Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - KLUCZ DO MIASTA HERMESA

(Fragment przygotowywanej do druku książki „WPISANI W KAMIEŃ”)

Było przed północą...

PANI EGUCKA z westchnieniem ulgi, nareszcie na nowo, odkrywała wygodę swego posłania Chipendalle – tego wytwornego łoża, które kupił był dla niej w DESIE pan Szlachecki.

Nawet się z nim witała: ulubiony jasieczek – ten obleczony poszeweczką adamaszkową... Wiek XIX (!), z wyprawowej bielizny ciotki HELENKI z Grodziszcza, na której białą moliną czerwoną nitką obwiedziony wydziergany monogram (ten tajny! H.R. mający dowieść, że ciotka Helenka to żadna tam Carewska, ale najprawdziwsza KNIAGINI JELENA ROMANOW), ułożyła na piersi i przytulając się doń, syciła jego domowym ciepłem, ale też zapachem lawendowego kwiecia; woreczki wypełnione zasuszoną lawendą się przecież walały – rozprzestrzeniały po jej przepastnych biedermajerowskich szafach, obyczaje Cécyli PUCHE przypominały... Żadnymi nowoczesnymi (ach! ta trywialność chemii, bo przecież nie urokliwa tajemniczość ALCHEMII), śmierdzidłami nie alergizowały, tym podstępnym POSTĘPEM nie epatowały.

Ten profesorski lekarz w Zakopanym rację miał, kiedy żegnając się z nią rzucił: – Naturalne środowisko człowieka to jego DOM; Stasia od św. ZYTY dodawała zaś, że ten dom, jeśli się go staraniem otoczy, odwdzięczyć się za te starania w trudnych dla nas momentach życiowych potrafi – nasze troski zrozumie... – westchnęła PANI EGUCKA układając z ową ulgą swe ciało na tym przyjaznym łożu, na którym już nawet w tym lewym boku nic nie dokuczało.

Taak... Ta podroż ją zmęczyła... Ten sypialny, potem poranna włóczęga uliczkami Krakowa… W Mariackim Kościele przed ołtarzem Wita Stwosza Absolutowi za ratunek zdrowia dzięki składała... Aha! Tam przecież, tam! Ulubiony pierścioneczek zgubiła; na małym palcu go nosiła – musiał się niepostrzeżenie z niego zsunąć, jakowąś szparą pod posadzkę wsunąć, bo choć bacznie się rozglądała – wróciła – go szukała… Przepadł! Jak ten KAMIEŃ (jejku!!! może i FILOZOFICZNY był!) w wodę; zapewne FILOZOFICZNY, bo tajemniczy, bo białobladawy, jak te opisywane w rozlicznych księgach – traktatach filozoficzne białe proszki... – się zatrwożyła? Eee... chyba nie, chyba nie filozoficzny – raczej tą żółtą ciżemką się stał, o której w dzieciństwie czytywała – się zachwycała, więc postanowiła go nie żałować, bo może po wiekach też go ktoś odnajdzie, jego historię spisze – PANI EGUCKIEJ istnienie swoim TRZECIM OKIEM dostrzeże – odkryje... opisze; jak ta PANI EGUCKA swój KAMIEŃ FILOZOFICZNY tutaj zagubiła – odrzuciła, ale za TRANSMUTACJĄ stale tęskniła; to, swego serca w złoto przemienianie – może jak bez tego KAMIENIA, to siłą swej ludzkiej ŚWIADOMOŚCI… to, na dno serca wędrowanie… Historia pierścioneczka z opalem…

Wieczorem na krakowskim dworcu tak była umęczona, że już nawet o tym wyśpiewywaniu – Piękna pani tyś pojechała pod Lwów… Pod Przemyśl raczej – zapomniała i natychmiast do kolejnego pośpiesznego, takiego śmierdziela cuchnącego kiełbasą z czosnkiem Przemyśl – Poznań wsiadła i w Poznaniu szczęśliwie wysiadła… Było przed północą...

Tak, Stasia od św. ZYTY słusznie jej doradzała – Z GÓRY gadała: – Opanuj się, PANI EGUCKA! – toteż PANI EGUCKA do normalnego życia powrócić postanowiła: żadnych zakodowanych w jej głowie ALCHEMIKÓW, a zwłaszcza... ALCHEMICZEK! Jako, że to przecież IZYDA pierwszą alchemiczką się stawszy – wdowa po Ozyrysie – ten KAMIEŃ FILOZOFICZNY zwany też wdowim, bo także eliksirem wdowy lub kamieniem sieroty (no tak! PANI EGUCKA sierotą była, toteż KAMIENIA tegoż poszukiwać musiała), posiadła – posiadała.

Leżąc tak w tym wygodnym łożu PANI EGUCKA jednak już mniej chętnie się tym zagadkom alchemicznym przyglądała – szalonym szyfrom z miasta HERMESA, znanym IZYDZIE… Eee… zapewne te szyfry – klucz do nich – to całe MIASTO HERMESA, mówiąc kolokwialnie, to jakowaś ściema! – dyskretnie ziewnęła PANI EGUCKA, zamierzajac zasnąć w swej cieplutkiej nowej piżamce… Granatowy aksamit, a na piersi złocistych gwiazd i gwiazdeczek plejady, z których napis się wyłaniał:

Żyjemy w słońcu, uczucia skrywamy w księżycu

Mnóstwo alchemicznych przedziwnych symboli też ten napis otaczało... Wariactwa jakoweś, czy co? – zniesmaczyła się PANI EGUCKA... Zapewne ten KLUCZ do MIASTA HERMESA w tym tkwił! – bardzo, bardzo dowcipny prezencik od pana Szlacheckiego, który to ustawicznie życzliwie pokpiewał z jej alchemicznych dociekań, o których go telefonicznie informowała.

Przewracając się z boku na bok w tych wygodnych szerokościach swego posłania, PANI EGUCKA naraz się głośno roześmiała... Z siebie śmiać się musiała... Szyfry… KLUCZ do MIASTA HERMESA?!!! – nie, tego by nawet ten Mandaryn nie wymyślił... nawet baron von Műnchausen… tylko PANI EGUCKA? Ależ nie! Ona naprawdę o tym MIEŚCIE HERMESA czytała... taak – ożywiła się naraz! Było takie miasto, ale to jego określenie – jego znaczenie, raczej metaforą było, mistyczne wyobrażenie... jak to było? – wcisnęła mocno palce w powieki u nasady nosa, bo gdy tak czyniła, wszystko się jej przypominało – HIERA TECHNE – święta technika Egiptu... Tajemna... do ALCHEMIKÓW się odnosiła... tym MIASTEM HERMESA była... O rany – Stasia od św. ZYTY znów gadała – ręce załamywała! Toż ten twój HERMES bogiem złodziei był – kto z nim się spoufalał, KRAŚĆ musiał też!

– Niekoniecznie – sapnęła oburzona PANI EGUCKA – choć... – zająknęła się – w parę dni po urodzeniu skradł woły Apollinowi, to jednak, na przeprosiny zrobił mu lirę ze skorupy żółwia… A kto wymyślił pisma i liczby? Stał się bogiem wynalazców i poetów nawet! HERMES – MERKURY rozmarzyła się PANI EGUCKA, której ówże HERMES – MERKURY przecież patronowal! Bo spod znaku Bliźniąt była – A jak ładnie się ubierał – pomyśl, Stasiu, żaden obecnie projektant mody – te największe współczesne dziwolągi – sandałów ze skrzydłami nie zaprojektował – wymyślił, a przecież HERMES je nosił, bo stale podróżował – nawet i przewodnikiem dusz do państwa zmarłych był, a to daleka droga… A te jego kapelusze z dużymi rondami! Teraz już Stasiu wiesz, dlaczego Bliźnięta za kapeluszami przepadają... Znowu się rozgadałam, ale wróćmy do IZYDY… Do tego miasta HERMESA… Mnie się zdaje, że IZYDA dla swego syna HORUSA coś tam ukraść – wykraść próbowała… jakąś wiedzę? Alchemiczną? Złota, srebra otrzymywanie? Ale nie dla siebie – dla dziecka swego, bo to przed walką HORUSA z tym złym SETEM było…

– Jak chłopy wszystko siłą zdobywają, to kobiety słabsze – co sprytniejsze! – kraść dla swych dzieciek muszą – to dzieciek wykarmienie – od zła wszelkiego wybronienie – chronienie... – nie dokończyła Stasia, jednak to jej gadanie do zastanawiania – przemyśliwania nad alchemicznymi poszukiwaniami IZYDY PANIĄ EGUCKĄ skłoniło; ale nie tylko Stasine gadanie – ten napis na piżamie ponownie ją zaintrygował... Powtórzyła na głos:

Żyjemy w słońcu, uczucia skrywamy w księżycu

Jejku!!! że też od razu się nie domyśliła: Księżyc, Słońce, toż to oczy Ozyrysa... HORUSA... Bóg delty Nilu przecież jako sokół przedstawiany, a jego oczami – Księżyc, Słońce!!! A HORUS przecież, w walce z SETEM – kiedy go wykastrował – to księżycowe oko stracił, stąd zaćmienia księżyca się brały; pozostała słoneczna natura OKA, jako źródło płodności, światła i wiedzy… Stąd też słoneczna natura PANI EGUCKIEJ, która się przecież nigdy nie załamywała – Bliźniak kochający wiedzę zawsze jakieś wyjście z opresji znajdzie – tej depresji uniknie! – ucieszyła się PANI EGUCKA.

Ależ gaduła ten BLIŹNIAK – oj, gaduła! Zatem AD REM – jak mawiał dziadek ICZ herbu MOGIŁA a nawet TRZY. Cóż to z tą pierwszą alchemiczną IZYDĄ się działo? Bo się działo!!! Działo.

Złoto i srebro dla HORUSA zapewne otrzymywać chciała, no to na różne sposoby kombinowała: najpierw – sprawa nie do końca jasna – przed walką HORUSA z SETEM – jak sama mówiła – się udała do miasta świętej techniki egipskiej HIERA TECHNE – tego miasta? HERMESA, gdzie przez jakiś czas (po co?) przebywała... Ta HIERA TECHNE – odnosiła się do alchemii, więc najpewniej KAMIEŃ FILOZOFICZNY dla syna zdobyć zapragnęła, ale chyba go – tego klucza nie uzyskała. PANI EGUCKA się ekscytowała i znów te palce między oczy wcisnęła, żeby jaśniej myśleć. Potem IZYDA inaczej kombinowała – bo inny czas nastał – ten ruch sfer niebiańskich... To było chyba KAIROI – taki astrologiczny właściwy moment, taak... Z pewnością o tym gdzieś słyszała... Kiedy procesy alchemiczne zachodzą, czas musi być właściwy... PANI EGUCKA wciąż te palce w oczy wciskała – aha! I wówczas jakiś anioł z pierwszego firmamentu ją dojrzał, a że urodziwa była, zapragnął ją posiąść seksualnie; IZYDA – spryciara, jak to kobieta – swoje plany miała; postawiła ultimatum: najpierw wiedza alchemiczna (Aniołowi ją ukraść chciała – musiała), a potem może i igraszki, i swawole, kolokwialnie: bara – bara. Jednakże tej wiedzy Anioł nie posiadał, toteż IZYDA z kwitkiem go odprawiła (PANI EGUCKA ją rozumiała – też wolałaby pobyć z męskim geniuszem, aniżeli wypchanym pychą męskim urodziwym szowinistą; aparycją dusza by się nie zajmowała... Cóż, zodiakalne Bliźnięta tak mają… ESPRIT! TO jest TO, co prawdziwy mężczyzna mieć musi) – PANI EGUCKA napowrót do jej przygód w zdobywaniu alchemicznej wiedzy powróciła była!

Bo może i jej upadku – z zemsty, że go nie chciała? – PANI EGUCKA się zastanawiała – ten pierwszy Anioł następnego dnia nasłał był na nią Anioła z wyższych sfer – zapewne nie tak nachalnego – przyzwoitszego, bo IZYDA dyskretną była, o relacjach z Aniołem posiadającym wiedzę nie opowiadała, ale straszliwą wiedzę alchemiczną posiadła, a nawet zgodę, by synowi – HORUSOWI ją przekazać mogła.

PANI EGUCKA znowu dyskretnie ziewnęła i w sen jakowyś się pogrążyła była... Na pograniczu jeszcze jawy, a już snu ustaliła, że to miasto HERMESA to raczej metafora, mistyczne znaczenie miało, do alchemików – alchemii się odnosiło, ta IZYDA klucze do tej tajemnej wiedzy posiadła – podstępem zdobyła; gdybyż PANI EGUCKA ten KLUCZ miała, zapewne wiedziałaby również, jak ta IZYDA przygotowywała złoto, srebro; PANI EGUCKA nareszcie złote serce by miała... bo ta TRANSMUTACJA... Z tego przejęcia w ten sen się zaplątała...

Zbudziła się raptownie... oprzytomniała – był wczesny zaranek, ale PANI EGUCKA już zmęczenia nie czuła; trzy godziny mocnego snu w domowych pieleszach przywróciło jej siły, siadła na posłaniu wsparta plecami o zagłówek, tak, tak! do normalnego życia powrócić postanowiła... Normalnego? Znaczy: jakiego? Dokładnie nie wiedziała, a ta Stasia od św. ZYTY znowu swoje gadała – doradzała: – PANI EGUCKA, jak nie wiesz co masz zrobić PRZYSZYJ GUZIK! Ale PANI EGUCKA już to od niej ze sto razy słyszała i dalej guzików nie przyszywała, bo szycia nie znosiła; tak się tylko ze Stasią przekomarzała była... Udawała, że nie rozumie o co tej Stasi znowu chodzić może, choć jak zwykle, Stasia rację miała – PANI EGUCKA się w tę normalność powoli zanurzała...

Rozbebeszona waliza pośrodku salonu nadal straszyła, żadnym dalekim wspomnieniem jej peregrynacji nie była, tylko konkretnym uciążliwym rekwizytem – nienormalną – normalność krakowskiego nowego dworca jej serwowała.

Bo nowa normalność krakowskiego dworca, kazała PANI EGUCKIEJ podejrzewać – zawsze to rozważała – że rzekomy POSTĘP, to jednak PODSTĘPEM jest, przez tego ISTNEGO Stasi od św. ZYTY serwowany człowiekowi! Ten nowy dworzec! To przez jego organizacyjny bezład PANI EGUCKA do cna z sił opadła, bo to obecnie było jakoweś treningowe miejsce dla tych szalonych wdrapywaczy udających się w Tatry! – ubolewała. Ten stary miał na jednym poziomie perony, kasy, informację, restaurację, toalety, zaś na placyku przed wejściem doń czekały na udręczonego, obładowanego bagażem wędrowca autokary, którymi to PANI EGUCKA docierała swego czasu w rozliczne urokliwe miejsca... Ooo... Do Szczawnicy na przykład! Gdzie w Orlicy pomieszkiwała... Ach! Ta łagodność Pienin – po nich też stąpała.

Nowy krakowski dworzec? – rozważała – wielopodestowe, piętrowe konstrukcje; podziemne, nadziemne, ukazywały cały galicyjski – tak, galicyjski – bezład organizacyjny. Jak to, Gałczyński pisał?

... jak sen wariata śniony nieprzytomnie
serwus Madonna...

Obie babunie PANI EGUGKIEJ – i ta z ulicy Długiej w Poznaniu, i ta paryska Cécyli PUCHE – musiały mieć jakieś wyjątkowe porachunki z Galicją; mówiły o niej niechętnie, a jak już, to z nutą pogardy w głosie:

– No taak, galicyjskie porządki – co oznaczało w ich pojęciu skrajne cywilizacyjne zacofanie.

Otóż DUCH starej Galicji, nawet na tym rzekomo nowym dworcu straszył PANIĄ EGUCKĄ nadal; wyłaził z każdego kąta brudnego, niewygodnego, wręcz sadystycznie zorganizowanego bunkra!

Toteż PANI EGUCKA tam, ciągnąc swą podróżną torbę na kółkach, miotała się w jakimś labiryncie zwanym galerią (skąd taka romantyczna pałacowato–muzealna nazwa przylgnęła do pospolitych handlowych pomieszczeń?!), by doszedłszy do tego podziemia przypominającego jej schron przeciwlotniczy z czasów II światowej wojny, ziejący oparami wilgotno – kwaśnego smrodu bijącego od ciał skrywających się tu uchodźców (!) z kanałów (cóż, o rodzimych uchodźców, umierających w czas mrozów na ulicach miast nikt nie dbał i nie zachłystywał się pytaniem z trybuny sejmowej: – ile kosztuje jedno życie), dojść do biletowej kasy, w której to odmówiono jej informacji o poznańskich pociągach – taka oficjalna informacja położona na poziomie wyższym bunkra... Tak, trzeba się wdrapać wraz z bagażem tam właśnie, by ponownie zejść do kasy, i wykupić bilet – oświadczyła beznamiętnie kasjerka. – Bilet? Owszem, ale trzeba podać godzinę odjazdu.

– No trudno – skwitowała PANI EGUCKA – a toaleta? – rzuciła.

– Jest na poziomie najniższym – mruknęła kasjerka.

– Tego bunkra oczywiście – odparowała PANI EGUCKA dodając:

– Schodami w górę – schodami w dół! Tak chadzała MARUSIA Kasprowiczowa do grobowca Jana Kasprowicza na HARENDZIE.

– Do jakiego grobowca?! – zaniepokojona bileterka otrząsnęła się naraz ze swego krowiego spokoju, spoglądając na PANIĄ EGUCKĄ, jak na jakąś terrorystkę, ale się natychmiast uspokoiła, bo tuż za PANIĄ EGUCKĄ dojrzała dwóch policjantów; też się wsłuchiwali w wywody PANI EGUCKIEJ (owe opowieści Mandaryna... Münchausena? – niezrozumiałe dla nich, a więc niepokojące... Któż to bowiem ten Jan Kasprowicz? Ta MARUSIA? Może wschodnia mafioska? Poszukiwana listem gończym?!), zapewne się zastanawiali, czy ta dziwaczna osoba zakłóca spokój publiczny czy nie.

Stasia od św. ZYTY też się przysłuchiwała tam Z GÓRY, też trzy grosze swoje dodawała: – PANI EGUCKA, ty to potrafisz nawet moim wiekuistym spokojem potrząsnąć, to co ci taka bileterka! – przygadywała.

To właśnie było normalne, że PANI EGUCKA zawsze coś zakłócała — czymś, kimś, jak było trzeba, potrząsała, inteligencką aparycją naznaczona ten PLANKTON DEMOKRATYCZNY straszyła, tym reliktem książęcym przecież była – wygląd? Nie do przyjęcia! Najlepiej jakby maskę wampirowatą nosiła... Taką z Halloween nałożyła! Swoją by była... Gdzie z tą twarzą między ludzi – nieraz Stasia biadała. Teraz, oddalając się śpiesznie od tej kasy, z tymi dwoma policjantami w tle, PANI EGUCKA ponownie to pojmowała... Bo ta normalność…

Ponownie… Ooo… PANI EGUCKA dobrze pamiętała: ilekroć z dżungli współczesnego miasta – Poznania, z jego ulic się wyłaniała, tylekroć legitymowana, a nawet i w jakimś rejestrze sprawdzana (!) i z jakichż to powodów?! Się oburzała. Przecież do zakapturzonych band, przemierzających nocą ulice Poznania i wyjących; kurna, nie należała; żadnych innych bełkoczących po pijaku stworów nie reprezentowała; rowerem po chodnikach, mających służyć wymierającej kaście pieszych, nie buszowała; nie pluła na trotuary; piesków na trawnikach nie defekowała; nawet nie rzucała wciskanych jej, głupkowatych reklamowych papierzysk, tylko z tym uciążliwym śmieciem w dłoniach kroczyła w poszukiwaniu kosza na odpadki; brudnych DUPSK rodzinnych dzieciaków (nie mówiąc już o buciorkach psie łajna rozdeptujących na placach zabaw i trawnikach), w wózkach na żywność w SAMACH nie przewoziła; innych brzydactw też unikała; nawet i wodę w miejskich toaletach spuszczała... Ręce myła zawsze! Niestety – kiedy jezdnię w Poznaniu przekraczała, z tego PLANKTONU DEMOKRATYCZNEGO tylko ONA! WIELKIEJ KSIĘŻNEJ TWERSKIEJ potomkini wyłuskiwana, do płacenia mandatów przymuszana! Za co?! Za niesprawiedliwość!!! Na pewno 100 metrów, od przejścia dla pieszych było, zatem to prawo, gdy tak tą jezdnię przekraczała! No ale w dżungli żyła! Z jakowejś bramy, para policjantowa się wyłaniała… Pani pójdzie z nami – jej! Na pewno genetycznej księżnej! Rozkazywała!!! Pani pójdzie z nami – PANI EGUCKA naraz sobie wystawiła, jak to w czas Rewolucji Francuskiej zapewne genetycznie jej bliskie, księżne, hrabiny, markizy– nawet królową – na ścięcie... Ta gilotyna przecież... wiedziono, bo owóż policjantowcy z dwóch stron ją otoczywszy, na chodnik doprowadzili, mandatem obdarzyli, sądem zagrozili… Cóż z tego, że PANI EGUCKA oponowała, nawet swymi dłuuugimi nogami przestrzeń – ową odległość od swojego jezdni przekraczania do przejścia dla pieszych – krokami odmierzała! 110 tych dłuugich jej kroków było! Nie liczyło się nic! Radarowcy już drzewiej odległości swym sokolim wzrokiem odmierzyli – ustalili; 95 kroków było – stwierdzili i na tym się skończyło. Ich dwoje – PANI EGUCKA jedna, demokratycznie przegłosowana – gdzie te czasy, kiedy księżne panowały i zawsze racje miały. Normalność– nasze księżycowe uczucia – odczucia – cóż, żyjemy w słońcu? Ależ! Pod OKIEM nie HORUSA, a KAMER.

Choć zimowe dnie, które teraz otoczyły PANIĄ EGUCKĄ były krótkie; czas płynął leniwie i nic się osobliwego nie działo (tego co tak potrzebne do życia zodiakalnemu Bliźniakowi – owa sensacja – atrakcja – olśnienie, ale zawsze w ten spirytualizm wpisana, to taki spokój – wyciszenie po tych zawirowaniach normalności jej dogadzał, a płynący z niego smutek? Nooo... powiedzmy: smuteczek – ją uwznioślał.

Cały apartamentowiec niewielki, w którym mieszkała naraz opustoszał.

Pan Szlachecki nadal bawił w Japonii; nad Syberią pokrytą grudami spękanego lodu przeleciawszy, po jedenastu godzinach lotu, z krótką przesiadką w Bangkoku, szczęśliwie na lotnisku Narita wylądował (ach! ta japońska technika i organizacja – natychmiast elektroniczna tablica z jego nazwiskiem – Mr. Szlachecki – się ukazała i w języku polskim (!) informowała o drodze do wyjścia poprzez tunele – żadne tam: schodami w górę – schodami w dół), jako, że na tak daleką podroż i PANI EGUCKA mu swego pracowitego Anioła Stróża oddelegowała była, by go chronił.

Konsultacje dotyczące wyposażenia najnowocześniejszej polskiej fabryki żarówek i świetlówek POLAM – PIŁA projektowanej przez pana Szlacheckiego się przedłużały – nowoczesne japońskie technologie się przecież o precyzję prosiły.

Pan Szlachecki – dwa fakultety Politechniki Warszawskiej, w Biurze Projektów ksywa GENERAŁ, bo generalnym projektantem był – święcie wierzył, że rozwój metod i technik nauk ścisłych poszerza ŚWIADOMOŚĆ człowieka, którego ta jego ŚWIADOMOŚĆ go wyróżnia, od świata zwierzęcego odróżnia.

Dla PANI EGUCKIEJ nie do końca to było takie jasne – to poszerzanie ŚWIADOMOŚCI – POSTĘP to? Bo może i nieszczęście? Tego ISTNEGO PODSTĘP, zastosowany pierwej wobec naiwnej Ewy w raju, kiedy ówże podbechtywał ją przeciwko ABSOLUTOWI by wykradła mu ową ŚWIADOMOŚĆ... Może chociażby jej cząstkę… Podobnie jak IZYDA Aniołowi... – nurzała się w swych tajnych rozważaniach PANI EGUCKA, dla pozoru zajmując się przecieraniem stalowego kuchennego zlewu ściereczką zmoczoną w occie, by piękniej błyszczał.

Zatem: POSTĘP to czy PODSTĘP? ABSOLUTOWI to miłe? Bo może i nie – może grzeszne?!! Jak ten ziejący ostrą wonią ocet – Stasia od św. ZYTY przecież nie w detergentach zmywała, a w serwatce, bo serek też sama wyrabiała z przyzwoitego mleka krów WIELOCHÓW i MĄCZYŃSKICH w OWIE… Taaak, teraz by z mleka nafaszerowanego konserwantami tego sera nie wydobyła, bo by się nie ukwasiło... Zatem: PODSTĘP! – PANI EGUCKA ściereczkę – tę paskudę octową wrzuciło do worka na śmiecie.

Grzeszne to wszystko, ten ŚWIAT, w którym ją umieszczono?! Jeszcze jedna TAJEMNICA ISTNIENIA – tej też nikt do tej pory nie odkrył – czy tylko po to przyszło jej żyć, by taki truizm zauważyła?!!!

A do tego PLANKTONOWI DEMOKRATYCZNEMU to nie przeszkadzało – nawet o takie sprawy nie dopytywał: Leżała na podłodze i pozwoliła mi robić ze swym ciałem co tylko chciałem – takie wiersze czytywali – tym sexem się rajcowali! Tak, ale obok tych głupkowatych, tych którym tylko taka poezja pasowała, bo brak ŚWIADOMOŚCI – wręcz zwierzęcy – akceptowała, istniała jakowaś tajemna nisza, którą rozszerzacze tej ŚWIADOMOŚCI zaludniać musieli, bo przecież świat w to rozszerzanie – poszerzanie brnął, ciesząc się z POSTĘPU, nie bacząc na PODSTĘP, za którym się skrywała TAJEMNICA ISTNIENIA – zapewne straszna – jeśli tak skrywana; ta, którą Aniołowi IZYDA – spryciara wykradła i jedynie swemu synowi HORUSOWI przekazała była – ekscytowała się PANI EGUCKA.

– POSZERZANIE ŚWIADOMOŚCI? Sprowadzanie na ludzkość nieszczęść? – dopytywała pana Szlacheckiego PANI EGUCKA, ekspediując go do tej Japonii, zasuwając suwak walizy – dociskając ją kolanem.

– PANI EGUCKA! Czy twoja secesyjna lampeczka z zielonym kloszem, chroniąca twe wrażliwe oczy od zmęczenia, płonęłaby tak pięknie na twym biureczku przerobionym z maszyny do szycia marki Phenix – bo jak mawiasz, wraz z nim się każdego dnia ku wzniosłym – podniosłym rzeczom odradzasz – te mądrości – wzniosłości z ksiąg byś mogła wyczytywać, gdyby nie żaróweczki z zaprojektowanej przeze mnie fabryki POLAM – PIŁA?

– Noo taak... Już przecież MICKIEWICZ narzekał pisząc:

...Świeco niedobra, właśnie pora była zgasnąć i nie mogłem doczytać, czyż podobna zasnąć...

– a ja, gdy nie mogę zasnąć to pstryk! Zapalam lampeczkę z zielonym kloszem i czytałam, i doczytuję... No POSTĘP to duży, racja po twojej stronie – niby, niby, ten POSTĘP PANI EGUCKA zaakceptowała, ale jej TRZECIE OKO co raz rozbłyskiwało, poszukiwania PODSTĘPU nakazywało – skłaniało...

Choć pan Szlachecki i Stasia od św. ZYTY zawsze z jej spirytualnych wyżyn ściągać ją na Ziemię próbowali, to jednak PANI EGUCKA swoje wiedziała: czytując osobliwe księgi – żadne tam: nóżka w prawo, nóżka w lewo – jak to zodiakalny Bliźniak! Wszystko widziała – widywała podwójnie.

Wyczytała – zapamiętała, że według Biblii początkiem (ŚWIADOMOŚCI też) był UPADEK, który – ta wiedza o nim – przynosiła uzdrowienie; Stary Testament głosił, że wiedza przecież ten upadek oznaczała, ale wraz z Chrystusem przyszła nauka FELIX CULPA – ten upadek przechodził w uzdrowienie... Znów ta podwójność… Da capo al fine… Wiem, że nic nie wiem!!! Jak refren się to powtarzało – jęknęła – PANI EGUCKA w tym pustym apartamentowcu, osuwając się, już nieco rozgoryczona, na swą siemmlerowską kanapkę.

Co człowiek powinien zrobić ze swoją ŚWIADOMOŚCIĄ? – Stasia od św. ZYTY tam w górze, nad niebem dni PANI EGUCKIEJ przesiadywała, więc jęczała i jęczała – spokoju nie dawała: – Co powinien zrobić?!

– PANI EGUCKA! Nie dość, że ta twoja IZYDA Anioła na manowce sprowadzała, straszliwe tajności w sposób grzeszny pozyskiwała, to zaś potem ta Ewa w raju też kradła... Tę ŚWIADOMOŚĆ, czyż nie? Panu Bogu wykraść chciała – śmiała! Po co?! Bo też Panem Bogiem być się jej zachciało? Wszystko mając w raju, wciąż było jej mało? Po co jej to było?

– Stasiu, toż to teraz ty snujesz opowieści chińskiego Mandaryna: to niemożliwe, by to Ewa nas ŚWIADOMOŚCIĄ obdarzyła była; takie oryginalne stworzenie – jego ISTOTĘ – tylko ABSOLUT stworzyć był władny... – PANI EGUCKA w tej ciszy apartamentowego pustostanu się zamyśliła... Tym DZIEŁEM ASOLUTU się zachwyciła… Genesis… – wyszeptała – szóstego dnia tworzenia PAN BÓG stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje...

A ALCHEMICY? Oni swoje odkrycia, ten POSTĘP skrywali... No bo ten PODSTĘP? Ludzkość przed nim i może ochraniali... Igraszki ISTNEGO – parsknęła PANI EGUCKA.

Chyba sobie z tego sprawę zdawali, że niekontrolowany rozwój nauki i techniki to jeden ze znaków czasu? Zapowiadających czasy ostateczne?! ESCHATOLOGIA.

ŚWIADOMOŚĆ? – uściślmy – SAMOŚWIADOMOŚĆ – najwyższa forma ŚWIADOMOŚCI (bo według psychologów świadomość nawet i zwierzęta mają... Tą też czasami i PLANKTON DEMOKRATYCZNY się posługuje, do tej zwierzęcości się zniżając), do której najwięksi bohaterowie tęsknią – PANI EGUCKA to rozważała, bo niedawno nawet o tym z pewnym FILOZOFEM – POETĄ z Zebrzydowskiej Kalwarii rozmawiała.

Kim naprawdę jestem? Po co żyję? Dokąd zmierzam? – któż teraz ze współczesnych zjadaczy porannych grzanek i wypijaczy kawy latte się nad tym zastanawiał; o losach pośmiertnych człowieka? Sądzie Ostatecznym? Niebie? Piekle? MEMENTO MORI w czasy średniowiecza wrzucone? Ta normalność...?

To nad nią panowali – panują ci, WPISANI W KAMIEŃ. Władcy KLUCZA do miasta HERMESA?

Tego właśnie PANI EGUCKA się dowiedzieć by chciała.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora