Ariana Nagórska - Szczęście zbiorowe

(Kontynuacja serii "Szczęść..." z numerów 7-13/2015 oraz 1/2016)

Ambitna Władysława-filolożka, straciwszy pewnego razu cierpliwość, wygarnęła swemu małżonkowi: – Nie ma chyba we wsi gorszego fajtłapy! Nawet uchodzący za opętanego stary Zając i zapijaczony Antek z Martyną Niezwykłą długie dyskusje wiedli, a ty, chociaż magister, jesteś przez Nią ignorowany! – I całe szczęście, bo się Jej boję. Nawet gdyby mi tylko dzień dobry powiedziała, nie odpowiem, bo każde Jej słowo to niebezpieczna prowokacja!

Swego przeznaczenia uniknąć jednak nie zdołał. Gdy w zatłoczonym gminnym sklepie kupował ziemniaki, weszła Martyna, a ekspedientka od razu usłużnie zwróciła się do niej: – Och, droga pani Martynko, czy w naszej skromnej placówce handlowej może być coś godnego pani zainteresowania? – Na szczęście nie mam dużych wymagań materialnych. Poproszę słodkie jajko z niespodzianką.

W tym momencie magister Damian nie wytrzymał i wrzasnął: – To ma być aluzja DO MNIE???! Wypraszam sobie tak obsceniczną bezpośredniość!!! Klienci spontanicznie wybuchnęli śmiechem, a ekspedientka podsumowała: – Chłop nawet po najwyższych szkołach, zawsze ma robaczywe myśli! Martyna przyznała jej rację, a pozostałych świadków incydentu z właściwą sobie wnikliwością zaczęła dopytywać: – Jak myślicie, czy ten obywatel odniósł do siebie słowo jajko, słowo słodkie, czy też może słowo niespodzianka? I które z tych określeń mogło go przede wszystkim wyprowadzić z równowagi? – Jajko go chyba tak diabelnie wpieniło, bo skumał omyłkowo, że sobie z niego jaja robią! – ocenił Antek. – A gdzie tam! – polemizowała ekspedientka. – Raczej słodkim się rozsierdził! Wziął to za przytyk, jako że z natury jest kwaśny. – Największych nerwów dostał na pewno z tej niespodzianki, bo przewidywalny jest jak stołowa noga, to i przy niespodziankach portkami trzęsie, a strach napędza agresję – dokonał ekspertyzy psychologicznej stary Zając. – Przestań czorcie mataczyć! – weszła mu w słowo Zającowa. – Jakby się pan magister jajka lub niespodzianki wystraszył, to byłby jeno tchórz. Ale on przecie słodkie jajko z niespodzianką uznał za określenie swej własnej osoby, a to akuratnie oznacza wariata! Rozeznawajta, co widzita, bo po to Bóg dał wam zdrowe rozumy!

Dyskusja w sklepie trwała na szczęście do wieczora i dzięki temu Władysława-filolożka po powrocie z pracy zdążyła odebrać porzucone przez drażliwego małżonka ziemniaki.

Puenta nad wyraz budująca

Przez całe owocne popołudnie spędzone w rozdyskutowanym sklepie, stary Zając w duchu cierpiał na niedosyt rozróby. – Gdyby magister nie był tchórzem, chyba przy takiej skali oburzenia mógłby tę Martynę zaatakować pięściami lub nawet z użyciem niebezpiecznych narzędzi, których w sklepie nie brak! Wymoczek jednak uciekł i „po ptakach”.  Zając w żadnym wypadku nie życzył Martynie źle. Intuicja podpowiadała mu, że mgławicowa odlotówa nawet z Herkulesem jakoś by sobie poradziła. Ale właśnie ciekawe, JAK? Silnych emocji Martyna nie okazywała nigdy, chwaląc się bezczelnie, że złość nią nie kieruje, bo to ciężki grzech. Tymczasem w walce wręcz jakaś adrenalina byłaby chyba niezbędna.  Swe raczej ekstremalne marzenia wyraził stary Zając w skierowanym do Martyny pytaniu: – Czy pyszny mógłby wroga zabić, gdy gniew wzbiera? Na szczęście odpowiedź ubogaciła wszystkich głębią humanitaryzmu: – Nigdy! Działa jak potrzask, a nie jak siekiera.


(Tym optymistycznym akcentem przerywam na krótko łańcuszek Szczęść, bo kończy się karnawał. Szczęścia nie zabraknie jednak po wielkim poście).

Również tego autora