Piotr Marciniak - Omdlenie, przeł. Jerzy Marciniak

Babka zakończyła wieczorny pacierz, staranie włożyła między strony kolorową wstążeczkę i zamknęła modlitewnik. Popatrzyła na nas a potem spojrzała na zegar.

- Dochodzi północ, to idźcie tam i przynieście dziadka.

Skinęliśmy głowami i wyszliśmy z mieszkania.

Śnieg leżał grubą warstwą na podwórzu i był mocno zmrożony. Poświata księżyca skrzyła się jasno na jego powierzchni. I mimo późnej pory nie było ciemno. Cień rosnącej przy bramie lipy kładł się ciemną, wydłużoną plamą w poprzek drogi.

Wzięliśmy sanki i wyszliśmy na drogę. W głębokim śniegu znać było odciśnięte przed tygodniem zajęcze tropy. Musiały podchodzić pod zabudowania w poszukiwaniu jedzenia. Zaczęliśmy iść koleinami wyjeżdżonymi przez samochody. Na policzkach czuć było ostry powiew wiatru. W jego silniejszych podmuchach słychać było jękliwy skrzyp konarów starych drzew w sadzie.

Przeszliśmy przez most i skręciliśmy w wąską uliczkę biegnącą wzdłuż rzeki. Po chwili widoczny stał się napis Night Club. Budynek wyglądał jakby tkwił w głębokim śnie. W większości okien nie paliły się światła. Nie było też samochodów na parkingu.

Zapukaliśmy w frontowe drzwi. Otworzyła nam dziewczyna w szlafroku i wzrokiem wskazała na schody. Między palcami trzymała papierosa. Sączył się z niego jasny dym. Weszliśmy na piętro. Dziadek leżał na podłodze. Obok stała dziewczyna w ręczniku i wachlowała go drugim.

Lepiej jest bo cały czas ma wzwód, ale bierze chyba za dużo, bo prawie od razu traci przytomność.

Patrząc w okolicę bioder dziadka widać było od razu, że dziewczyna mówiła prawdę.

Nałożyłam mu kalesony a później jego czas się skończył, to nic nie robiłam, wachluję go z dobrego serca za darmo.

Trochę energiczniej zaczęła poruszać ręcznikiem.

Zaczęliśmy znosić dziadka ze schodów. Szło tak jak szło, ale w końcu minęliśmy frontowe drzwi i wyszliśmy na zewnątrz.  Mróz jakby nasilał się z każdą chwilą. Położyliśmy dziadka na sankach i przykryliśmy tym co on miał przed utratą przytomności na sobie. Od dołu na pewno szedł na niego ziąb, ale do domu nie było daleko, więc dziadek miał spore szanse by i tym razem nie przeziębić się. Zaczęliśmy iść szybkim krokiem. Sanki na nierównościach przechylały się na obie strony, więc musieliśmy przytrzymywać dziadka, by nie osunął się na śnieg. Zaczynało być tak zimno, że psy nie wychodziły już z bud i ulice wyglądały jak wymarłe.

Podjechaliśmy pod dom i wnieśliśmy dziadka do kuchni. On cały czas był nieprzytomny i cały czas wzwód mu dopisywał. Babka widząc i dziadka i jego dobrą potencję pokręciła ze złością głową. Szybkim krokiem podeszła do niego, rozsunęła mu rozporek, splunęła do środka i usiadła w swoim głębokim fotelu.

- Niech śpi w kuchni, ch... z nim, nie chcę go mieć w sypialni.

Popatrzyła na szyby, na których mróz zaczynał rysować jakieś nieokreślone figury i wzory. Potem złożyła modlitewnik i przeżegnała się. Chwilę milczała, ale twarz miała bardzo skupioną, tak jakby mocno zmagała się z myślami. Jakby chciała coś zrobić, ale nie wiedziała dobrze co. Lub jakby chciała coś zrobić, ale możliwości było tak dużo, że nie wiedziała, którą z nich wybrać. W końcu wstała i nic nie mówiąc wyszła do przedpokoju. Zaraz też dało się słyszeć skrzypienie drewnianych schodów i szuranie jej stóp na stopniach. Zgasiliśmy światło i przeszliśmy do sąsiedniego pokoju, gdzie były nasze łóżka.

Dziadek wyjął swój srebrny, kieszonkowy zegarek z kieszonki kamizelki i zaczął w niego patrzeć z uwagą. Być może nie mógł odczytać czasu a być może czekał aż wskazówka minutowa dobiegnie do dwunastki i zamknie się kolejna godzina.

Weźmiemy sanki i przywieziemy babkę.

Popatrzył uważnie na nas. Obaj przytaknęliśmy mu głowami. On przekręcił się w fotelu i wstał tak, żeby stanąć tyłem do nas. Wzwód mu nadal nie mijał i on starał się to ukrywać. Zwłaszcza przed babką. Bokiem przeszedł do przedpokoju i od razu nałożył swój długi, zimowy płaszcz.

Wyszliśmy z domu i zaczęliśmy iść w stronę biblioteki. Było trochę cieplej i zaczynała się odwilż. Z kup szarego śniegu, leżącego na poboczach drogi, wysączała się szara, gęsta woda. Widać było wąskie powolne strumyczki spływające w dół ku rzece.

Przed swoim domem stał Znachor, który prowadził dziadka zmagania się ze starością. Byli zawsze przyjaciółmi. Teraz jednak jakby ta przyjaźń znalazła się na ostrym zakręcie lub tuż nad przepaścią. Jeszcze kilka dni wcześniej dziadek przyszedł z małym flakonikiem do domu i prawił na cześć Znachora komplement za komplementem i pochwałę za pochwałą. Teraz odwrócił się do niego plecami i klepnął wymownie w siedzenie. Tamten prychnął lekceważąco wargami i coś zaszeptał pod nosem.

Dziadek szedł słabo. Wzwód mu nie ustępował, więc co chwilę przystawał, odwracał się do nas plecami, po czym dyskretnie poprawiał spodnie i poły płaszcza.

Weszliśmy do biblioteki. Babka leżała w czytelni. Nad nią stał kierownik biblioteki i wachlował ją rozwartą książką. Mówił nieco niewyraźnie, gdyż był chyba trochę podpity a do tego żuł gumę do żucia. Prawdopodobnie by zagłuszyć nieco wyziew z ust.

- Zaczęła czytać te sławne nasze pisarki, których książki ukazują się niemal na całym świecie i… i zaczęła tracić oddech, gdyż w rzeczywistości to jest literatura słaba… więc położyła te książki z powrotem na półkę i zaczęła iść w stronę wyjścia, traciła jednak równowagę, jakby miała mocne zawroty głowy… a później przez nieuwagę powiedziałem, że książki tych pisarek wydawane są za granicą za pieniądze podatników, bo inaczej to nie byłyby wydane, to ona upadła na ręce i zaczęła iść w stronę wyjścia na czworaka… jak dodałem, że można kupić pakiet u wydawnictwa na Zachodzie, czyli wydanie plus recenzja w gazecie i, że za taki pakiet polski podatnik płaci drożej, to ona położyła się na dywanie plackiem i prawie też od razu straciła przytomność.

Zaczął szybciej wachlować babkę rozwartą książką.

Dziadek wziął babkę za ramiona i zaczął powoli dźwigać ku górze. Kierownik odradzał mu jednak.

- Jeden co miał wzwód przez trzy tygodnie, podniósł żonę z podłogi tutaj u nas w czytelni i serce… ledwie go Znachor odratował.  

Dziadek szybko puścił babkę i wyprostował się. Miał wzwód dopiero drugi tydzień, ale wyraźnie nie chciał ryzykować. Widać też było, że słowa kierownika nie przypadły mu do gustu, bo poczerwieniał ze złości na twarzy. Kierownik chyba tego nie zauważył, gdyż po chwili wskazał ręką w stronę kina i nieco sepleniącym głosem dodał.

- Mówili, że jak poszedł do kina to musiał kupić dwa bilety, bo podobno kasjerka mu powiedziała… no, że jak ma taki duży wzwód to może dziobać w plecy tego co siedzi przed nim.

Dziadek spojrzał takim nieżyczliwym wzrokiem na kierownika biblioteki, potem zaklął cicho coś pod nosem i wyszedł na zewnątrz. Podnieśliśmy babkę i wynieśliśmy ją na sanki. On wyszedł za nami.

- Trzydzieści lat pracuję w bibliotece, ale takiej literatury jak teraz to… kiedyś było lepiej… ja mówię, pracuję, ale właściwie to ja tylko jestem tu na teoretycznym etacie, bo praktycznie to zarobię tyle, że z tego nie mogę wyżyć.

Pokręcił ze złością głową i wszedł do środka.

Ruszyliśmy w stronę domu.

Szybko zapadał zimowy zmierzch. W dalekim horyzoncie widać było drzewa rosnące nad rzeką. Na tle ołowianego nieba ich nagie konary wyglądały jak uniesione ręce wielkoludów, z rozczapierzonymi palcami, stojących rzędem gdzieś w wodzie. Sanki szły ciężko. W niektórych miejscach w ogóle nie było śniegu, tylko żwir lub asfalt i słychać wtedy było pod płozami ostry zgrzyt.

W domu Znachora było ciemno. On stał przed domem i jakby czekał na dziadka. Widząc nas przyłożył rozwartą dłoń do czoła i zrobił kilka kroków w stronę furtki. Być może chciał zagadać do dziadka. Był to jednak zamiar pozbawiony perspektyw, bo dziadek odwrócił się do niego plecami i przez ramię krzyknął.
Pocałuj mnie w żyć !

A do tego klepnął się w pośladki.

Znachor odwrócił się powoli, odpowiedział podobnym klepnięciem i szurając podeszwami zaczął sunąć ku wejściowym drzwiom. Od kilku miesięcy mieszkałsam. Jakiś czas miał towarzyszkę życia, którą nawet nazywał żoną, ale ten epizod szybko się zakończył. Plotki mówiły, że żonę kupił za kilka tysięcy dolarów w Kambodży. Kupił jednak na raty, których regularnie nie spłacał. Kosztowne były bowiem prace nad eliksirem męskości. I gdy zaległości były znaczne, to sprzedający odebrał mu sprzedany towar.

Znachor był człowiekiem zdolnym i mającym spore osiągnięcia. Znany był też z dużej konsekwencji i uporu. I jak coś postanowił, to prędzej czy później, na ogół dopiął swego. Był niskiego wzrostu przez czterdzieści kilka lat. Pracował jednak nad eliksirem wzrostu. Tak, że przed pięćdziesiątką podskoczył kilka centymetrów. Zrównał się wtedy prawie wzrostem z dziadkiem. Tuż przed sześćdziesiątką, gdy sprowadził żonę z Kambodży, podrósł znów kilka centymetrów i wtedy był już trochę wyższy od dziadka.

Podeszliśmy pod dom i wnieśliśmy babkę do kuchni. Ona miała oddech dosyć równy, ale oczy ciągle zamknięte. Położyliśmy ją na kanapie i przykryliśmy kocem. Dziadek usiadł przy niej.

Potrzebny jest jej teraz spokój i cisza.

Cicho wyszliśmy na korytarz.

Po północy weszliśmy do kuchni. Role chyba się nieco odmieniły. Dziadek leżał na kanapie i spał a babka przytrzymując się blatu stołu, starała się stanąć na nogach. Szło jej jednak nie najlepiej. I dopiero przy naszej pomocy stanęła dosyć prosto. Spojrzała na zegar, zamrugała oczami i spojrzała jeszcze raz. Chyba nie spodziewała się, że jest już tak późno, bo pokręciła przecząco głową. Przytrzymując się stołu podeszła do kanapy. Z dużym trudem rozpięła dziadkowi spodnie, splunęła do środka i zaczęła przesuwać się w kierunku drzwi.

Niech śpi tutaj, ch... z nim, nie chcę go w sypialni.

Pomogliśmy jej wyjść na korytarz.

Ciotka poprawiła fryzurę, nałożyła kapelusz, zapięła swoje białe futro i wyszła. Spektakl w teatrze rozpoczynał się o dziewiętnastej, więc wyglądało na to, że ona chciała być na miejscu dużo przed czasem. Prawdopodobnie planowała spotkanie z koleżankami, by w hollu wymienić uwagi, poplotkować, trochę ponarzekać, nieco się pochwalić tym czym można było się pochwalić a następnie zająć miejsce na widowni. Dziadek z babką od dosyć dawna nie chodzili już do teatru. Twierdzili, że poziom po upadku PRL-u, obniżył się zbyt znacznie.

Z teatru zadzwonili wpół do ósmej. Prosili, żeby przyjść zabrać ciotkę. Ubraliśmy się szybko i wyszliśmy na dwór. Wieczór był mroźny. W świetle latarń wirowały rzadkie płatki śniegu. Przydrożne drzewa i krzewy pokrywała biała szadź. Sanki podskakiwały na nierównościach.

Podeszliśmy pod teatr. Jedna z kobiet pracująca w szatni czekała na nas.

- Poziom przedstawień jest no… ja pracuję w szatni, to za to nie odpowiadam… nam też jest nie do twarzy jak widzowie w czasie spektaklu wychodzą albo odbierając płaszcze narzekają… w gazetach pisali, że to młody i wybitnie zdolny dramaturg, ale… ona zasłabła już po pierwszych dialogach… koleżanki ją przytrzymywały to siedziała dosyć prosto, ale im dalej szła sztuka tym tekst nie był lepszy, to… chciała chyba dotrwać do przerwy, ale nie dała rady.

Weszliśmy do środka. Ciotka leżała obok gabinetu dyrektora artystycznego. On znał ją z widzenia, gdyż ciotka kiedyś była stałą bywalczynią na premierach, więc teraz starał się trochę jej pomóc. Wachlował ją złożonym w czworo plakatem. Dziadek nachylił się nad ciotką, by być może podnieść ją, ale ta z szatni ostudziła trochę jego zapędy.

- W tamtym tygodniu jeden w starszym wieku nachylił się i usta mu się otworzyły, do dzisiaj nie może zamknąć, był trochę starszy, pod osiemdziesiątkę, ale wzwód miał tylko tydzień... usta ma cały czas otwarte i teraz zupy nie może jeść, łyka tylko kartofle a żeby się nie zakrztusić, to dzieli każdy nożem na ćwiartki i to jest dla niego trudna sytuacja, gdyż wzwód może mu ustąpić najprędzej na wiosnę a tu do końca roku jeszcze kilka tygodni.

Dziadek wyprostował się szybko, odwrócił tyłem do mówiącej i klnąc pod nosem ruszył ku wyjściu. W czwórkę unieśliśmy ciotkę do góry i wynieśliśmy na dwór.

Dziadek stał z boku poprawiając spodnie. Położyliśmy ciotkę na sanki i ruszyliśmy w stronę domu.

Szliśmy drogą trochę okrężną, gdyż dziadek nie chciał przechodzić obok domu Znachora. Cały czas padał rzadki śnieg. Dosyć często sanki podskakiwały na muldach zlodowaciałego śniegu. W niektórych miejscach droga była bardzo śliska. Taki lód przykryty cienką warstwą śniegu. W tych miejscach na nasze nogi czekały różne niespodzianki. Tak, że chwilami trudno było nam utrzymać równowagę.

Podeszliśmy pod budynek Grand Hotelu. Należał on kiedyś do najokazalszych i najbardziej ekskluzywnych budowli w mieście. Teraz stał pusty i czekał od wielu lat na remont. Sala balowa Grand Hotelu miała swoją długą historię. W niej kiedyś rosyjski oficer, podczas balu, strzelił sobie w skroń i padł martwy u stóp swojej wybranki serca. W niej kiedyś bogaty fabrykant potłukł całą zastawę porcelanową. A najnowsza historia sali wiązała się z postacią miejscowego notariusza, który wydał bal karnawałowy dla swojej narzeczonej. Ona jednak się nie stawiła. Notariusz zatańczył więc sam walca Na sopkach Mandżurii a potem siedział milczący u wezgłowia stołu. Nad ranem odtańczył ponownie walca samotnie i poszedł do domu. Później jeszcze kilka razy wydawał bale w tej sali i wszystkie miały taki sam przebieg. Samotny taniec na rozpoczęcie, potem siedzenie i samotny taniec nad ranem. Ostatni okazały bal wydał tuż przed zakończeniem wojny. Goście i orkiestra wyszli wcześniej, gdyż Armia Czerwona przypuściła nocny atak na miasto i idący do ataku żołnierze puszczali serie za serią. W tym po oknach sali balowej. Kilka pocisków trafiło w ogromny, kryształowy żyrandol. Notariusz o czwartej rano, potykając się o resztki żyrandola, odtańczył walca w akompaniamencie własnego gwizdu. Potem, ociekając krwią, opuścił salę balową. W hallu musiał trochę lawirować, gdyż na podłodze leżało kilku rannych żołnierzy armii Adolfa Hitlera. Obok nich stał oficer z pistoletem w dłoni i próbował leżących poderwać do kontrataku. W dwadzieścia pięć lat po wojnie, gdy w sali balowej odbywała się dyskoteka, widziano tam staruszka poruszającego się z trudem. Chciał u prowadzącego dyskotekę zamówić walca Na sopkach Mandżurii. Gotowy był też za spełnienie życzenia zapłacić sporą sumę. Prowadzący dyskotekę nie znał jednak tej melodii i staruszek ze smutkiem opuścił salę.

Podeszliśmy pod dom. Dziadek stanął z boku i palcem wskazywał nam co mamy robić. Z jego gestów domyśliliśmy się, że ciotkę należy wnieść do kuchni i położyć na kanapie, żeby w cieple i zaciszu domowym mogła wybudzić się z omdlenia. Wzięliśmy ją więc ostrożnie na ręce i wnieśliśmy do domu.

Ciotka z babką interesowały się sztuką filmową od dawna. Ich szczególne uznanie odnosiło się do okresu nazywanego w literaturze fachowej; Polską Szkołą Filmową. Nieraz godzinami rozmawiały głośno o filmach z wczesnych lat PRL-u. Wymieniały nazwiska aktorów, aktorek i reżyserów. Lata po upadku PRL-u nie wywoływały chyba u nich szczególnego zachwytu, bo albo mówiły o powstałych w tym czasie filmach rzadko, albo cicho. A nieraz tak cicho, że dokładnie nie było nawet wiadomo, czy one te filmy chwalą czy ganią.

Ciotka zapięła swój zimowy płaszcz, nałożyła kapelusz i przejrzała się w lustrze. Musiało wszystko dobrze wypaść, bo wyszła na korytarz. Teraz była kolej na babkę. Ona zapięła starannie swoje futro, nałożyła kapelusz i stanęła przed lustrem. Patrzyła uważnie i w skupieniu by czegoś w wyglądzie nie przeoczyć. Po kilku minutach cmoknęła z zadowoleniem ustami i dołączyła do ciotki czekającej na korytarzu. Dziadek patrzył na ich poczynania przez ramię, ale nic nie mówił. Miał w zwyczaju życzyć, wychodzącym z domu, powodzenia i szczęśliwego powrotu. Tym razem jednak nic nie powiedział.

Nie upłynęła pełna godzina, gdy rozległo się stukanie w frontowe drzwi. Dziadek poszedł otworzyć. Zamienił tam kilka słów i szybkim krokiem wszedł do kuchni. Stanął do nas plecami i podenerowanym głosem powiedział przez ramię:

Trzeba szybko iść i przywieźć ciotkę oraz babkę.

Zaczęliśmy się w pośpiechu ubierać. Dziadek nałożył płaszcz, futrzaną czapkę i pierwszy wyszedł na korytarz. Wyłączyliśmy radio, zgasiliśmy światło i wyszliśmy za nim.

Zapowiadała się mroźna noc. Księżyc świecił jasno i niebo pokrywały tysiące płonących gwiazd. Wzięliśmy sanki i zaczęliśmy iść w stronę kina. Pod nogami chrzęścił głucho zmarznięty śnieg. Zatoczyliśmy spore koło, by nie przechodzić obok domu Znachora i weszliśmy na ulicę biegnącą do kina.

Przed upadkiem PRL-u w mieście było pięć kin. Teraz były dwa. Te trzy zamieniono na magazyny handlowe. Chodziły jednak słuchy, że niedługo ilość kin ulegnie jeszcze zeszczupleniu.

Zostawiliśmy sanki przed głównymi, obrotowymi drzwiami i weszliśmy do środka. Ciotka z babką leżały obok kasy. Nad nimi stała kasjerka i wachlowała je plakatem z jakiegoś amerykańskiego filmu. Widząc dziadka odezwała się:

- Różnica temperatur jest duża, pan postąpi tak jak uważa, ale w tamtym tygodniu jeden starszy pan to, no… zaszkodziło mu, że na dworze zimno a tu ciepło i jakby zaczęło mu powietrza brakować a do tego mówili, że wzwód miał mu zelżeć za kilka miesięcy, ale teraz to będzie do jesieni…
Dziadek nie czekał aż ona dokończy zdanie, tylko odwrócił się szybko plecami i raźnym krokiem wyszedł na ulicę.

Babka była grubsza, więc wzięliśmy ją pierwszą. Wynieśliśmy na dwór i położyliśmy na sanki. Dziadek stał w bocznej bramie i dyskretnie wyglądał w naszą stronę. Ręce trzymał w kieszeniach swojego obwisłego płaszcza. Szybko przynieśliśmy ciotkę i położyliśmy na babce. Kasjerka była chyba osobą o dobrym sercu, bo wyszła na ulicę i pomogła ułożyć ciotkę na babce.

- Teraz polskie filmy nie są takie dobre… w gazetach pisali, że to taka zdolna reżyserka i one chyba to czytały, później zobaczyły film i… pierwsza zasłabła ciotka, chociaż trochę młodsza, zaraz za nią babka…

Skinęliśmy głowami mówiącej i ruszyliśmy w stronę domu. Dla  bezpieczeństwa ciotki i babki przywiązaliśmy je sznurkami do sanek.

Szliśmy dosyć szybko brzegiem jezdni. Z niektórych rynien zwisały długie sople. Na kałużach skrzył się spękany lód. Samochody wyprzedzały nas jeden za drugim. Czuć było w powietrzu swąd spalin. Dziadek wyjrzał zza rogu i kiwnął na nas byśmy skręcili w pierwszą przecznicę. Nadal więc nie chciał przechodzić obok domu Znachora.

Podjechaliśmy pod frontowe drzwi tak blisko, jak było to tylko możliwe. Mimo mroźnego powietrza i dosyć długiej drogi, one nie wybudziły się
z omdlenia. Wskazywało to, że ten film delikatnie mówiąc, nie był chyba najlepszy. Wnieśliśmy najpierw ciotkę do środka a później babkę. Ostrożnie położyliśmy obie na kanapie, by mogły dojść do siebie.

Nastała odwilż i szybko znikały hałdy szarego śniegu z poboczy dróg.  W przydrożnych rowach zbierała się ciemna woda. Babka z ciotką musiały napisać list do Ministra Kultury, bo przyszła stamtąd odpowiedź. One patrzyły na kopertę, ale jakoś nie miały chęci ją otworzyć.

- Te odpowiedzi z urzędów to parę zdań, najczęściej nie na temat, to taka kpina z obywateli.

Dziadek stał tyłem do nas i albo przez lewe, albo przez prawe ramię, patrzył to na babkę i ciotkę, to na nas. W końcu one przesunęły kopertę w naszą stronę. Otworzyliśmy, zaczęliśmy wzrokiem przebiegać treść i… najpierw zatkało nam oddech a potem pociemniało w oczach. Trzymaliśmy się krawędzi stołu, ale treść była taka, że mimo wysiłków osuwaliśmy się na podłogę. Dziadek musiał to zauważyć, bo obrócił się do nas na chwilę bokiem. Kładąc się miękko na podłodze mogliśmy przez zamykające się powieki dojrzeć, że z dziadkiem nie było dobrze. Mimo upływu wielu miesięcy wzwód mu ani na jotę nie zelżał. On musiał zauważyć, że powieki mamy nie do końca zamknięte, bo od razu stanął do nas plecami. Miękko ułożyliśmy się na podłodze a w oczach mieliśmy tylko czarną ciemność.

 

Tłumaczenie z języka szwedzkiego Jerzy Marciniak