Karol Pastuszewski - Kobiety na wojnie radzieckiej

Swietłana Aleksijewicz tegoroczna laureatka literackiej nagrody Nobla, pierwsza pisarka białoruska, która otrzymała to wspaniałe wyróżnienie. Osobowość twórcza niezaprzeczalna. Zdawać by się mogło, że powinna być obnoszona na rękach w swoim kraju, jak również w swoim kręgu kulturowym, obszarowo i czytelniczo wielokrotnie większym niż jej niezbyt rozległa ojczyzna, przynależna przez 400 lat do Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a przez ostatnich 100 lat do radzieckiego mocarstwa, a wcześniej do Rosji. W Europie była na ustach wszystkich, a w Białorusi nie, wypychana przez czynniki oficjalne poza główny nurt wydarzeń artystycznych, Prawie niedostrzegana i ignorowana, choć taki zaszczyt i wyróżnienie nie spotka prawdopodobnie żadnego artysty znad Świsłoczy i Dniepru przez najbliższe dziesięć lat.

I ona sama i liczne omówienia jej znakomitej książki o kobietach na wojnie skoncentrowały się na przeżyciach rozmówczyń wciągniętych w straszliwy wir frontowych walk, śmierci, bólu, ran, głodu, zmęczenia, niebezpieczeństw. Wszyscy, którzy pisali z pochwałami o jej literackim reportażu, zwracali uwagę na ten właśnie aspekt dramatu, żeby nie powiedzieć makabry wojennej, w jej kształcie radzieckim, gdzie z życiem ludzkim tak mało się liczono. Natomiast inny ważny aspekt nie został podchwycony. Musiało przecież zastanowić, to że te dziewczyny, a później kobiety przyjmowały swój los bez słowa skargi. Przeciw niczemu nie protestowały. Nawet jeśli widziały, że sukces na froncie bywał osiągany niezależnie od ceny. Koszty, liczone ilością zabitych i rannych, traktowano jako rzecz wtórną. W tym wojsku nikt nie rozwieszał w czasie walk napisów Nie bądź głupi, nie daj się zabić. Odwrotnie przed walką na masówkach żołnierskich utwardzano ducha bojowego, łącznie z zasadą, że żołnierz radziecki raczej się zabije sam, niż pójdzie do niewoli. To we Francji, gdzie Niemcom krótko po lądowaniu, zachodni alianci zadali druzgocącą klęskę, gen. Bradley, a nie gen. Żukow, napisał we wspomnieniach, że zabronił jednemu z dowódców brawurowego ataku na ufortyfikowaną pozycję, choć ten oficer rwał się do walki i sławy, bo groziło to złamaniem kręgosłupa całej dywizji.

Mistrzostwo S. Aleksijewicz polega na tym, że z małych kamyczków, jakimi są krótkie relacje kobiet żołnierek, zbierane 30-40 lat po wojnie potrafiła ułożyć obraz, mozaikę o niezwykłej sile wyrazu, głęboką, przejmującą. Widzimy w jej reportażu rozmaite sytuacje frontowe, opisywane przez młode wówczas - szesnasto, siedemnasto, osiemnastoletnie dziewczyny przeniknięte ogromnym duchem patriotycznym i ideologii, gdyż bez tego podwójnego zaangażowania trudno byłoby to wszystko znieść. Szły do wojska wybierając często najbardziej niebezpieczne specjalności np. sapera rozminowującego przedpole (przeciętna długość życia w tej służbie to dwa miesiące), fizyliera, partyzantki na dalekich tyłach wroga, strzelca wyborowego, dobrowolnego członka plutonu egzekucyjnego (gdy zabrakło chętnych mężczyzn), sanitariuszki frontowej zbierającej rannych pod ostrzałem, sióstr w szpitalach pracujących często bez przerwy ponad 24 godziny, aż po praczki i kucharki oddziałów pierwszej linii.

Trzeba powtórzyć, że zastanawiające jest jednak to, iż te dziewczyny wciągane w oko wojennego cyklonu, którego groza przechodzi wyobraźnię, nie będą później stawiać sobie ani innym najbardziej prostych pytań, które normalnie myślącemu człowiekowi muszą przychodzić do głowy: Czy tak rzeczywiście musiało być, a jeśli było to dlaczego tak było. Czemu ich kraj ponosił tak straszne klęski, czemu zginęło tyle milionów ludzi, a miliony innych dostały się do niewoli? Czemu w armiach zachodnich kobiety pełniły nieporównanie lżejszą służbę, nie były narażane w tym stopniu na utratę życia i zdrowia.

Bohaterki książki nie szukały odpowiedzi na te pytania, ani w chwilach dramatycznych, co zrozumiałe, ani wtedy, gdy szły przez Polskę, Czechy, Prusy Wschodnie, czy Niemcy w drodze na Berlin i widziały nie tylko sprawy wojskowe, sprawy służby, ale także i to, jak można żyć inaczej, jak cywilizacyjnie i materialnie ich kraj był daleko w tyle za Zachodem. A jeszcze trudniej zrozumieć, że nie zastanawiały się nad tym wszystkim po powrocie do domu, po założeniu rodziny, albo gdy żyły samotnie jako inwalidki pokaleczone fizycznie, a często jeszcze bardziej duchowo, którym państwo przez lata nie zapewniało choćby tylko znośnych warunków mieszkaniowych, odpowiedniej opieki lekarskiej.

Mogły nie wiedzieć nic o treści paktu Ribbentrop-Mołotow, który otwierał Niemcom drogę do rozpętaniu II wojny światowej, ani o kalkulacjach Stalina, który liczył, że po wykrwawieniu się kapitalistów przeniesie na bagnetach rewolucję do Europy Środkowej i Zachodniej, ani o zdradzieckim zajęciu przez Armię Czerwoną prawie połowy Polski, gdy ta zmagała się z najazdem hitlerowskim, ani o gospodarczym i politycznym wspieraniu Niemiec przez pierwsze dwa lata II wojny światowej. Ale wiedziały, że tak chwalona i hołubiona armia, tak liczna, mająca tyle dywizji, tyle czołgów, armat i samolotów, już w pierwszych dniach agresji niemieckiej poniosła trudno wyobrażalne klęski, wpuściła na setki kilometrów w głąb kraju napastnicze wojska, a kilka milionów żołnierzy bardzo szybko trafiło do niewoli. Nie mogły nie wiedzieć, że w tej armii dość długo brakowało doświadczonych, sprawdzonych dowódców a radziecka sztuka wojenna długi czas ustępowała nowoczesnej, niemieckiej sztuce wojennej. Tę różnicę poziomów trudno było nie łączyć ze stalinowską zbrodnią wymordowania na krótko przed 1939 rokiem trzydziestu tysięcy oficerów wyższego i średniego szczebla, w tym 4 marszałków.

Ten fenomen bierności socjologicznej nie można chyba inaczej wyjaśnić  jak skromnym pochodzeniem społecznym rozmówczyń S. Aleksijewicz. W tych proletariackich rodzinach poziom wiedzy ogólnej i poziom sztuki czytania i pisania był bardzo niski, a gotowość i chęć do samodzielnego osądzania rzeczywistości jeszcze mniejsza. Skutecznym środkiem zastosowanym przez  władzę radziecką okazało się zniszczenie opiniotwórczej klasy średniej, zarówno w miastach jak i na wsi oraz steroryzowanie wszystkich, którzy zdolni byliby do swobodnej, nieskrępowanej myśli, przy pełnym odcięciu społeczeństwa od niezależnych kanałów informacji.  

Dość ciekawie wypada porównanie pod tym względem ich sytuacji z naszą w Polsce. U nas przecież też partia i aparat państwowy, a także organizacje młodzieżowe, nie mówiąc o zaborcach w XIX wieku, usiłowały przekazywać społeczeństwu swoją narrację na temat przeszłości i teraźniejszości. Zniesławiać lub tendencyjnie malować przeszłość, narzucać ludziom określone wartości, a równocześnie zaprzeczać innym, dotychczas przyjmowanym – to była metoda. Dawano swój opis dnia współczesnego, pozytywny oczywiście, który miał budować optymizm i entuzjazm wobec ustroju. Uczono, że Piłsudski to był faszysta, a rząd sanacyjny to rząd zdradziecki, kapitaliści w Polsce to krwiopijcy i wyzyskiwacze, a nie twórcy przemysłu i silnej gospodarki, Kościół i religia to czynniki alienujące człowieka i z gruntu negatywne. Jak się okazało były to działania niezbyt skuteczne, a w każdym razie mniej skuteczne niż w jakimkolwiek innym kraju naszego obozu. Ludzie słuchali, niby przyjmowali to co im mówiono, wracali z pracy do domu, a dzieci ze szkoły i w rodzinie, najczęściej matka, albo dziadek, mówili co innego. Często zaprzeczając „prawdom” władzy. Bo przechowywano inną wiedzę o faktach i zdarzeniach. W latach międzywojennych doszła jeszcze wiedza ze szkoły, rzetelna wiedza, z dobrej polskiej szkoły. Zalecana literatura młodzieżowa, mówiła nie tylko o legionach, ale i o strajkach, o bezrobociu, o spotykanej w kraju biedzie, z którą rządy sanacyjne nie umiały sobie w tym krótkim czasie poradzić. Władza ludowa nigdy nie mogła czuć się wolna od społecznej oceny, ani liczyć na bezwarunkowe poparcie wszystkich swoich poczynań. Rzeczywiste poglądy ujawniały się w chwilach szczególnych – masowe strajki jako odpowiedź na złą gospodarkę i podwyżki cen, entuzjazm milionów na hasło papież jako reakcja na krytykę religii i Kościoła.

Wychowanie komsomolskie usprawiedliwiało działania, które się mieściły w ramach zaostrzającej się walki klasowej. Tę walkę - dowodziła partia - trzeba prowadzić do zwycięskiego końca. Jedna z dziewczyn motywowała swój patriotyzm i poświecenie przykładem ojca. Był on członkiem grup, które jeździły na wieś i zabierały chłopom zboże, żywiec, słowem wszystko co było do zjedzenia. Powtarzano te rekwizycje tak skutecznie, aż w rezultacie miliony chłopów zmarło z głodu, w tym oczywiście dzieci jako pierwsze. Dla tej komsomołki ważny był nakaz partii, który ojciec z okrucieństwem wykonywał, reszta się nie liczyła, w tym także odejście od fundamentalnych zasad chrześcijańskich, od podstawowego przykazania – nie zabijaj, ale do religii dziewczyny te miały stosunek nieżyczliwy albo obojętny, poza zupełnie nielicznymi wyjątkami.  Nawet NKWD, tak okrutne i bezwzględne w ściganiu wrogów ludu, jednak dzieci nie zabijało.

Inna kobieta nie była zaskoczona i nie rozdzierała szat, gdy jej mąż, po 4 latach wojny wrócił do domu i nie okazywał żadnej radości. Przyczyna była prosta w czasie walk dostał się do niewoli i teraz oczekiwał wszystkiego najgorszego. I rzeczywiście nie musiał długo czekać, bo już po dwóch dniach zjawiło się NKWD i zabrało go do więzienia. Następny powrót do domu miał miejsce po 9 latach spędzonych w łagrze. Czy te miliony żołnierzy, które trafiły do niewoli, o czym frontowe dziewczyny musiały przecież wiedzieć, to tylko rezultat dużo wyższej niemieckiej sztuki wojennej, czy też również oceny komunizmu dla którego nie warto było umierać, oceny stosunków panujących w państwie radzieckim, kołchozów, głodu na wsi, a także tego, że nikt nie czuł się bezpieczny we własnym kraju, nie mógł mieć pewności, że nie  zostanie aresztowany, że nie trafi do łagru, mimo, iż nie ciąży na nim żadna wina. Wystarczało, że władza radziecka uzna, iż może stanowić zagrożenie.   

Jeszcze inna rozmówczyni opowiadała, jak wróciła z wojny bez należnych jej orderów i medali, bo była córką wroga klasowego. Tatar z Krymu, odznaczony Gwiazdą Bohatera Związku Radzieckiego, a więc najwyższym odznaczeniem wojskowym przyznawanym wyjątkowo najdzielniejszym na froncie, wraca do domu, a rodziny nie ma, bo została z całą ludnością tatarską wywieziona do Kazachstanu w ramach odpowiedzialności zbiorowej za zbyt życzliwy, a może za mało wrogi, w ocenie władz, stosunek do Niemców.

-  Gdy już Berlin został zdobyty pito w dniu zwycięstwa za szeregowców, za marynarzy, za oficerów i dowódców wyższych szczebli, za pracowników przemysłu zbrojeniowego. Za kobiety bohaterki walczące na froncie, z których tyle zginęło, a jeszcze więcej wróciło bez rąk, bez nóg, bez zdrowia, nie wzniesiono żadnego toastu - pisze Swietłana Aleksijewicz.

* * *

Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, Wołowiec 2010, Wydawnictwo Czarne, ss.252.