Barabara Kęcińska-Lempka - Od ekstremisty do moherowego beretu

Zapiski książkowego mola

Potoki pychy lejące się z telewizyjnego ekranu ośmieliły mnie do zarekomendowania własnej twórczości. Dodatkowym bodźcem była konferencja „Represje wobec pracowników mediów po wprowadzeniu stanu wojennego 13.12.1981 roku”, organizowana w grudniu 2015 roku w Domu Dziennikarza SDP w Warszawie, na której miałam przyjemność wystąpić i opowiedzieć o weryfikacji dziennikarzy. W powrocie do atmosfery tamtych, dramatycznych wydarzeń pomogły mi pisane wtedy dzienniki. Niedawno opracowałam je dla Instytutu Pamięci Narodowej, od roku można się z nimi zapoznać na stronie internetowej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – zakładka „Pracownia Wolnego Słowa”.

W latach osiemdziesiątych pracowałam jako reporter w popołudniówce „Express Poznański” i byłam członkiem Komisji Zakładowej „Solidarności” przy RSW „Prasa” – prowadziłam bibliotekę i zajmowałam się wydawnictwami. O stanie wojennym dowiedziałam się w autobusie jadącym do Gdyni. Redakcja wysłała mnie jako sprawozdawcę na wycieczkowy rejs TSS Stefanem Batorym po Bałtyku. Z Poznania wyjechaliśmy w nocy z 12 na 13 grudnia 1981roku. Nad ranem w radiu, grającym w autobusie usłyszeliśmy hymn, a zaraz potem drewniany, monotonny głos generała Wojciecha Jaruzelskiego, obwieszczający wprowadzenie stanu wojennego. Przerażenie i panika – takie były pierwsze reakcje. Część pasażerów chciała natychmiast wracać do Poznania, ale ponieważ od Gdyni dzieliło nas kilkadziesiąt kilometrów, ustalono, że jednak pojedziemy na Dworzec Morski. Niektórzy mieli nadzieję – może rejs się odbędzie. Po drodze mijaliśmy czołgi i wojskowe patrole. Dworzec Morski był obstawiony wojskiem. Większość uczestników wycieczki przerażona została w autobusie, nieliczni wyszli, by obejrzeć z bliska chmary uzbrojonych żołnierzy. „Stefan Batory” nie wypłynął. W dziennikach tak wspominam powrót do Poznania:

Wracaliśmy z Gdyni, słuchając powtarzanego przemówienia Jaruzelskiego, wojskowych marszy (zawsze wesołych, teraz brzmiących ponuro i złowieszczo) oraz kolejnych komunikatów – wprowadzających godzinę milicyjną, militaryzujących większe zakłady pracy, straszących wyrokami śmierci za najdrobniejsze przestępstwo. Przed gdańskim MKZetem „Solidarności” stało osiem milicyjnych bud, funkcjonariusze uzbrojeni w długie pały i ludzie, krążący rodzinami lub w pojedynkę wokół gmachu. Ludzie bezradni i sterroryzowani, szukający bliskich i wypatrujący jakiegoś znaku, zjednoczeni swoją obecnością przeciwko terrorowi i przemocy. Pod Gnieznem kawalkada czołgów, na kolejowym przejeździe wojsko pod bronią. Poznań jeszcze pełen dawnych haseł (ZOMO bijące serce partii, Program partii programem partii), wśród nich widać białe płachty zadrukowane czarnymi literami „OBWIESZCZENIE O WPROWADZENIU STANU WOJENNEGO”. Ludzie wracali do domów, wielu jeszcze nieświadomych, nie wiedzących o tak masowych aresztowaniach.(...) Pierwsze informacje z drukarni na ulicy Zwierzynieckiej. Podobno zostali aresztowani moi koledzy dziennikarze Michał Łuczak i Wojciech Dolata. Pół roku temu Wojtek przeszedł zawał serca. Lekarz mówił „Najważniejsze to się nie denerwować”.

Nim wróciłam do domu, posłałam tam koleżankę, by sprawdziła czy wszystko w porządku. Zaraz po przyjściu starannie owinęłam w folię nielegalne wydawnictwa i schowałam w piwnicy pod węgiel.

W poniedziałek w redakcji usłyszeliśmy nowe informacje. Wydawanie gazet zawieszono. Ukazywać się będzie jeden tytuł, redagowany przez zaufanych dziennikarzy, reszta otrzymała bezterminowe urlopy i zakaz wstępu do gmachu (można wejść tylko na parter do administracji po załatwieniu przepustki).

Nawet kierowniczka stołówki musi opuścić swe stanowisko. Stołówkę przejmuje ktoś partyjny. Zemsta czy obawa przed otruciem? Groteska miesza się z dramatem. Opróżniane pokoje, plombowane maszyny do pisania, wybebeszone biurka, walające się wszędzie maszynopisy. Malarze już gipsują dziury po wyrwanej gablocie „Solidarności”. Wszystko trzeba zmalować jak najprędzej. W portierni nowe osoby. Wydają przepustki. Piętro wyżej dyżurni z opaskami i bronią sprawdzają wszystkich wchodzących. Ileż kompleksów odblokowano. Jakże ważni czują się teraz ci mal,i zakompleksieni ludzie. Z jaką wyższością kobieta z kadr, wydająca dotychczas kartki na mięso, mówi do mnie „Nie wejdzie pani do gmachu!”(...) Ludzie zaczynają się bać. Telefony nie działają. Nadal jesteśmy odcięci od świata, od innych miast, ba nawet od sąsiednich instytucji. Co z ludźmi zabranymi w nocy z domów - nie wiadomo. Spikerzy raczyli przeczytać listy niektórych internowanych. Ilu wzięto ludzi z „Solidarności”, gdzie Wałęsa – milczą ubrani w mundury. Zamiast tego długa lista aresztowanych za próby nawoływania do strajku... Przybijają człowieka te listy...

Jednym ze sposobów zastraszania było wzywanie na Komendę Milicji przy ulicy Kochanowskiego, gdzie gorliwi pracownicy służby bezpieczeństwa straszyli aresztowaniem, domagali się poparcia stanu wojennego (na piśmie), i (w zależności od postawy przesłuchiwanego) werbowali konfidentów. Ulica Kochanowskiego budziła w Poznaniu grozę. Tu w latach pięćdziesiątych mieścił się osławiony Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. To z okien tego budynku oddano pierwsze strzały do demonstrantów w czerwcu 56 roku. Krążyły opowieści o ludziach, którzy przekroczyli bramę budynku i zaginęli bez śladu. Wezwanie „na Kochanowskiego” otrzymałam już w pierwszych dniach stanu wojennego:

W torebce lekarstwa, ciepłe skarpety, szczoteczka do zębów. Nie zrobiłam nic złego, ale wiem, że to nie argument, by wejść na schody i z uczuciem spokoju podejść do uzbrojonego milicjanta z biało – czerwoną opaską na ramieniu.

Jacy tu wszyscy ważni – w gmachu aż huczy, światła palą się dzień i noc. Prowadzona przez milicjanta, mijam dziewczyny z tacami kanapek i kawą. Wreszcie, poddawane ostatnio w wątpliwość, organa znalazły rację bytu. Jeszcze niedawno ubecy podsłuchiwali w kawiarniach czy ktoś nie krytykuje Gierka; teraz stanęli przed wielkim zadaniem: spisek na władzę ludową, być może tajne arsenały broni. Profesorowie, dziennikarze doprowadzani na przesłuchania. Zrozumiałam tę wiarę w spisek, opartą na tak nikłych przesłankach. Oni by sami sobie ten spisek zorganizowali i uwierzyliby bo to nadaje sens ich działaniu. „Głos Ameryki” podsumował to lapidarnie słowami Mrożka; uwierzę w zamach na partię i władzę jeżeli generał Jaruzelski zaaresztuje samego siebie.(...) Myślę o tym wszystkim prowadzona pod bronią:

- Niech się pan nie boi, nie ucieknę – żartuję.
- Ja się nie boję. To pani powinna się bać!

Zostawia mnie w małym pokoju, gdzieś w piwnicy: wygłuszone drzwi, popielniczka pełna zduszonych w nerwach niedopałków, dywan poplamiony czymś brunatnym, brakuje pejcza w kącie i wybitych zębów pod krzesłem.

Po przesłuchaniach następnym etapem zastraszania była weryfikacja dziennikarzy. Moi starsi koledzy stwierdzali, że nigdy wcześniej nie doświadczyli tak masowych czystek w takiej upokarzającej formie. Wzywani przed komisję weryfikacyjną, złożoną z zaufanych redaktorów, wojskowych, członków Komitetów Wojewódzkich PZPR i Komitetu Centralnego Partii, poddawani byliśmy szczegółowym przesłuchaniom, których celem było uzyskanie informacji o postawie dziennikarza wobec partii, stanu wojennego i Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON). Zdarzało się, że gorliwi redaktorzy naczelni w obecności przesłuchiwanego skarżyli na niego członkom komisji.

Rozmiary weryfikacji potwierdził, występujący na konferencji w Warszawie, dr Grzegorz Majchrzak, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej. Wśród kilku tysięcy internowanych było stu dziennikarzy. Komisje weryfikacyjne odbyły 10 tysięcy rozmów z dziennikarzami i osobami z zaplecza redakcji (drukarze, pracownicy techniczni) – 10 procent dziennikarzy zweryfikowano negatywnie i pozbawiono pracy. Odwołano 60 redaktorów naczelnych gazet, 80 zastępców i 60 sekretarzy redakcji. Zmilitaryzowano radio i telewizję, rozwiązano Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Wielu dziennikarzy wyrzuconych z pracy zajęło się rzemiosłem , inni znajdowali jakąkolwiek pracę, często fizyczną. Ja z koleżanką szyłam maskotki, później pracowałam jako pomoc kuchenna w klasztorze na Jaszczurówce w Zakopanem. Z Poznańskiego Wydawnictwa Prasowego wyrzucono 12 pracowników. Odeszli ludzie najzdolniejsi, najaktywniejsi. Wielu zapłaciło za swoją postawę cenę najwyższą. Wojciech Dolata umarł na serce w wieku 50 lat, Michał Łuczak przypłacił internowanie ciężką chorobą i przedwczesną śmiercią, Wojciech Cieślewicz, dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego” zginął wracając z demonstracji, pobity przez milicję i ZOMO (sprawców do dziś nie ustalono). Większość negatywnie zweryfikowanych nie powróciła już do pracy. Piszę o tym w zakończeniu dzienników.

Zastanawiałam się jak zakończyć opowieść o tamtych latach, kładących się cieniem na życiu wielu ludzi. Wśród cytatów z książek, którymi kiedyś pracowicie zapełniałam zeszyty, znalazłam fragment z „Zapisków z martwego domu” Fiodora Dostojewskiego: „...ile młodości pogrzebano w tych murach na próżno, ile wielkich sił zginęło tu nadaremnie. Bo trzeba już powiedzieć wszystko, przecież ci ludzie byli ludźmi niezwykłymi. Przecież to może ludzie najzdolniejsi, najwybitniejsi z całego naszego narodu. Ale na darmo przepadły potężne siły, przepadły nienormalnie, bezprawnie, bezpowrotnie. Ale kto temu winien? Otóż to: kto winien?”

* * *

Nie doczekałam się odpowiedzi na pytanie, ani kary dla sprawców (o przeproszeniu nawet nie wspomnę). Po Okrągłym Stole w roku 1989 i pierwszych „częściowo wolnych” wyborach do Sejmu do tematu weryfikacji dziennikarzy nie wracano. Nikt nas za wyrzucenie z pracy nie przeprosił i nie zwrócił się z prośbą o powrót do redakcji. Były wypadki (mówiono o nich na konferencji), że weryfikatorzy, uplasowani później na wysokich stanowiskach w redakcjach, odmawiali swoim ofiarom przyjęcia do pracy. Większość moich kolegów z poznańskiej prasy (negatywnie zweryfikowanych) nie wróciła na etat, mnie łaskawie przyjęto na umowę zlecenie, płacąc jedynie wierszówkę. W postawach, tych którzy zostali, po pewnym czasie zaobserwowałam dziwną przemianę. Nagle stali się zwolennikami dialogu z opozycją, popierali „demokratyczne przemiany”. Kolega (działacz PRON-u), który wyzywał mnie od klerykała, a w stanie wojennym ze strachu uciekał na mój widok, zaczął pisać ckliwe teksty np. o klerykach jeżdżących na wykopki i bywać na opłatku u arcybiskupa. Nie niepokojony przez nikogo, podobnie jak inni „reżimowi redaktorzy”, odszedł na wysoką emeryturę. Z pracy wyrzucono natomiast naczelnego „Expressu Poznańskiego” Macieja Gryfina – Gałązkiewicza, broniącego w czasie weryfikacji swoich dziennikarzy (także i mnie...).

Lektorzy wojennych dzienników telewizyjnych zdjęli mundury, niektórzy zaczęli pojawiać się w telewizji. O weryfikacji nikt nie wspominał

1. Zaskakująca metamorfoza dokonała się w ocenie mojej skromnej osoby - stopniowo, nie zmieniając poglądów, z ekstremisty i radykała zostałam „ciemnogrodem i moherowym beretem”. Byłam zdumiona i pocieszałam się, że podobnie było z Leopoldem Tyrmandem po przyjeździe do Ameryki. W Polsce postrzegany jako radykał, w USA został walczącym z liberalizmem konserwatystą.

2. Tyrmand tak pisał o komunizmie: „Wprowadzono nieludzką normę wartościowania. Ci, którzy się nie mylili, nie mogą mieć racji, prawdziwą wartością było służyć złu, a potem przestać i głosić swoje nadużyte, wykołowane anielstwo”. Historia poszła znacznie dalej. Już nie trzeba było kajać się i użalać nad „swoim nadużytym anielstwem”, wystarczyło zamienić pojęcia – zło nazwać dobrem, dobro złem, a zdrajcę –„człowiekiem honoru”.

* * *

W roku 2007 wystąpiłam do Instytutu Pamięci Narodowej z prośbą o dostęp do akt. Dowiedziałam się, że byłam „...kontrolowana jako aktywny działacz NSZZ Solidarność (kwestionariusz ewidencyjny kryptonim Mimoza)”, niestety materiały wybrakowano (czyli zniszczono) w 1989 roku. Podobnie jak materiały innych inwigilowanych dziennikarzy (tak przypuszczam). W archiwach Komitetu Centralnego PZPR znaleziono jednak protokóły z weryfikacji dziennikarzy. Na ich podstawie Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Poznaniu wszczęła śledztwo w sprawie „przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego, członków komisji weryfikacyjnej, polegającym na złośliwym naruszaniu praw pracowniczych i podjęciu decyzji o rozwiązaniu umowy o pracę” (śledztwo dotyczyło Poznańskiego Wydawnictwa Prasowego RSW „Prasa”, Rozgłośni Polskiego Radia w Zielonej Górze, oraz Polskiego Radia i Telewizji w Poznaniu).

Działania weryfikacyjne uznano za zbrodnię komunistyczną, ale śledztwo umorzono z powodu przedawnienia. Podobnie było ze śledztwami w innych rejonach kraju, co celnie podsumował występujący na konferencji w Warszawie Tadeusz Woźniak z Gdańska (cytuję z pamięci): „Polska to taki dziwny kraj, że za jazdę bez biletu ściga się obywatela do upadłego, a zbrodnie komunistyczne ulegają przedawnieniu...”

1. W jubileuszowym numerze „Głosu Wielkopolskiego”, wydanym w roku 2015 na siedemdziesięciolecie gazety, na 105 stronach ani słowem nie wspomniano o weryfikacji i wyrzuconych z pracy dziennikarzach. Natomiast sporą część wspomnień poświęcono ówczesnemu redaktorowi naczelnemu, który w stanie wojennym dokonywał weryfikacji i nienajlepiej zapisał się w pamięci członków „Solidarności”. Peany na jego cześć czytałam z dużym zażenowaniem.

2. W roku 1983.Tyrmand pisał „Wynikiem liberalnego upojenia jest gnijąca cywilizacja, zdeprecjonowana kultura, zdezintegrowany człowiek i nihilistyczny etos społeczny”.

Barbara Kęcińska-Lempka „Informujemy, że zegary na naszym dworcu są nieczynne” – Wspomnienia. Internet, strona Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – Historia, Ludzie, Dzieła, http://sdp.pl/pws/wspomnienia/relacja_lempka_1.html

Leopold Tyrmand, „Porachunki osobiste”, red. Tomasz Boczyński, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2002.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież