symboliczne są nazwy miejscowości Koniuchy i Naliboki, gdzie już nie tyko zdradą, ale zbrojnie, Żydzi zabijali i równali z ziemią polskie wioski (Koniuchy od 38 do 130 zabitych Polaków, najmłodsze dziecko 2 lata; Naliboki - od 128 do 250 osób zabitych - wg różnych źródeł). Ciśnie się na usta sentencja: “Jakie dobro tobie wyrządziłem, że tak mnie nienawidzisz”. A może podobne odpycha się od podobnego? Czy wspólny, analogiczny los i charakter budzi ponadczasowe animozje?

Byłaby to z mojej strony podła manipulacja gdybym nie przywołał w tych okolicznościach zapomnianej postaci Berka Joselewicza, żydowskiego ułana przełomu XVIII i XIX w. Samo określenie “żydowski ułan” brzmi jak oksymoron, więc postać wymaga koniecznej odsłony. “Występując pod widomym znakiem Polaka wyznania mojżeszowego, wcielał w czyn obywatelski program postępowych posłów sejmu czteroletniego, Butrymowicza, Linowskiego, Kołłątaja… (…) Pułk żydowskich ułanów wystawiony przez Berka, zginął doszczętnie w czasie obrony Pragi przeciw Suworowowi i obfitą daniną krwi zapieczętował pierwsze próby przyswojenia naszemu narodowi wiecznych tułaczów…”. Symptomatyczne, że Joselewicz był faktorem (plenipotentem), powieszonego przez lud warszawski w Insurekcji 1794 r., biskupa wileńskiego Massalskiego, ewidentnego zdrajcy narodu. Przykład poszedł na szczęście w las. Zwyciężyła lojalność wobec korzeni, które wrastały w obcą ziemię na Wisłą i Bugiem sześćset lat. Po utracie państwowości Rzeczpospolitej, Berek przedostaje się do Francji i tam mimo gorzkich szyderstw z powodu pochodzenia, dalej związany jest z polskim wojskiem na obczyźnie. Zginął 5 V 1809 r. pod Kockiem jako sztabowiec w napoleońskiej armii. Jego wielkość docenili wielcy tego świata. Prezes Rady Stanu Stanisław hrabia Potocki kreśląc jego wizerunek porównał go do blasku rycerzy, których “śmierć niegdyś opiewały córy Syjonu”, a Król Saski wyposażył wdowę i syna w dożywotnią emeryturę.

Martin Buber podkreśla, że rabin Nachman z Bracławia, zmarły w roku 1810,  to właściwie ostatni żydowski mistyk naturalny. Dziwne, że żydowski pisarz zmarły w 1985 r., tak odlegle sytuuje uwiąd duchowy swego narodu. W “Opowieściach rabina Nachmana” przyznaje, że żydowskiemu mistycyzmowi daleko było do wzlotów Eckharta, Plotyna czy Lao-tse. A jednak założyciel chasydyzmu Izrael z Międzyborza, znany jako Baalszem-tob, Pan Dobrego Imienia był ciekawym myślicielem i przejmującym świadkiem bezpośredniości swego obcowania z Bogiem. Jego nauka zachowała się szczątkowo. “Bóg głosił Baalszem – jest w każdej rzeczy jako jej praistota. Dostrzegają Go tylko najgłębsze siły duszy. Wyzwalając je człowiek jest zdolny na każdym miejscu i w każdym czasie uchwycić Boskość. Każda czynność jest uświęcona tymi siłami, chociaż osobie postronnej wydaje się nikła i bez znaczenia, wiedzie do serca świata. We wszystkich rzeczach, również na pozór całkiem martwych, tkwią iskry życia, które wpadają w dusze przygotowane. To, co człowiek nazywa złem, nie jest istotą, lecz brakiem: wygnaniem Boga, najniższym stopniem dobra, tronem dobra lub – by posłużyć się językiem starej Kabały – pokrywą, która otacza i zasłania istotę rzeczy.”     Metafora zła jako “tronu dobra” jest mało przekonywująca. Zauważmy jednak, że koncepcja zła jako braku przystaje dość kompatybilnie do koncepcji tomistycznej, że zło jako takie nie ma realnego bytu. Nachman z Bracława (prawnuk “Pana Dobrego Imienia”) był ostatnim cadykiem (pośrednikiem) ludu z Bogiem w euforycznej erupcji ducha w żydowskich nizinach społecznych wieku XVIII. Heroicznie walczył o uratowanie radosnych idei chasydyzmu, ale poniósł klęskę. Wydaje się jednak, że mistycyzm nie mógł zostać całkowicie spacyfikowany w tak mobilnym narodzie. Jest zaakcentowany również w teraźniejszości, choć nie przystaje do dominującej obecnie  religii holocaustu, której utylitaryzm jest nieoceniony.

Mądrze refleksyjną, na poły mistyczną, a jednocześnie inkrustowaną polemiką, książkę “Bóg szukający człowieka” wydał Abraham Joshua Heschel. Jest on uznawany za jednego z największych teologów żydowskich XX wieku. Sam tytuł jest charakterystycznym odwróceniem, to nie ludzie szukają Boga, nie ich zżera głód transcendencji, ale to Bóg szuka człowieka, niejako wyłuskuje go dla siebie i dla niego spośród zdarzeń i przejawów intuicji. Jako przeciwstawne twierdzenie przytoczę zdanie Edyty Stein: “Kto szuka prawdy, szuka Boga”. Wydaje się, że jeśli zmiany mentalności społeczeństw będą dalej zmierzać w obecnie obowiązujących kierunkach, Bóg będzie musiał pofatygować się jeszcze raz  i wysłać na Ziemię nową formę Logosu, i jednocześnie zintensyfikować działanie Ducha Świętego. Wtedy spełni się teza Heschela o Bogu szukającym człowieka. Najwybitniejszy po Rilkem, poeta  XX wieku, T.S. Eliot, pisał w chórach do misterium “Opoka”:

"Na początku Bóg stworzył świat. Jałowy i pusty. Jałowy i pusty.
Ciemność stała na twarzy przepaści.
Potem byli ludzie, różnymi drogami dążyli w udręce do BOGA
Na oślep i na próżno, bo człowiek jest marnością;
a człowiek bez BOGA jest ziarnem na wietrze…".

Ten sam czas, inne podejście do metafizyki drogi człowieka. Chrześcijańska hierarchia, contra żydowski indywidualizm skażony przymusem zbiorowego odczytywania Boga Jedynego (co samo w sobie może dziwne nie jest, może absurdalne). Heschel pisze: “(…) filozofia mogłaby się uczyć od religii. Dla filozofa najbardziej wzniosłą jest idea dobra, lecz dla Biblii idea ta pozostaje na drugim miejscu: nie może istnieć bez świętości. Świętość jest istotą, dobro zaś jej wyrazem.” Teza, że dla filozofa prymat stanowi idea dobra jest nietrafny formalnie. Filozofa ma interesować tylko prawda, a właściwie dążenie do prawdy, co jest po pierwotnie postulowanej “miłości mądrości”, przekonaniem najbardziej uprawnionym, choć może brutalnym. Dalej Heschel dyktuje nam wizję: “Zwrot Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba różni się znaczeniowo od określenia takiego jak Bóg prawdy, dobra i piękna”. Konstatacja subiektywnie trafna, obiektywnie chybiona, bowiem jednak wskrzesza rozdział Jerozolimy od Aten. Potem żydowski teolog, także kapłan, promuje odrzucenie kategorii wyjątkowości. “Większość z nas nie akceptuje idei objawienia nie dlatego, że nie można jej wyjaśnić, lecz ponieważ jest wyjątkowa”. I zaraz po tym zdaniu dodaje: “żaden niedostatek nie czyni duszy bardziej jałową niż brak poczucia wyjątkowości”. Symptomatyczne, nieco żałosne. Nasuwa się wniosek, że teolog pojęcie “wybraństwa” atomizuje i redukuje do intymnego wymiaru osoby, czyli mikrokosmosu. “Święty starzec” kościoła prawosławnego, Serafin z Sarowa mówi, że indywidualna kontemplacja dokonuje się, w gruncie rzeczy, dla rzeszy wiernych, czyli winna spełniać “funkcje publiczne”: “posiądź Pokój Wewnętrzny, a tysiące wiernych znajdą przy Tobie zbawienie”. Warto wobec tej “funkcji publicznej” wrócić do faktów sprzed kilkunastu wieków. Założyciel ruchu Ojców Pustyni, św. Antoni Wielki, stał się po latach najradykalniejszego odosobnienia, nauczycielem szukających doskonałej drogi, promotorem życia pustelniczego, wspomożycielem prześladowanych i publicznym apologetą chrześcijaństwa.

Podsumujmy to, co pod koniec książki pisze judaistyczny teolog: “Jesteśmy narodem, który wystawiono na największe próby. Nasza egzystencja jest światu albo zbyteczna, albo niezbędna; bycie Żydem jest albo tragiczne, albo święte.” Istota tego zdania przeczy wszelkim zasadom rozsądku, a co gorsza nawet logice absurdu. Wystarczy wsłuchać się w niedzielne czytania ze Starego Testamentu, z Ksiąg historycznych, żeby jaskrawo zauważyć, że ani tragizm, ani świętość nie są przypisane Narodowi Wybranemu w sposób automatyczny, a uzurpowanie sobie tej intronizacji moralnej wynika chyba z agresywnej postawy wyższości. Żadne bierne poddanie się eksterminacji nie daje prawa do ingresu świętości.  Nawet w odrodzonym w 1949 r. Izraelu mówiono o współplemieńcach uratowanych z Europy Wschodniej i Środkowej – per “mydło”. Natomiast istnieje moc  świadectw, że wielu pierwszych chrześcijan z radością przyjmowało “palmę męczeństwa” (często jej wręcz szukało, aby dać świadectwo wiary), najczęściej bezwzględnie okrutnego na arenach dla gawiedzi, na krzyżach, w trakcie wymyślnych egzekucji. Te świadectwa świadczą o świadectwach.

Filozofia żydowska ma cechy specyficzne (głównie dzięki inspiracjom religii). Nie ma ciągłości, a jedynie okresy wyrazistej  aktywności w skali ponad-narodowej, ponad-wyznaniowej. Zawsze, jeśli była autentyczna, była inspirowana judaistyczną religią. Pierwszy okres to niewątpliwie okres bytowania w diasporze w Aleksandrii, gdzie wpływy greckie zmodyfikowały judaizm do modelu alegorycznej interpretacji Pisma. Wykwitem tej tendencji jest wybitne dzieło Filona z Aleksandrii (ok. 20 r.  przed Chr. – po  40 r. po Chr.). Geograf Strabon (cytowany w dziele Józefa Flawiusza) świadczy, że Żydzi “dotarli już do każdego miasta i trudno znaleźć takie miejsce na świecie, które by nie otwierało podwoi przed tym narodem i nie uległo jego przewadze”. Świadczy to ekspansywności narodu w czasach  Cesarstwa Rzymskiego, jeszcze przed zburzeniem Świątyni Jerozolimskiej przez Tytusa w roku 70 tym, o jego operatywności, a jednocześnie odrębności. Żydzi w Aleksandrii mieli szeroką autonomię w ich sprawach wewnątrz diaspory, dość bliską tej na terenach Rzeczpospolitej zwanej “szlachecką”. Mieli swego wewnętrznego przywódcę ludu – zwanego  etnarchą i radę starszych. Samorządzili się dla siebie i dla siebie wyłącznie, choć nie obyło się bez konfliktów ze strefą zewnętrzną.

W swych pismach Filon stosuje metodę alegoryczną. Nie jest to jego odkrycie. Już filozofowie stoiccy i gramatycy tłumacząc mity i greckie legendy ludowe stosowali tę metodę, a konsekwentne i całościowe, systemowe zastosowanie metody do Pisma jest zasługą Arystobula, poprzednika Filona. Celem i nadrzędnym sensem metody było pogodzenie prymitywnej religii z oświeconą filozofią. I tak było u Filona. Pisze, że “Litery pism świętych są podobne do cienia ciał, a prawdą jest to, co się za cieniem kryje.” Jak to stwierdzenie jest  bliskie Pseudo-Dionizemu Areopagicie: “rzeczy widzialne są obrazem niewidzialnych”!  Alegorystyka Filona wywarła ogromny wpływ na chrześcijańską egzegezę  i w Kościele greckim (Klemens, Orygenes, Grzegorz z Nyssy), jak i w  jego łacińskiej odnodze (choćby u Św. Ambrożego).

Potem następuje zachwianie ciągłości i dopiero w wiekach zwanych średnimi, za pośrednictwem filozofów arabskich, przyswajających sobie pisma Arystotelesa, ujawnia się nowa era filozofów z kręgu judaizmu. Następuje ciekawa i niezaprzeczalna inwazja ich wpływu na europejską filozofię średniowiecza. Np. Salomon Ibn Gabirol (ok. 1021-1058), hiszpański Żyd, swym dziełem “Źródło życia”, głęboko i trwale wpłynął na kręgi myśli franciszkańskiej XIII wieku, ważnej nie tylko ze względu na kształtowanie się refleksji filozoficznej w wiekach średnich, ale rzutujących na całą myśl filozoficzną ponad-okresową. Ibn Gabirol twierdził, że “oprócz Boga wszystkie substancje, nawet te,  które nazywamy substancjami prostymi, złożone są z materii i formy. Jeśli zgodzimy się  nazywać tego rodzaju złożenie złożeniem “hylemorficznym,” to można twierdzić, że hilemorfizm Gabirola dla pewnej liczby teologów chrześcijańskich stał się radykalnym sposobem oddzielenia stworzeń od Stwórcy” – pisze wybitny historyk filozofii wieków średnich. Następnym filozofem, o którym nie wolno zapomnieć i któremu jest coś winny rozwój filozofii ogólnoświatowej, to Mojżesz Ben Majmonides (1135-1214), autor sławnego “Przewodnika błądzących”. Dzieło pozostawało pod wpływem neoplatonizmu i arystotelizmu, choć ten ostatni dominuje. W przeciwieństwie do Ibn Gabirela, Majmonides utrzymuje, że czyste Inteligencje nie posiadają materii oraz że materia ciał niebieskich różni się od materii ciał ziemskich.. Majmonides dowodzi  istnienia pierwszego Poruszyciela, istnienia bytu koniecznego oraz istnienia pierwszej przyczyny. Czyż to nie jest bliskie Tomaszowi z Akwinu? “Istnienie Boga - u Majmonidesa - jest ustalone bez względu na to, czy świat został stworzony ex nihilio w czasie, czy istniał odwiecznie. Oczywiście wyższość i wyrafinowanie filozofów żydowskich wywodzi się ze ścisłych zażyłości z myślą Awicenny, a jeszcze bardziej z Averroesem. Tam znaleźli techniczne wyposażenie pojęciowe przejęte pośrednio od Greków.

Trzecia epoka to okres nowożytny od Spinozy do Mojżesza Mendelsona.  Trzeba też stwierdzić, że istnieli znakomici myśliciele semiccy, których trudno zakwalifikować jako Żydów, bo tak wsiąknęli w społeczność w której dojrzewali, w trendy kulturowe i poznawcze, że ich judaizm, z którego wyrośli, trudno zauważyć. Konsumują w swej twórczości zdobycze rozwoju klasycznej filozofii i jej przekształceń, których inicjatorami i koryfeuszami bywali częściej niż częstokroć.

Żydzi w pojęciu ogólnym, dawniej pogardliwie określanym jako gminne, kojarzą się głównie z handlem i interesem, z bankowością i z przebiegłością, a gdy osiągną status zawodów wyższego rzędu (adwokat, lekarz, literat) z odcinaniem się od żydowskiej biedoty i z generowaniem bogactw i wizualnych przewag. Stary Testament mówi wprost:

"Trudno jest kupcowi ustrzec się od przestępstw,
A handlarz nie będzie wolny od grzechu.
Bardzo wielu zgrzeszyło dla zysku,
A ten który stara się wzbogacić odwraca oko.
Jak kołek wbija się między kamienie ze sobą spojone,
tak grzech wdziera się między sprzedaż a kupno". (Syr. 26, 2927,2)

Powtórzmy zdanie z Księgi Ksiąg: “grzech wdziera się między sprzedaż a kupno”. Dlatego polski szlachcic wolał oddać sprawy merkantylne byle Żydowi, aby samemu nie parać się przyziemnym brudem. Trochę to utopijne, nieco w typie aktów czynu Don Kichota. Wolał grzech pijaństwa, niż grzech chciwości, czuł się rycerzem, który chroni swoich poddanych,  kiedy trzeba to i całe królestwo, idąc na konieczne, obronne  wyprawy wojenne i przychylając się czasami do nowych, okazjonalnych podatków.

Kilkanaście lat temu, w końcu lat dziewięćdziesiątych, można było na wielu murach polskich miast odczytać napisy  “666” - oczywiście nie miały nic wspólnego z równolegle wpajaną symboliką liczb "69”. Był to jakiś spontaniczny sprzeciw, myślę że młodych ludzi, przeciwko nadmiernej dyktaturze cywilizacji stricte handlowej. Teraz tego już nie uświadczysz, buntownicy dorośli w Polsce do biedy (także wewnętrznej) i wyemigrowali byle dalej, bądź kotwiczą się w narodowych formacyjkach sprzeciwu. Społeczeństwo dojrzałych ludzi jest pogodzone ze spłaszczeniem wymiaru życia społecznego i mimo, że zachowuje podstawową więź z wiarą Ojców, to na ogół tylko od niedzieli do niedzieli, a częściej od pogrzebu do chrzcin. Przytoczmy fragment Apokalipsy, spełniający się w sposób bardzo wyrazisty i jednocześnie podstępny, bo jest nałożony na normalne bytowanie człowieka:

"I sprawia, że wszyscy:
mali i wielcy,
bogaci i biedni,
wolni i niewolnicy
otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło
i nikt nie może kupić ni sprzedać,
kto nie ma znamienia – imienia Bestii
lub liczby jej imienia. (…)

Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy:
Liczba to bowiem człowieka.
A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.” (Ap. Św. Jana 13, 16-18)

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora