Karol Krzyżosiak - Matnia

Nie było ich zaledwie tydzień, górskie powietrze, wspólna samotność, narty, świstaki, tylko podróż męcząca, zawsze wracali z wypoczynku zmęczeni, więc nareszcie w domu, nasze kochane miasteczko, nasze osiedle na skraju lasu, nasz przytulny dom, ciepła kąpiel i własna pościel, oby była ciepła woda, pewno sąsiedzi trochę przesadzali, zapal światło. Nieprzebrany rój owadów zleciał się do jarzeniówki. Piotr próbował z nimi walczyć, gdy tymczasem Magda, po kostki w wodzie, usiłowała doprowadzić do porządku przedpokój. Zastali dom w szponach chaosu. To wina pobliskiej fabryki, mówiła Magda, to się musiało tak skończyć, zobacz, parkingi zalane, łąki zmieniły się w bagna, kot sąsiadów się ponoć utopił, a Piotr parzył jej herbatę, dobrze, że mamy agregat, bo w radiu mówili, że do jutra nie będzie prądu.

Teraz mokrą szmatą Piotr przepędzał robactwo z okolic jarzeniówki, ale żeby widzieć wrogów, musiał palić światło, za czym w miejsce wybitych ciem, komarów i chrząszczy, zlatywały się nowe, coraz to dziwniejsze, coraz bardziej obce gatunki. Nie rozróżniał już nawet, z czym walczy. Żądny mordu, tłukł wszystko, co się nawinęło. Magda poddała się, bolały ją plecy, wyniosła dziesięć wiader wody, sen ją morzył, jutro coś się wymyśli, chodźmy wreszcie na górę. Przebrodzili przez korytarz, żartując z sytuacji, nawet nie zapalili światła na schodach, wdrapali się do sypialni, już na nic nie mieli ochoty, powoli zapadli w ciemność.

Rano zbudziła go Magda, wzrok miała przerażony, poruszała ustami w bezradnym szepcie, chodź prędko, zrób coś, bo nie wytrzymam, chciałam tylko zaparzyć kawy, Boże, myślałam, że umrę, to nie jest śmieszne, zlituj się, błagam, i bądź ostrożny, to jest ogromne. Co? Nie wiem, ale lata i brzęczy. Widziałaś to? Nie widziałam, zaraz uciekłam, bałam się, że mnie użądli. Pewnie zwykła osa, też coś, nie ma się czego obawiać. Głośne było, jak helikopter, to raczej szerszeń, Chryste, pozabija nas. Piotr złożył w pół zgarniętą z szafki gazetę, której nawet nie czytał, po czym uzbrojony wkroczył do kuchni. Usłyszał brzęczenie.

Rzeczywiście, głośne, pomyślał, ale nie dał po sobie poznać, że sam się boi tego latającego gówna, bo Magda do reszty by spanikowała, skąd ona może wiedzieć, że ja się naprawdę boję, nigdy o tym nie rozmawialiśmy, i jeśli to jest szerszeń, to albo go zabiję, albo sam umrę ze strachu, chociaż teraz się nie boję, tylko coś się we mnie boi, więc trzeba się będzie zaczaić, trzepnąć porządnie, i po sprawie, on albo ja.

Przemknęło mu przez myśl, że oto szerszeń przyleciał pomścić swych martwych kuzynów z jarzeniówki, teraz całe robactwo tego świata sprzysięga się przeciw nam, bestie uzbrojone po zęby, zrodzone by zabijać, lecz co za nonsens, szerszenie się nie mszczą, tak, jak nie głosują, nie czytają gazet, a już z całą pewnością nie jeżdżą na nartach. Z drugiej znowu strony, jak już użądli, to koniec. Brzęczenie ustało na chwilę, by zaraz rozbrzmieć na nowo, tym razem bliżej, gdzieś nad jego głową, pokaż no się, skurwysynu, Piotr obrócił się w niezgrabnym piruecie, bo z takim wrogiem trzeba mieć oczy z tyłu głowy, nigdy nie wiesz, gdzie zaatakuje, ja pierdolę, czuje się niemal jak żołnierz Marines w zasadzce Wietkongu. Coś musnęło jego ramię, Magda krzyknęła, aż podskoczył, opędzając się gazetą, jasna cholera, gdzie on jest, nie mogę na to patrzeć, wracajmy na górę, może sam odleci, lecz Piotr się nie podda, dopadnę drania, bądź ostrożny, Boże, wezwijmy pomoc, nie będziemy nikogo wzywać do jednego szerszenia, zresztą, świnia nie szerszeń, walczy jak tchórz, pokaż no się, padalcu. Cokolwiek to jest, mówiła Magda, ma rozmiary jastrzębia, jak to jest szerszeń, to ja jestem dodo, cicho, słyszę go, utkwił za żaluzjami, teraz go mam. Jednak latający potwór wymknął się spod ciosów Piotra i uleciał przez szczelinę uchylonych drzwi łączących kuchnię ze spiżarnią, w której trzymali drewno na opał. Nie wchodź tam, ciasno i ciemno, mógł się schować wszędzie. Rzeczywiście, poukładane równo pieńki, czekające na porąbanie, stanowiły dla takiego gada znakomitą kryjówkę, w ten sposób byłby u siebie, gdyby Piotr tam wszedł, to naprawdę mógłby już nie wyjść.

Najwyższym wysiłkiem woli Piotr zbliżył się do komórki na drewno i potężnym kopniakiem zatrzasnął drzwi. A jak wyleci przez jakąś szparę? Tym gorzej dla niego, niech tam sobie siedzi, na razie nic z tym nie zrobimy.

Wyszedłszy na werandę, drżącymi rękami wypili poranną kawę i spalili po papierosie, planując prace porządkowe, bo jakoś trzeba ujarzmić ten chaos, a przede wszystkim, ujarzmić wspólny czas, zataić przemijanie, złagodzić mękę wspólnego istnienia, bo przecież nie można tak żyć, wszędzie woda, zaraz się wylęgną komary, i dopiero będziemy mieli. Piotr odgarnął z twarzy miękki welonik babiego lata, które wiatr przywiał nie wiadomo skąd. Magda uroniła kilka łez, lecz on nic nie widział, bo nie patrzył na nią, co za koszmar, nawet u siebie nie jestem u siebie, i pomyślała sobie, że mogła nie wracać do męża wtedy, gdy znikąd wyrosła przed nią szansa na nowe życie, lecz zabrakło jej odwagi, i teraz jest tutaj, na tym podmokłym zadupiu, z ogromnym szerszeniem za ścianą, i z nieporadnym mężem, co nie umie raz a dobrze unicestwić intruza, w końcu szerszeń to nie pterodaktyl, a on sobie nawet nie zdaje sprawy, że mogłam być teraz z kimś innym, co ja z nim w ogóle robię.

Piotr wziął się od razu do wylewania wody, Magda rozłożyła u progów stare szmaty, by zatrzymać powódź, uszczelniła też okna, i zabrała się do robienia obiadu, dzisiaj frytki i jakieś mięso z zamrażalnika, nawet nie wiem, co to jest, kura, może indyk, w każdym razie drób, bo nie zdążyli kupić królika, którego przed powrotem sobie obiecali. Około południa Piotr wylał już niemal całą wodę i zrobił sobie przerwę na papierosa. Wstawiwszy mięso do piekarnika, Magda dołączyła do niego na werandzie. Wiatr dmuchnął jej w twarz babim latem, które natychmiast odgarnęła z obrzydzeniem. Piotr widział, że jest blada i wściekła. Pomyślałam sobie, nie wydaje ci się, że one muszą mieć tu gdzieś gniazdo, te potworne szerszenie, może właśnie dlatego wleciał do komórki, ponoć lubią ciepło i ciasne szczeliny, a może właśnie tam się zadomowiły? Wzruszył ramionami, pogrążony w myślach, ledwie słyszał, co do niego mówi, był daleko stąd, i widział, że ona widzi, że jest rozbita, że lepiej nie zaczynać, chociaż trochę go kusiło, żeby ją sprowokować, jednak muszą tu najpierw posprzątać, bo w takich warunkach nie mógłby się zamknąć w gabinecie, gdyby przyszło do kłótni, a mogłem przyjąć tę pracę za granicą, byle jaka, ale zawsze, pomyślał sobie, nic nie mówiąc, z nią czy bez niej, byłbym teraz kimś, z dala od gniazd i szerszeni, z dala od wody i wszelkiego robactwa, trzeba będzie sprzedać ten dom, to się nijak nie opłaca, to się sypie, to cuchnie, to gnije. To jak, sprawdzimy, spytała Magda, jakby to ona miała tam wchodzić, ryzykując własną skórą, i co ja powiem tym szerszeniom, to jest mój dom, szanowni państwo, uprzejmie proszę, wynoście się do wszystkich diabłów?

Obiad jedli w milczeniu. Nie mogli wejść do spiżarni, więc nie mogli otworzyć kompotu, zatem popijali colą, frytki były miękkie i niedosolone, mięso jak z gumy, kura czy indyk, jeden pies, ale nie będę nic mówił, przyjrzyj się kochanie, jak znoszę cierpliwie tę mękę, oczywiście, że mi smakuje, wystarczy wylać na to gówno całe morze keczupu, garść soli oraz pieprzu, zapić to wszystko colą bez gazu, tak, trzeba umieć się okłamywać. Magda zabrała się właśnie za zmywanie naczyń, gdy Piotr zobaczył kroczącego po podłodze pająka. Tego już za wiele, nie jesteś u siebie, dopadnę cię, ale zaraz pomyślał, że rozdeptać go nogą, to oznacza przylepić sobie do kapcia część pajęczej miazgi, przecież to się całe rozmaże, zaraz jakieś zarazki, cholera, nie chcę tego dotykać, muszę znów gazetą, gdzie jest gazeta, do jasnej cholery, no i masz, poszedł sobie.

Piotr, Piotr, widziałeś tę pajęczynę? Tuż nad szafką kuchenną, ja tam nie sięgnę, mógłbyś coś z tym zrobić? Mogłabyś wejść na krzesło. Piotr, bardzo cię proszę, już dobrze, zrobię to, więc teraz miotłą wymieść to hultajstwo, plugawe nasienie, co one sobie myślą, z jakiej racji muszę stawać na krześle jak dureń, żeby wymachiwać miotłą.

Piotr, tu jest następna, i jeszcze tam, w rogu.

Przez dwie godziny w całym domu wymiótł kilkadziesiąt pajęczyn. Magda dalej usiłowała sprzątać, rozmawiali jedynie wychodząc na papierosa, aż w końcu ich cykle rozbiegły się, czy sami tego chcieli, czy nie, i palili w samotności, ilekroć któreś z nich przerywało na chwilę walkę z tą przeklętą ruiną.

Tej nocy on zaczął, powoli, nienachalnie, lecz wymówiła się zmęczeniem, toteż wzruszył ramionami, odwrócił się ku oknu i zasnął niemal natychmiast, mrucząc coś niezrozumiale. Ona zaś kręciła się niespokojnie, nasłuchując ciszy, gdy zaś wreszcie zasnęła, na powrót znalazła się w kuchni, gdzie, jak się okazało, zostawiła niedomyte naczynia. Coś się zalęgło w mięsie, które zaczęło się poruszać. Uznawszy kurczaka, a może indyka, za niezdatnego do spożycia, Magda wyrzuciła go za okno, po czym sięgnęła do zamrażalnika po następną porcję. Lecz i ta była już napoczęta przez nieznanych intruzów. Białe larwy pełzały po zmrożonej powierzchni, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z zimna. Wzruszywszy ramionami, Magda zaczęła jeść.

Obudziła się obok ogromnego kosmatego pająka. Dwa wielkie odnóża oplatały ją w pasie, trzecie, mniejsze, wpijało się w jej pośladek, poruszając się powoli. Obudziła się ponownie. To Piotr przytulił ją przez sen, oddychając ciężko. Czuła jego nieodparte, zwierzęce podniecenie, z którego sam nie zdawał sobie sprawy. Z trudem wyplątała się z jego ramion, i zsunąwszy z siebie kołdrę, wyszła do łazienki.

Obmywając twarz, dostrzegła niewielką zmarszczkę w kąciku oka. Nie było jej tam wcześniej. Cóż, pomyślała, małżeństwo postarza. Przynajmniej wiem już, że więcej żaden mężczyzna nie będzie się trudził, by mnie z tego wyrwać. Mrugnęła kilkakrotnie oczami, napiła się wody z kranu, znów spojrzała w lustro. Zmarszczka zaczęła się poruszać. Rozwarła gwałtownie usta, próbując krzyknąć. Coś małego, czarnego, podłużnego, wypełzło z jej ust, upadło na podłogę i przez chwilę wiło się pomiędzy jej bosymi stopami. Podskoczyła, nadepnęła, zabiła, lecz nie do końca, bo gdy podniosła stopę, jeszcze się ruszało, więc poprawiła, tym razem ręką, małe, czarne ciałko rozmazało się w jej dłoni, bez zastanowienia wskoczyła do wanny, lecz nie było ciepłej wody, drżąc z zimna, zaczęła zmywać z siebie szczątki okropieństwa.

Obudziła się ponownie. To sufit przeciekał. Było już jasno, mogła więc dostrzec wyraźnie maleńkie kropelki, formujące się na suficie, dokładnie nad jej głową. Sufit pękał, tynk odpadał, wzdłuż powstałej szczeliny przechadzał się maleńki pająk. Słyszałam, że małe pająki, przypomniała sobie Magda, spadają w nocy z sufitu, i nieraz połykamy je nieświadomie. Coś ścisnęło jej gardło. Bzdura. Odwróciła się na drugi bok. Piotra nie było przy niej. Wstał wcześniej, może zrobił coś pożytecznego. Podniosła się od niechcenia, powoli ubrała spodnie. Schodząc na dół, brodziła w wodzie. W nocy spadł deszcz, Piotr wylewał już wodę wiadrami. Ten dom to istna zgroza, cztery ściany histerii, pieprzyć to, wynośmy się stąd, sprzedajmy tę ruderę, nie możemy, w takim stanie to jest nic nie warte. Tego ranka nawet nie pili kawy. Powódź zaburzyła ich codzienne rytuały, jedyne punkty, w których na chwilę zbiegały się ich losy.

Gdzieś była pompa do usuwania wody, nie przypominasz sobie? Owszem, w spiżarni. Ze szczeliny nad drzwiami komórki wyleciał olbrzymi trzmiel o bajecznych, kolorowych skrzydełkach. Pobłądził chwilę pod sufitem i wymknąwszy się na zewnątrz, uleciał w nieznane. Roześmieli się oboje. Ładny mi szerszeń. Ale nam napędziła strachu ta bezmyślna poczwara.

To Magda pierwsza wyszła na werandę, odpalając papierosa. Piotr niechętnie podążył za nią. To, co ujrzeli, nie miało żadnego sensu. Jak gdyby spadł śnieg, śnieg w lipcu, śnieg szary i lepki, śnieg, lecz jakby jedwab, jak gdyby welon babiego lata okrył łąki i drzewa, nawet samochody na podmokłym parkingu. Korony drzew rosnących w ich ogrodzie okryte były grubą warstwą pajęczyn. Wszystkie płoty i furtki, krzewy, krzaki porzeczek, kurnik, szopa, ciągnik sąsiadów, oblepione były szarą materią, lżejszą od firanek, wytworzoną przez niezliczone ilości pająków.

Uciekają z podmokłych terenów. Wszystko ucieka przed tą cholerną powodzią. One też chcą żyć, wstrętne gady.

Co my teraz zrobimy? A co możemy zrobić, kazać im się wynieść.

Pomyśleć, pomyślała, że to wszystko z powodu wody, naszej odwiecznej sojuszniczki, tej, która nam dała życie. Teraz nawet woda ma nas w dupie.

Właściwie, nawet ładnie im to wyszło, tym ohydnym pająkom. Szkoda tylko, że kosztem wszystkiego, co posiadamy. Mówiłam ci, to wina tej przeklętej fabryki, ale nikt tego otwarcie nie przyzna. Zrobili nas w konia. Przeklęte żmije z niebosiężnej korporacji. Wszystko się spieprzyło, pomyślała.

Przynajmniej wody nie zabraknie, pomyślał. Zawsze się można utopić.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież