Sobiesław Odrowąż - Sennik, który zaciemnia

Przed laty odgadłem jakąś zagadkę w „Nihil Novi” i w nagrodę otrzymałem książkę Wojciecha Kawińskiego „Dwa lata wierszy”. Później przypomniałem sobie, że kolega literat (S. Ch.) poświęcił temu panu jeden z esejów krytycznoliterackich w „Życiu poza nawiasem”. To była moja praprzygoda z twórczością Kawińskiego. Pierwsze wrażenie bywa najważniejsze i najsilniejsze. Rozbudza apetyt, który w przyszłości trudno zaspokoić. Dobitnym tego potwierdzeniem jest nowy tomik wierszy Kawińskiego, zatytułowany dość skromnie „Sennik poranny”.

Nowe propozycje liryczne krakowskiego poety nie były już dla mnie taką rewelacyjną niespodzianką, jak poprzednio. Mój apetyt na ostre specjały nie został zaspokojony. W „Senniku porannym” daremnie by szukać tak soczystych, świeżych i mocnych wierszy, jak „Trawa nie całkiem zielona” czy „Śni się, albo i nie”. Wprawdzie i tu znajdujemy podobne, krytyczne komentarze w rodzaju: „europa się nam psuje/od wewnętrznej strony/pękają z nadmiaru/jej szkliste neony”. Albo: „w domu towarowym powszechnej europy/zalęgły się szczury”. Ale one wszystkie nie dorównują sile pamiętnej puenty: „Jest z nami stara Europa./Czysta. Brudna. Na opak.” Odnoszę wrażenie, że sarkastyczny eurokrytycyzm poety uległ ewidentnemu złagodzeniu. Bywa i tak. Natomiast bardzo spodobała się mi, rzucona jakby niedbale, uwaga: „ktoś pisze/bajkę o holokauście”. W kontekście mnożenia takich filmów jak „Ida” czy „Pokłosie” ta drobna konstatacja urasta prawie że do rangi słynnego „gestu Kozakiewicza”. Zademonstrowanego wobec wszechpanującej, politycznej poprawności. Tak gorliwie propagowanej przez powszechnie znane środowiska dziennikarskie. I nie tylko.

Jak wiadomo, Kawiński od lat uprawia tak zwaną poezję zaprzeczeń. Uwielbia paradoksy, formuły oksymoroniczne i antytetyczne. Niekiedy cały wiersz próbuje złożyć właśnie z wyrażeń skontrastowanych i wzajemnie sprzecznych. W omawianym tomie również nie brakuje tego typu konceptów i eksperymentów. Najczęściej utrzymane są one w duchu nadrealizmu werbalnego, stąd łatwo przeradzają się w błahą zabawę słowem. Oto wystarczający przykład: „Forma to nie ty./ Farma to nie on.//Formułują się mgły./Foremność wpada w zły ton.”

Zapewne dla niejednego rozkosznego jajcarza  będą to bajeczne, lingwistyczne igraszki, ale od ambitnej poezji mamy chyba prawo oczekiwać wartości dodatkowych. Wiadomo, że każda twórczość artystyczna podlega koniecznej, wewnętrznej ewolucji, więc kolejne dzieła danego autora muszą się od siebie wyraźnie różnić. Zatem trudno żądać, aby „Sennik poranny” był tylko alternatywną wersją na przykład „Dwóch lat wierszy”. To oczywiste. A jednak śmiem twierdzić, że mój trudny do ukrycia brak entuzjazmu, dla nowych wierszy Kawińskiego, można uzasadnić obiektywnie i racjonalnie.

Już sam tytuł książki jest w znacznym stopniu mylący. Przecież sennik, z racji przypisanej mu funkcji kulturowej, ma być w miarę klarowną wykładnią snów. Czyli ma coś objaśniać i wyjaśniać, a nie zaciemniać i przysparzać wątpliwości. „Sennik…” Kawińskiego zaś wręcz przeciwnie: wszystko gmatwa i komplikuje. Być może właśnie w tym przejawia się wybujała przewrotność autora „Odległości posłusznych”. Oto przykład drugi: „oryl otrok oxygon oxyd /duk domorosły demokryt – //gorący występ i podstęp/starca co ciągle  jest chłopcem”. Jak dowartościować te wysoce niejasne dwuwersy jakąkolwiek sensowną i doniosłą treścią? Nie sądzę, aby taka sztuczka udała się nawet samemu Demokrytowi z Abdery.

Wojciech Kawiński, skądinąd doświadczony, osobny i oryginalny poeta, stał się ostatnio podobny do odrzutowca, który pokonał barierę dźwięku. A dlaczego? Jako domniemany wielbiciel awangardy, świadomie odrzuciwszy przyzwoitą, tradycyjną komunikatywność przekazu, przekroczył barierę słyszalności! A raczej – granicę czytelności. Jego nowe wiersze stały się po prostu nieczytelne, więc niedostępne dla przeciętnego użytkownika Internetu. Na przykład takiego jak ja. Osiągnął to za pomocą irytującej nadwyżki niedomówień, zaprzeczeń, oksymoronów. Kapryśna i ekstrawagancka interpunkcja też nie ułatwia odbioru tej rozbuchanej polisemii. „Bezsłowne wielosłowie: potok” – oto wyrażenie autorskie, które nachalnie prowokuje skojarzenie z pojęciem słowotoku. A ten kojarzy się akurat z wieloma tekstami, napisanymi jakby przez kogoś „na wpół sennego, na wpół śniętego/ignorowanego przez sprzęty”…

Uważam, że niejawnym, prawdziwym celem poety było, na zasadzie przekory, dolanie „z pustego w jeszcze bardziej puste”. Cały real, wszystko, co nas otacza, Kawiński nazywa filozoficznie „bezmiarem łże-rzeczywistości”. Mocne – odważne – intrygujące. I być może zakłada, że najlepszym sposobem adekwatnego opisania naszych splątanych doświadczeń jest metoda roziskrzenia „mdłych   n i e - d o - m ó w - i e ń”…

* * *

Wojciech Kawiński „Sennik poranny”, Wydawnictwo  Towarzystwa Słowaków w Polsce, Kraków 2015, str. 88.