Maksymilian Bart-Kozłowski - Pudełko

Wincenty Kieszyk uwielbiał poranki w swoim niewielkim miasteczku. Być może nie był osamotniony pod tym względem w okolicy. Grono wielbicieli porannego światła było liczne. Miasto wprost kwitło. Prosperowało kilka fabryk, wprawdzie ze zmiennym szczęściem, ale nikt nie śmiałby wróżyć im upadku.     

Wincenty polityką nie interesował się nigdy. Po pracy wsiadał na zdezelowany rower i zapracowywał się na działce. Tam starał się podreperować ujemny budżet domowy. Czym więcej dbał o sferę przychodów, tym większa stawała się sfera wydatków. Nie zastanawiał się nigdy, dlaczego tak było. Z żoną, Marceliną, nigdy nie dyskutował na ten temat. Prowadziła ona starannie dom rodzinny i nie wtrącał się do nie swoich spraw. Zabiegał miesiąc w miesiąc o środki płatnicze, które pozyskiwał w jednej z fabryk. Nawet nie znał dokładnie wszystkich produkowanych przez nią wyrobów. On niezmiennie od wielu lat pracował na głównej hali montażowej i tam wbijał młotkiem kliny w przygotowane uprzednio miejsce w płycie meblowej.

Tak rok za rokiem płynął. Wincenty Kieszyk dbał, aby nie uderzyć się podczas monotonnej roboty w palce. Mieć chorobowe i przesiadywać w oknie nie mieściło się w jego charakterze ani w zwyczaju. Wolne jest po to, aby pracować w domu albo jeszcze lepiej, u kogoś na budowie. Potłuczone palce nie pozwalałyby na żadne roboty. Marcelina niechętnym okiem spoglądałaby na wałkonienie się męża. Przy tym, dłuższa obecność w pieleszach domowych kusiła Wincentego do dodatkowego spełniania obowiązków małżeńskich, które Marcelina była zgodna spełniać tylko pod osłoną nocy. Harmonogram domowych zajęć kobiety nie sprzyja żadnym swawolom damsko-męskim. Gdy raz zbytnio Wituś przymilał się Marcelinie w kuchni i był gotów powinność męską spełnić na niewielkim taborecie kuchennym, dostał po zbyt łakomych rękach, sięgających szaleńczo w zakamarki kobiecości. Kara wymierzona była prosto w stłuczone młotkiem palce.

Marcelina zaczęła przepraszać. Ona pragnęła jedynie przestraszyć. Nawet odsłoniła się, ale on zaniechał miłosnych prób, z czego ona okazała z kolei niezadowolenie.

Ze stokrotną uwagą pracował młotkiem, niech dłoń będzie zawsze zdrowa. Bywało, że chorobowe nieraz zaistniało i z innych przyczyn, ale dłonie należało mieć zdrowe. Raz angina tak zawładnęła Wincentym, że nie dotrzymał słowa szwagrowi i nie przybył na zwózkę słomy. Sprawa była niezmiernie pilna, rżysko miało być zaorane pod siew rzepaku. Szwagier szlachtował tucznika i obiecał rąbankę. Nikt choroby Wincentego nie brał poważnie. Marcelina popłakała się, kolejki za mięsem u rzeźnika istniały akurat stumetrowe. Nie miała żalu do męża. Po prostu był to pech. Szwagier nieco się zlitował i przysłał dwie stopki i połowę łba. Marcelina pięknie to spożytkowała przerabiając otrzymane produkty na kaszankę i galaretkę, którą oboje uwielbiali ponad wszystko. Oczywiście wysmażyła także wyśmienity smalec, najbardziej godny na drugie śniadanie do pracy.

W tym momencie nabierało niesłychanego znaczenia blaszane pudełko kupione przypadkowo przez Wincentego w epoce powszechnego braku towarów, tych umownie drobnych, jak igieł, agrafek, guzików i wszelakich innych, tak potrzebnych, niezastąpionych, bo czym można zastąpić gumki do majtek. Tego pudełka zazdrościli koledzy w pracy. Owalne jak kromka chleba, idealnie pasujące na dwie kromeczki, szczelnie zamykane, zachowujące zapach, co przy smalcu domowej roboty powodowało miłe odczucie przy konsumpcji. W stołówce fabrycznej niosła się woń mistrzowskiego produktu Marceliny, doprawionego majerankiem i innymi cudownościami. Na zajadającego pyszności patrzono z podziwem. Była to zasługa blaszanego pudełka, co pilnie strzegło zapachu, i chleba, i domowego smalcu.

Pudełko blaszane stanowiło nie lada atrakcję. Nie kupno kolorowego telewizora, który kupiony na raty łypał kolorowymi snami bajek w stylu, że wszędzie jest barwnie i sielsko. Epokowe zakwitały ślady po ziemi w postaci wszystkożerczych hut, z którymi nie wiadomo co począć obecnie. Zasypać, niby szkoda, nieszczęście ekonomiczne kolejne wróżą. Ale nie w tamtym okresie. Marcelina była telewizją kolorową wniebowzięta i przez pewien czas kusiła miłością. Wincenty zachwycał się przemianą małżonki. Kiedy jednak okazało się, że amant filmowy nie postąpił podług życzenia Marceliny, życie małżeńskie powróciło na ustalony poziom. Ot, raz w miesiącu i koniec możliwości. To bolała ją głowa, innym razem brzuszek i nie życzyła sobie w takiej chwili żadnego masażu. Gdy mąż milej wieczorkiem spojrzał na żonkę, od razu królowało na jej twarzy zmęczenie. Nazajutrz więc Wincenty Kieszyk siadał na mocno zużyty rower i spędzał na działce pracowicie dzień. Bywało, że po nieudanym podboju miłosnym nie miał chęci na nic, tylko przyglądał się sąsiadce z przyległej działki i wzdychał. Zwłaszcza, że obserwowana nie skąpiła odkrywania tajemnic ciała. Obserwator krył się wtedy w głębiny zarośli niczym żołnierz nie wiedzący, jak w takiej sytuacji postąpić. Polecenia samemu sobie nie umiał wydawać, ot, płot jest niski, a on wiele by potrafił. Dodatkowo onieśmielał go fakt, że urocza sąsiadeczka była z zawodu lekarką. Rok temu Wincenty miał czyrak w miejscu najbardziej męskim. Dłonie sąsiadeczki kilkakrotnie pielęgnowały tamte okolice. Pamięć o tym zdarzeniu odebrała mowę i teraz omijał lekarkę. Sąsiadka przeciwnie, uśmiechała się, odsłaniała się, zachęcała spojrzeniem, ale on krył się w ogrodowe krzewy jak przed oczywiście obecnie już zanikającą. Bo jak tu dostojnie spożywać jedzenie, kiedy za bramą fabryczną dziesięciu czeka na zajęcie miejsca pracującego?

Sąsiadka zza płotu miała odmienne zdanie. Kiedy Wincenty spożywał w cichości drugie śniadanie, rozkoszując się zapachem domowego smalcu, pojawiła się w skąpawym stroju przeurocza działkowiczka i chwaląc miękkość trawy rozłożyła się w pozie zachwalającej i przyzwalającej. Wincenty wierny tradycji, którą sam sobie ustanowił, nie przerywał konsumpcji. Lekarka powierciła się w lewo i w prawo, nagle powstała.

- Powinien pan przyjść na badanie. Jest pan z pewnością cukrzykiem! -pomrukując jak zawiedziona kotka skopała od razu kilka grządek.
- Ale pani jest dzielna - pochwalił Wincenty.
- Nie pana sprawa! - burknęła speszonemu sąsiadowi, rzucając wściekle szpadel.   

W pracy pewnego dnia, kiedy już podniósł w górę młotek, aby kolejny raz celnie uderzyć w klin, stwierdził w ostatnim ułamku sekundy, że płyta nie spłynęła po rolkach w jego stronę. Nagle została wstrzymana. Młotek spadł w dół bezowocnie.

- Kolego, strajkujemy!
- Co takiego? - Wincenty patrzył bezwiednie na młotek, który bezużytecznie leżał na stanowisku pracy. Od wielu uderzeń młotek był już nieco spłaszczony, pomimo, że uderzał w miękki klin drzewny. Ile tysięcy razy młotek trafiał w kliny? Ile? Tego młotkowy nie był w stanie określić. Jak zaczął pracować w tej fabryce, fabryka miała tylko jedną halę. Teraz jest takich hal pięć. Czym więcej budowano i sprowadzano coraz lepsze maszyny, tym bardziej malał zarobek. Operator młotka nie zachodził do dyrektora o większy zarobek w obawie, że przeniesiony zostanie do innej pracy i zmuszony będzie do obsługi jakiejś drogiej maszyny, a jego przywykła do uderzania ręka nie będzie spokojna i zacznie uderzać w maszynę raz po raz. Klin miał być wbijany tylko ręcznie. Nie musiał się zamartwiać o przyszłość. Kolejny klin leżał przy młotku i drwił z Wincentego, i z młotka także. Wszystkiemu winien był strajk.
- Strajk, kolego! Strajk! Będziesz miał w swoim blaszanym pudełeczku na śniadanie chlebek z szyneczką, kapujesz kolego!? Mała chwila, a tak będzie! Nie tylko szynka, ale i przytrafi się kromeczka chlebusia z kawiorem. Kapujesz, kolego!?
On jednak nie kapował. Chciał iść do domu. Skoro nie wbija klinów, nic tutaj po nim. Na działce przekopie ziemię na poplony.
- Do żoneczki!? Do żoneczki spieszno koledze? Jak kocha, poczeka! Z fabryki nie wychodzimy! To jest strajk okupacyjny, rozumiesz, rozumiesz kolego!?

Tego nie rozumiał Wincenty. Wszyscy wokoło rozmawiali i rozmawiali lub czytali ulotki. Byli tacy, że bezustannie spali i spali, jakby chcieli odespać każdą chwilę utraconego uprzednio snu, a może chcieli nadespać sen na kilka lat naprzód. Niedoszły łamistrajek spostrzegł, że na sąsiednim stanowisku roboczym jest płyta z nabitym przez niego klinem, teraz uzbrojona śrubą, która łączy z drugą płytą. Nigdy nie spoglądał na współtowarzysza śrubowkrętacza. Ten też nie obdarowywał towarzysza pracy spojrzeniem.

- Paweł jestem.
- Wincenty.

Nie wiadomo dlaczego mówili do siebie prawie szeptem.

- Jak długo walisz tym młotkiem?- spytał Paweł.

Wincenty nie odpowiedział. Zawsze pamiętał siebie z młotkiem w ręku.

- Nie wiem. Nie pamiętam. Długo.
- Ja tu jestem rok - oświadczył Paweł i wymościł się na płycie jak na łóżku do spania.

Po małej chwili chrapał tak głośno, że Wincenty oddalił się na kilka metrów i także podjął próbę snu na płycie jeszcze nie zaklinowanej. Próba okazała się daremna. Skarżył się na niewygodę do snu i na mdlący głód.

Białas, który przyjął przewodnictwo strajku, wysłuchał Wincentego z należytą uwagą.

- Rozumiem, kolego, ale nowe czasy rodzą się w bólach. Trzeba być cierpliwym, kolego!

Jednak taka bezczynność męczyła. Jak nie można tutaj pracować to na działce przecież mógłby.

- Kolego! Czy chcesz być łamistrajkiem!? - Białas ostatnie słowo zaakcentował niezwykle mocno, czym przestraszył rozmówcę.

Reakcja Białasa należała do ostrych. Pojawił się pomiędzy strajkującymi potężny kociołek z gorącą zupą, a w przeogromnym koszu pajdy wiejskiego chleba. Nie było misek. Przydziałowe behapowskie garnuszki przeznaczone do zbożowej kawy okazały się tylko trochę użyteczne. Nikt jednak nie narzekał. Wincenty dwie pajdy chleba ukrył na czarną godzinę w blaszanym pudełku. Na drugi dzień posiadanym zapasem podzielił się z Pawłem. Ten pochwalił takie znakomite pudełko.
Po kilku dniach życie powróciło w swoje utarte koleiny i turlało się tak samo mozolnie. Wbijanie klinów powróciło. Pracował też na działce i raz w miesiącu kusił żonkę do spełnienia zwyczaju określonego ongiś w rajskim ogrodzie Eden. Nawet nie spostrzegał wielu zjawisk, które miały miejsce wokół niego. Pracownicy zamilkli, czytali coś po kątach i wszyscy na ogół szeptali i szeptali. Później, ktoś niezwykle znaczący powrócił z wędkowania z Bieszczad.

Marcelina udała się razem z Wincentym na wybory i kazała mu osobiście w kabinie za kotarą postawić we wskazanym miejscu mały znaczek na malutkiej kartce i wrzucić do urny. Wykonawca tak cudownego rzutu miał zastrzeżenie, że skoro ta kartka jest taka ważna, to powinna być ze trzy razy większa i znaczek kreślony byłby wyraźniejszy. Marcelina nie gniewała się na uwagę i uśmiechała się w powrotnej drodze do domu.

Pozornie bieg życia nie zmieniał się. Tak jak i pogoda nie od razu zmienia się. Ale na widnokręgu losowych zdarzeń podnosiły się w górę nieznane chmury niosące zmiany na lepsze, a nie gorsze życie. Wszystko to takie niepojęte dla Wincentego. Skoro miały nieść dobro, to dlaczego stało się przeciwnie dla losu zwykłego wbijacza klinów w płytę meblową. W przeróżnej formie niezmienna jest na ustach proroków danej epoki wizja szklanych domów. Przybiera przeróżne oszukańcze określenia. Takie określenia ludzie podchwytują w locie w nadziei, że są zbawczą manną. Po pewnym okresie czasu łapią następne, niemniej złudne. Przeklęte jest to, od wieków powtarzające się, koło cyrkulacji mamienia.

W pudełku blaszanym drugie śniadanie nie wzbogaciło się ani szynką, ani kawiorem. Marcelina wzbogaciła domowy smalec starannie wkomponowaną cebulą. W fabryce zaczęły się dziać zjawiska, których nikt nawet w snach nie spodziewał się. Nie nastąpiła wypłata zarobków. Taka swego rodzaju Sodoma i Gomora zaskoczyła pracowników całkowicie. Biegali do dyrektora i do szefa związkowego. Dyrektor rozkładał teatralnie ręce: - Firma jest niewypłacalna - i dalej, że - bank już nie zamierza dawać kredytu.

Związkowiec apelował o olimpijski spokój. Będą pieniądze, ale kiedy, nie wiedział. To działo się dwa dni przed ważnymi świętami. Smutne stały się święta.

- Co na to Białas? - spytał Wincenty Pawła.
- Człowieku, jak ty żyjesz!? Białas jest w stolicy. On teraz rządzi, rządzi, rozumiesz!?

Wincenty nie mógł zrozumieć takiego finału rządzenia.

Paweł dalej już nie mówił. Zamilkł. Na hali pojawiła się Romanowska będąca kadrową. Obecnie często krążyła pomiędzy pracującymi. Unikali spotkań z kadrową. Kryli się przed nią. Romanowska jak żołnierz, co posiada sprawną broń z lunetą, bez trudu odnajdywała kryjącego się pracownika i wręczała wypowiedzenie z pracy. Wincenty nie krył się przed kadrową. Był pewien, że klin zawsze jest konieczny w płycie. Nawykiem wieloletnim celnie trafiał akurat w klin. Uderzony klin krył się po jednym celnym uderzeniu na odpowiednią długość nakazaną przez technologów.

Romanowska, nieczuła na mistrzowskie uderzenia, pozdrowiła pracującego chłodnym głosem:

- Dzień dobry, panie Wincenty - położyła pismo. - Proszę podpisać!

Każdy wiedział, co to oznacza. Tych, co podpisywali pisma Romanowskiej już nie było na hali fabrycznej. Przenosili się do dalekiego urzędu za miastem, nie wiadomo dlaczego ten urząd był aż tak oddalony od centrum. W urzędzie tym ciągle wydawano druki do wypełniania, a pracy żadnej nikomu nie proponowano. Pociemniało w oczach Wincentemu, za łopatką trzasnął potężny ból, nogi utraciły swoją siłę. Rozłożył ręce szeroko, niczego nie zdołał pochwycić i padł u stóp przerażonej kadrowej.

Obdarowany nikczemnym pismem kadrowej znalazł się w szpitalu z rozległym zawałem serca. Istniał w nieznanej krainie. Słyszał szmery gdzieś daleko, ale blisko siebie, jakby nieobowiązujące, nieistniejące dla niego. Ten cywilizacyjny świat wiecznie pomieszany polityką, religią, handlem, akcjami wyborczymi, nie istniał w tej chwili. Odnosiło się wrażenie, że dla epoki Wincenty jest już zbędną jednostką ludzką.

Ten stan ulegał niezauważalnej zrazu zmianie. Inaczej być nie mogło. Cywilizacja jest tak zorganizowana, że nie zamierza opuścić człowieka na stałe. Powoli, powolutku, dolatywały już słowa wypowiadane przy nim niczym echo z oddali, ale przybiegające do uszu, które jeszcze były chętne raczej na łowienie odgłosów z krainy, gdzie pacjent płynął sobie beztrosko po cieplutkim morzu i głaskał wynurzające się z toni ciekawskie pyszczki ryb.

- Pani Obiedzińska! Pani Obiedzińska! Mojemu mężowi jest lepiej! Prawda, że jest lepiej!?

Wincenty ten głos zna, ale nie wie, kto to jest, nie potrafi sobie tego głosu przypomnieć w przypisaniu.

- Lepiej! Lepiej!

Ten drugi głos jest mu także znajomy. Ale czyj to głos? Kogo?

On z powrotem jest w tamtej cichej krainie, gdzie nie ma Białasów i innych mających się za świętych już za życia dobrodziejów.

Ach, to jest Marcelina, ale ten drugi głos, kto to? To jest sąsiadka z działki i lekarka, tak, przypomina sobie jej głos. Z dokonanych odkryć okazał sobie samemu zadowolenie. On istnieje. Chociaż najchętniej nadal przebywałby w cichej krainie.

Wincenty Kieszyk powrócił do domu. Usłyszał hiobową wieść, że fabryka padła. Pracownicy muszą czekać, może i przez połowę roku na należne wypłaty, bo dyrektor zapomniał w terminie zawiadomić odpowiednią instytucję o bliskiej katastrofie. Dyrektor miał za to otrzymać karę. Niektórzy mówili, że karą będzie zakaz piastowania przez rok wysokich stanowisk w urzędach.

Nazajutrz Wincenty powlókł się smętnie na działkę. Marcelina wcisnęła mu blaszane pudełko z drugim śniadaniem. Na działce zaszył się w najbardziej gęste zarośla. Pozdrawiającej go serdecznie Obiedzińskiej nie spostrzegł wcale. W ukryciu otworzył blaszane pudełko, spojrzał na kromki chleba pachnące domowym smalcem z majerankiem i zapłakał. Łzy kapały na chleb. Sąsiadka zbliżyła się do kryjówki Wincentego. Widząc płaczącego mężczyznę oddaliła się. Nie chciała przeszkodzić w takiej chwili. Mężczyzna płacze tylko w ukryciu. Inaczej nie jest to męski płacz.

Płakał długo, jak człowiek niewinnie ukarany. Potem powstał i ściął wyrosłe drzewo, które posadził za namową Białasa dla uczczenia rocznicy niezwykle ważnego strajku. Po dokonaniu takiego czynu odczuł ulgę i przypływ siły, która wzywała go do czynu. Spojrzał na płot sąsiadującej działki i na Obiedzińską, pochłaniającą promienie słoneczne. Wziął lekki rozbieg. Przeskoczył. Wszak on też rozpocznie swoją historię. Lekarka spojrzała na niego z niebywałym uznaniem.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież