Martyna Walerowicz - Precle gniewu

Krzyk.

Jego dłoń trzymająca resztę (dwa pięćdziesiąt) zamarła nad wyciągniętą ręką chłopaka, który chyba nie usłyszał wrzasku.
- Nie słyszałeś tego? - Marian oddał klientowi pieniądze.
- Czego? - chłopak mówił cicho, a oczy wlepił w niebieski blat wózka na obwarzanki. Wtedy kobiecy krzyk rozległ się znowu. Bliżej.
- Tego! - Marian włożył na siwą głowę beret w szkocką kratę. Chłopak mruknął coś pod nosem i oddalił się pospiesznie. - Tchórz! - Zawyrokował Marian i odwrócił się w stronę, z której teraz wyraźnie dochodziły odgłosy bójki. Krzyki kobiety i mężczyzn mieszały się w powietrzu z zapachem ciepłych obwarzanków.
Marian wyrzucił z pamięci młodego człowieka o wybiórczym słuchu. Zresztą pewnie na niewiele by się przydał: to nie był czas na ciepłe kluchy - to był czas na twarde precle!

Otworzył tajną skrytkę swojego wózka i wyjął narzędzia zagłady przestępców. Dwa czerstwe obwarzanki przypiął do paska i gdy biegł, obijały mu się o uda jak skrzydła drożdżowego ptaka. Odpustowy różaniec z chleba przełożył przez klatkę piersiową, niczym Rambo pas z nabojami, a w dłonie chwycił dwa twarde jak Piotrowa skała precle.

Porzucił pachnący niebiańsko niebieski wózek i, gnając jak Usain Bolt po przeszczepie serca, wpadł w źródło niepokojących odgłosów.

W samą porę!

Dzięki oczom uzbrojonym w okulary o szkłach grubych jak dna szklanek z IKEA, mógł bezbłędnie ocenić sytuację. Trzech dresiarzy najwyraźniej próbowało okraść kobietę i jej mężczyzna (lub zwykły przechodzień, w co pan Marian bardzo wątpił) postawił im się. Teraz biedny chłopak leżał skulony na chodniku, a łyse szpryce kopały go po plecach. Jeden z nich w łapsku trzymał czarną kopertówkę młodej damy.

Marian skoczył. Przez sekundę czuł jak sztuczna szczęka odkleja mu się od podniebienia, po czym wraca na swoje miejsce. Wziął zamach znad głowy i preclami uderzył najbliższego napastnika w ramiona.

Facet osunął się na chodnik, wrzeszcząc z bólu i zaskoczenia.

- A masz, ty chuju z włóczki! - Marian odrzucił precle w nicość ligustrowych krzewów i szarpnięciem oderwawszy od rzemieni paska obwarzanek z makiem, cisnął niczym Xena chakramem w dresiarza stojącego naprzeciwko. Rozpędzony, czerstwy obwarzan rąbnął w nasadę nosa łysego półmózga. Rozległ się chrzęst łamanej kości, ale nie to było najgorsze. Ziarna maku oderwały się od obwarzanka i poszybowały prosto w gały napastnika.
- Kurwa! - wielkie łapska powędrowały w stronę oczu. Za późno! Szorstki jak szczecina dzika mak dostał się pod powieki. Trąc oczy, łobuz tylko pogorszył swoją sytuację.

Ostatni przeciwnik spojrzał na Mariana. Coś, co neandertalczycy w zamierzchłych czasach nazywali honorem, nie pozwalało mu się wycofać. Marian (Stary Bohater, Zbawiciel Gołębi, Karmiciel Turystów, Ten Który Stoi na Pętli Bronowice), z szybkością młodego ślimaka zdjął dwumetrowy różaniec odpustowy i zamachnął się nim jak lassem.

Jaskiniowiec z blokowiska, widząc piekarnicze tornado nad głową starego bohatera, porzucił nauki przodków i począł się wycofywać, błyskając podeszwami adidasów w zapadającym mroku.

Marian rzucił.

Marian capnął go i... szarpnął. Dresiarz zacharczał i upadł na plecy.

- Biegnijcie! - Marian zwijał błyskawicznie, niczym emerytowana kobra, sznur różańca, którego twarde bułki postukiwały na chodniku. Dziewczyna już trzymała w zaciśniętej dłoni kopertówkę i teraz pomagała wstać chłopakowi. Po jej policzkach płynęły łzy, upodabniając ją do nieszczęśliwej pandy słuchającej Gorgorotha.
- Jak mam się panu odwdzięczyć?
- Nie mówiąc o tym, co was spotkało! A teraz biegiem!

Para posłuchała Mariana i rzuciła się do ucieczki (chociaż chłopak garbił się i dyszał płytko, bo dresiarze zdążyli złamać mu dwa żebra). Marian, widząc, że półmózgi powoli wstają z chodnika, też się wycofał. Truchtając lekko, krokiem jelonka z artretyzmem, dotarł do swojego wózka. Odpiął od pasa obwarzanek, którego nie wykorzystał i schował go razem z różańcem do skrytki.

Pomyślał o preclach i obwarzanku z makiem, które porzucił w krzewach ligustru. To nic - jutro gołębie zajmą się dowodami jego działalności.

Czubkiem buta wysunął krótki podest spod wózka z obwarzankami. Nasunął beret na czoło i wyszeptał kilka prostych słów (z których można było dosłyszeć tylko „ziarno” i „drożdże”). Jego wózek ruszył, najpierw powoli jak lokomotywa z wiersza Tuwima, a później wystrzelił, gnając po nierównej drodze. Ludzie go nie dostrzegali, lecz przez kilka sekund czuli przyjemny zapach pieczonego chleba i nagle robili się głodni. Marian gubił ziarna maku i sezamu, więc zwabione gołębie leciały jego śladem. W końcu niebiańsko niebieski wózek oderwał się od asfaltu i Marian, niczym Mary Poppins (wariant fajniejszy - bo z pieczywem) wzniósł się ponad miasto, gotowy nieść pomoc damom w opałach i głodnym studentom.