Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA. Wspomnienia kadzenia

Była to wprawdzie fascynująca (i pouczająca!) zabawa wakacyjna, jednak jej wspominanie nadaje się w sam raz na karnawałowy styczeń, mój ulubiony miesiąc roku.

Któregoś pięknego lata (1965, 1966 lub 1967) spora grupa dzieci na wsi (plus JA, przebywająca tam dla wakacyjnego relaksu) zaczęła bawić się w kadzenie, nawet nie przypuszczając, jak bardzo te umiejętności mogą przydać się w życiu dorosłym.

Każdy sporządził sobie kadzielnicę według potęgi własnej myśli technicznej. Zwykle była to zawieszona na sznurkach puszka z wyciętymi pracowicie otworami, przez które wydobywał się kadzidlany dym. Im gęściejszy, ciemniejszy i smrodliwszy – tym lepiej. Choć prymusów z chemii wśród nas nie  było, każdy głupi wiedział, że jakość dymu zależy od tego, CO będzie spalane. Mistrzowie zapór dymnych strzegli więc tajemnicy ich składu jak źrenicy oka.

Jeszcze przed rozpoczęciem zabawy, na etapie technicznych przygotowań, realia wymusiły na ewentualnych pyszałkach postawy altruistyczne i międzyludzką solidarność, bo przecież każdy dysponuje innymi talentami (i antytalentami). Mając na przykład dwie ręce lewe, kadzielnicy wykonać nie umiałam, śmiano się więc ze mnie, że jestem „do niczego”. Do czego jestem, okazało się dopiero wtedy, gdy sprawni manualnie (lecz nie intelektualnie) wykonawcy urządzeń poparzyli sobie paluchy lub (postawiwszy na monumentalizm) nie mogli zabawek udźwignąć. Wtedy nastąpiła kooperacja: z wdzięczności za me pomysły usprawnieniowe, wykonali wspaniałą kadzielnicę także dla mnie, ponieważ określiłam im, jaki powinien być optymalny ciężar i wielkość urządzenia, by móc nim operować sprawnie. Wspaniałomyślnie podzieliłam się też refleksją, że w funkcji uchwytów najlepiej sprawdzą się rzemienie, bo sznurki się palą, a łańcuchy nagrzewają.

Lalusiowaci rodzice współcześni pewnie byliby zdziwieni, że nasi rodzice z powodu  zabaw swych pociech nie wpadli w histerie i depresje. Dobrze by było, bo takich słabeuszy dzieci się nie boją i bez trudu nimi rządzą! Od naszych stanowczych i energicznych rodziców (cześć ICH pamięci!) wiele razy dostawaliśmy po tyłkach, nie było to więc wychowanie bezstresowe. Właśnie dzięki temu na stresy byliśmy odporni i schodząc dorosłym z drogi kadziliśmy sobie dalej, gdy nikt nas nie mógł dostrzec, bo łono natury było tam rozległe i przepastne. Każdy z góry wiedział, że jak wróci do domu od stóp do głów utytłany sadzą, z wypalonymi w ubraniu dziurami i oczami zapuchniętymi od dymu – to będzie miał się z pyszna, choćby najskromniej przyczaił się w kąciku. Wiele godzin frajdy rekompensowało jednak w pełni przykrą resocjalizację u schyłku dnia. Coś za coś, życie już od zarania dziejów uczy tej zasady!

Po zapewnieniu sobie oprzyrządowania, trzeba było ustalić reguły gry. Oczywisty w mym przypadku pomysł, by każdy kadził sam sobie, a wygrywałby ten, który najdłużej wytrwa bez omdlenia lub innych niepokojących objawów –  nie zyskał poparcia demokratycznej większości. Uznano, że sam sobie to każdy może kadzić w domu przed lustrem (oczywiście pod nieobecność dorosłych). Zaakceptowałam więc ustalenia kolektywu: każdy stara się maksymalnie przykadzić bliźniemu, ten jednak nie napawa się kadzidłem (jak to bywa u dorosłych), tylko ucieka co sił w nogach, a jak już doścignięty lub przyparty do muru nie ma wyjścia – odwraca się i z własnej kadzielnicy daje czadu vice versa! Nigdy nie atakujemy bezbronnego, który na przykład zgubił kadzielnicę, rozpadła się mu lub wygasła. Czekamy, aż taki odzyska zdolność bojową.

Podczas zabawy zauważyłam coś ciekawego: zależność sposobu kadzenia od kadzących pochodzenia! Na przykład syn mechanika samochodowego uzyskiwał dymy kadzidlane ze spalania skrawków opon i odprysków lakieru, wnuczka zielarki i stolarza kadziła mieszanką jakichś roślin z klejem, ja (będąc córką hodowcy drobiu) wykorzystywałam w kadzidle zwilżone odpowiednio pióra domowego ptactwa (żadna to instrukcja, bo przecież nie podaję, CZYM zwilżone i w jakich proporcjach).

Z oceną efektywności mego wakacyjnego wypoczynku rodzice mieli nie lada dylemat. – Niby to dobrze, że przez cały rok nieruchliwa, teraz nagle ma ochotę biegać! Nawet w stroju gimnastycznym „biega” jednak tak, jakby odziana była w krynolinę z trenem. Wysportowane dzieci zawsze ją z tymi kadzidłami dogonią, wraca więc do domu bardziej upaskudzona od nich, chociaż akurat z jej puszki (to trzeba przyznać) nie wali czarny dym jak z parowozu, tylko miła dla oka (lecz nie dla nosa i gardła) błękitnawa mgiełka.

Dziwowano się więc, jak pyszałek może gustować w zabawie, w której jest najgorszy z wszystkich i nigdy nie wygra. Tak źle jednak nie było, bo (jak twierdziłam zawsze) KAŻDY jakieś talenty ma, tyle że nie wszystkie są jednako spektakularne. Szybkością nigdy nie grzeszyłam, dlatego nawet nie przychodziło mi do głowy, by kogoś gonić lub przed kimś uciekać. Raczej nawiązywałam do funkcji fortecy.  Takiego obiektu nie da się przepędzić, a siła rażenia płynących z niego dymów nie w ich strasznym wyglądzie, tylko w skuteczności i PRECYZJI ich serwowania. Bez znajomości słabych punktów przeciwnika na niewiele zda się szybkość i siła fizyczna, bo „amunicja” może zostać po prostu zmarnowana!

Stojąc sobie spokojnie ze swym błękitnym kadzidełkiem, zawsze wiedziałam, kto ze zbliżających się „zadymiarzy” ma szczególnie wrażliwy nosek, kto wytrzyma każde smrody, lecz nie zniesie łzawienia ocząt, komu najbardziej zależy na ochronie włosów, a komu na czystości ubranka. Rozeznanie na polu walki to przecież podstawa dobrej strategii.

Zabawa trwała około dwóch tygodni, a cennych nauk dostarczyła na cały żywot. Z dorosłymi zresztą w przyszłości bawić się było łatwiej, bo w strefy kadzidlanych dymów nachalnie się pchali, sami kadzili bardzo oszczędnie (uważając, że tym sposobem robią mi na złość), przy czym  kadzidła skierowanego na nich wciąż im było za mało i nawet tracąc przytomność, błagali o więcej! Dzieciaki przynajmniej wiedziały, że od kadzących trzeba albo uciekać, albo ich pokonać bardziej zniewalającym oparem. Byle samemu być na to odpornym!

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora