Piotr Soska - Anioł Stróż

Wieczorami, kiedy zasypiam, lubię myśleć, że obok mnie leży mój Anioł Stróż, który okrywa mnie swoimi skrzydłami. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi mi o jakąś perwersyjną wizję faceta ze skrzydłami, który sapie mi do ucha. Anioły takie nie są. Po prostu widzę starego, dobrego przyjaciela, kogoś, kto przeszedł ze mną nie jedno i zawsze wyciągał mnie nawet z największego bagna. Mimo, że widział moje upadki mówił: Stary, weź się w garść do cholery, pomogę ci. I co najlepsze, zawsze pomagał.

 

Wyobrażam sobie to nie tylko w kolejną samotną noc, ale też gdy jadę do pracy i znów muszę się zmagać z zadaniami, które mnie przerastają, albo gdy czekam w kolejce do dentysty. Pewnie jest wtedy zażenowany i kiwa głową z politowaniem, ale co ma poradzić na to, że trafił mu się facet śmiertelnie bojący się leczenia kanałowego?

Mój Anioł Stróż musi być bardzo naiwny. Gdybym ja na ten przykład był sobie taką niebiańską istotą, to już dawno machnąłbym ręką na podobnego typa. Przypadek beznadziejny, nie ma co, nie będę mu więcej pomagał. - tak właśnie bym powiedział. Ale ten dalej we mnie wierzy, wierzy, że z tej mąki będzie jakiś chleb, może trochę zakalcowaty, ale nadający się do zjedzenia.

Jeszcze rozumiem, kiedy byłem małym, słodkim i niewinnym chłopcem. Przewróciłem się na rowerku na środku ulicy, a wielka ciężarówka pędziła wprost na mnie. Złapał mnie za kołnierz skubany i wypchnął na bok grożąc palcem. Zamiast cieszyć się, że w ogóle żyję, wróciłem się i pociągnąłem rowerek do siebie. W końcu na czym bym jeździł, gdybym został zmiażdżony przez ciężarówkę? W zasadzie też bym się zlitował na jego miejscu, niech sobie pożyje jeszcze bachor i pojeździ na tym rowerku, aż nie dostanie większego na komunię.

Ale kiedy byłem już zbuntowanym nastolatkiem, który miał wszystkich w głębokim poważaniu łącznie ze swoim Aniołem Stróżem, nie wiem czy też byłbym tak skory do pomocy na jego miejscu. Nosiłem wtedy trampki i zapuszczałem grzywkę na wzór wokalisty mojego ulubionego zespołu rockowego. W uszach ciągle miałem słuchawki, z których leciała głośno jakaś głupia muzyka. Można było nie zauważyć pędzącego pociągu, przechodząc przez tory, no nie? Odwróciłem się tylko, żeby zauważyć, że zaraz zostanie ze mnie mokra plama, ale dostałem wtedy od mojego niebiańskiego towarzysza takiego kopa w tyłek, że nigdy go nie zapomnę. Naprawdę jestem mu za niego wdzięczny.

Albo kiedy w szkole jeden chłopiec zalazł mi za skórę tak bardzo, że miałem ochotę rzucić nim o drzwi i roztrzaskać mu łeb o posadzkę. Wtedy też przycisnął mnie tymi swoimi skrzydłami do ściany tak mocno, że nie mogłem się ruszyć, a widziałem już swoje ręce na szyi tego typa. Mimo, że próbowałem się wyrwać mówił: Nawet się nie waż, jeśli masz już zrobić coś debilnego, to niech to będzie wybita szyba, a nie dziura w głowie...

Tych sytuacji było więcej. Raz wysiadły mi hamulce w samochodzie czy też prawie nie wysadziłem domu, kombinując coś z butlą gazu. Anioł jednak był naprawdę wytrwały i skuteczny. Pewnego razu postanowiłem się z nim zaprzyjaźnić. Nie umiem podać konkretnej daty czy zdarzenia od którego się to stało. Takie rzeczy nie dzieją się z dnia na dzień. Ale coś się zmieniło i skoro musi już mnie obserwować i oglądać wszystkie moje porażki i upadki, skoro musi zasłaniać dłonią twarz z zażenowaniem, to niech przynajmniej będzie moim przyjacielem.

Wieczorami, kiedy zasypiam, lubię myśleć, że obok mnie leży mój Anioł Stróż, który okrywa mnie swoimi skrzydłami. I błagam, nie zrozumcie mnie źle...