Janusz Orlikowski - Cel

Jest w nas zawsze to „miejsce”, do którego się zmierza; to „coś” do czego się dąży, co się chce osiągnąć. Oczywiście można powiedzieć, zwłaszcza w sytuacjach wielu niepowodzeń: ja już niczego nie chcę, niczego nie pragnę, a tylko świętego spokoju. Tyle, że to nie jest prawda, bo właśnie ów święty spokój jest tym pragnieniem. No właśnie, jest pragnieniem. Chodzi nam o to, aby za cenę wszelkich naszych celów on się pojawił. Ten cudowny święty spokój. Chcemy „sprzedać” nasz cel za cenę braku jakichkolwiek przeciwności, których po prostu mamy już serdecznie dosyć. Targ jednak nie dochodzi do skutku, nie ma takich relacji. Nigdy bowiem nie dzieje się tak, że to do czego się dąży przestaje w istocie mieć jakiekolwiek znaczenie. To tylko słowa. Gdyby bowiem tak było, sprawa by wyglądała zupełnie inaczej. Prosty targ: rezygnuję ze swych celów, w zamian otrzymuję święty spokój. Doświadczenie uczy, że to nie tak.  Tylko, do cholery, dlaczego? Dlaczego nam się to nie udaje?

 O, całe szczęście. Ty wyobrażasz sobie człowieku, gdyby było inaczej? Ten święty spokój. Brak celu, czyli nie ma niczego, do czego mogłaby się ustosunkować twoja obecność w tym świecie? Żyjesz tak jakbyś był pozbawiony jakichkolwiek możliwych działań, czyli cokolwiek poczniesz jest bez znaczenia. Zrobisz tak czy tak, to i tak na nic nie ma wpływu. Zatem nie działasz. I tylko patrzysz. I tak sobie jesteś. I wbrew pozorom jesteś bliżej Boga niż myślisz. I to przez przypadek.
Ale o czym tu, w tych ostatnich słowach piszę?

„Niech to będzie pierwszą regułą działania: Tak ufaj Bogu, jakby powodzenie spraw zależało całkowicie od ciebie, nie od Boga; jednak w ich załatwianiu dokładaj wszelkich starań tak, jakby wszystko było do wykonania nie przez ciebie, ale przez Boga”.

To słowa św. Ignacego, które według relacji Jacka Bolewskiego z książki Nic jak Bóg, w eseju Arkana kontemplacji w działaniu spisane zostały przez węgierskiego jezuitę Gabriela Hevenesi w dziele Scintillae Ignatianae (Wiedeń, 1705). Co one mają wspólnego z zarysowaną wcześniej sytuacją? Mają i to przez ten sam przypadek, co nieco. Rezygnacja z działania (za cenę świętego spokoju) okazuje się furtką dla Boga. Odpuszczenie myślą nadawanych działań w imię  nakreślonego celu staje się powodem dla którego Bóg może powiedzieć swoje. Może zacząć działać, wcześniej blokowany naszą wolną wolą. Naszym: jest cel, należy działać tak, aby go zrealizować. I wtedy częstokroć dzieje się tak, że pomimo, według nas, dobrych środków, cel nam umyka. I nie jesteśmy zadowoleni. Bo albo uzyskaliśmy cel częściowo, albo wcale. To ten fakt jest asumptem do tzw. świętego spokoju, mówiąc nawiasem. Św. Ignacy pomny tych niedogodności i wiedzący to, że nawet odsunięcie się od działania (targ ze świętym spokojem w tle) stanowi co najmniej dyskomfort w życiu codziennym dla celów praktycznych tworzy myśl, która z pozoru wydaje się być paradoksalna i nie przystoi pozycji Boga. Z tego też powodu, jak relacjonuje Jacek Bolewski, „w kolejnym wydaniu swego dzieła (Gabriel Hevenesi  - przyp. J.O.) w 1714 r. nadał kontrowersyjnej formule inną, uproszczoną postać. „Tak ufaj Bogu, jakby powodzenie spraw zależało całkowicie od Boga, nie od ciebie; jednak w ich załatwianiu dokładaj wszelkich starań tak, jakby wszystko było do wykonania nie przez Boga, ale przez ciebie.” To odwrócenie może sprzyjało ówczesnym tendencjom pojmowania Boga, lecz w żadnym stopniu nie przybliż nas do św. Ignacego, co wykazuje Bolewski. Patrzymy zatem na tę pierwotną Ignacego myśl. Co ona nam tu daję?

Sporo. Bardzo sporo. Składa się ona z dwóch części. Pierwsza „Tak ufaj Bogu, jakby powodzenie spraw zależało całkowicie od ciebie, nie od Boga” wydaje się być dla wierzącego chrześcijanina wręcz niedorzeczna. Jak to, skoro wszystko od Boga jest zależne i od niego pochodzi, to w istocie sformułowanie to jest jakimś znaczeń karambolem. I będzie on raczej zbliżał się do tej poprawionej wersji z kolejnego wydania Scintillae Ignatianae, gdzie ta pierwsza część mówi o ufności w załatwianiu spraw takiej, że ich powodzenie jest zależne nie od niego, a od Boga.  Przyjrzyjmy się jednak tej poprawionej wersji bliżej. Czyż nie przypomina ona wspomnianego na wstępie targu o święty spokój? Boże, już niczego nie pragnę, tylko świętego spokoju; tak Ci Boże ufam... Otóż, śmiem twierdzić, w ogóle nie ufasz. Narzucasz bowiem Bogu swój cel, który na dobrą  sprawę On ma zrealizować i na dodatek jeszcze mieszasz mu się w to poprzez drugą część poprawionej wersji słów św. Ignacego: „...jednak w ich załatwianiu dokładaj wszelkich starań tak, jakby wszystko było do wykonania nie przez Boga, a przez ciebie.” Jakże Bóg może w takiej sytuacji działać, skoro poprzez swoją wolną wolę Go do tego nie dopuszczasz? Działasz przecież tak, jakby od ciebie wszystko tu zależało. A w konsekwencji powodzenie sprawy ma zależeć od Boga?

Zatem przynajmniej dziwić już nie powinna pierwsza część pierwotnej formuły. Warto powtórzyć: „Tak ufaj Bogu, jakby powodzenie spraw zależało całkowicie od ciebie, nie od Boga;”  Ale dlaczego tu pojawia się „Tak ufaj Bogu...” skoro ciąg dalszy tej części całkowicie wyklucza, by tak powiedzieć, boską w tym obecność? Można było przecież powiedzieć: Tak żyj, jakby powodzenie spraw... Byłoby to bardziej logiczne. Otóż nie. Chodzi o to, że po pierwsze Bóg jest zawsze obecny, a po drugie również zawsze dzieje się relacja pomiędzy Stwórcą a istotami stworzonymi, czy tego chcemy, czy nie. Tu Bóg jest jakby tłem i to tłem o barwie ufności rozumianej właśnie jako relacja Stwórca – stworzenie. Ta ufność to nie targ (że raz jeszcze powrócę do początku eseju), coś za coś, lecz wewnętrzne przekonanie, że Bóg zawsze czuwa, a powodzenie spraw zależy całkowicie od ciebie, nie od Niego. Bo to przecież ty, dzięki wolnej woli, wyznaczasz „miejsce” do którego zmierzasz. A ta aktywizacja dzieje się zawsze, bowiem rzeczone przez św. Ignacego „powodzenie spraw” krystalizować się w nas będzie dopóty, dopóki będzie nasze życie doczesne. I jest nią również poszukiwanie tzw. świętego spokoju. 

Taka ufność pozwala nam teraz na spojrzenie na drugą część cytowanej formuły Świętego: „... jednak w ich załatwianiu dokładaj wszelkich starań tak, jakby wszystko było do wykonania nie przez ciebie, ale przez Boga.” Chcemy, aby nasze działanie przyniosło zamierzony skutek. To nie dobrze, że chcemy. Chęć jest pragnieniem, a ono jest źródłem cierpienia. Jak to więc: nic nie mam czynić? To pytanie jest źle postawione, gdyż wymaga odpowiedzi – tak lub nie, co tu nie jest możliwe. Jak pisze Loyola należy tak czynić, jakby uzyskanie skutku nie było zależne od nas, a  właśnie od Boga. To podejście jest dla nas jednocześnie miernikiem, czy faktycznie Mu ufamy.  W realizacji celu może pojawiać się wiele przeciwstawień, z którymi nie możemy sobie poradzić.  To nic, radzi sobie z pewnością z nimi Bóg. My niekoniecznie musimy o tym wiedzieć, bo jesteśmy tylko Jego stworzeniami. Istotne dla nas jest to, jak pisał mistrz Eckhart, „nade wszystko jednakowe we wszystkim usposobienie.” Co to oznacza? „Jeśli ktoś jest chory, niech przyjmuje równie ochoczo swoją chorobę jak zdrowie, a zdrowie – jak chorobę.” Zatem cokolwiek się dzieje nasza postawa wobec tego powinna pozostawać niezmieniona. A ta niezmienność jest dla nas gwarantem powodzenia. Tylko tak możliwe są rozumienie i realizacja drugiej części formuły św. Ignacego. Jak to? Skoro, powiedzmy, choroba uniemożliwi mi powodzenie powziętego celu to naturalne, że czuję się co najmniej zaniepokojony. To zaprzepaszcza to, co powziąłem. Jak więc powodzenie spraw może zależeć całkowicie od mnie, a nie od Boga? Otóż tylko pozornie i gdy weźmiemy pod uwagę tylko racjonalistyczny sposób widzenia, czyli taki gdzie nie ma miejsca na działania Boga. My  natomiast – paradoksalnie z pozoru, możemy powiedzieć, poprzez chorobę dzieje się realizacja w wykonaniu Stwórcy i dzięki temu mieć „nade wszystko jednakowe we wszystkim usposobienie.”  To wystarcza.

Zdrowie i choroba przyjmowane w ten sam sposób. Czy to możliwe? W myśl formuły warunek konieczny na to, aby cel mógł być przez Stwórcę realizowany. Będąc chorym widzieć swoją chorobę tak, jakbyśmy byli zdrowi. Do zdrowia napisałem kiedyś taki list:

zdrowie – dotykam twoich życiodajnych dłoni
i palce niech twoje zagna się na moich... w ciszy
a tam – słychać tylko oddech spokojnego nieba
dobry uchwyt dla dni które mi zostały

blichtr pieniądze i władza
z nimi ci nie po drodze
to nie twoja przystań
gdy z pożądań kurczy się doba
i jak kij pchnięty w mrowisko
to ciągłe – co dalej?
gdy mrówki zakręcone w sobie

ten pozew adrenaliny o rozwód
gdy stoisz sobie na przeszkodzie?
bo ty przecież możesz?

pieniądze i władza
obydwa końce tego samego kija
tak samo bolą
blichtr skurczy się jak nic
i nikt o nim nie powie

wiem i dlatego zdrowie
dotykam twoich życiodajnych dłoni
palce niech twoje zagną się na moich

moja głowa niech opowiada to twojej

List do zdrowia tylko pozornie opowiada o sprawach, o których my nie tutaj. Łatwo odkryć jego genezę. „Szlachetne zdrowie/ nikt się nie dowie...” Jana z Czarnolasu i ta sieć pragnień i pożądań, która nami włada. To nic innego jak tylko przeświadczenie, że w załatwianiu spraw wszystko jest  zależne od nas. I dzieje się tak zanim uświadomimy sobie, że: „pieniądze i władza/ obydwa końce tego samego kija/ tak samo bolą/ blichtr skurczy się jak nic/ i nikt o nim nie powie”. Zanim wyzbędziemy się w sobie tych pragnień i pożądań, bo to one są źródłem naszego cierpienia, a w konsekwencji – zła, diabła śmiejącego się z nas. „wiem i dlatego zdrowie/ dotykam twoich życiodajnych dłoni/ palce niech twoje zagną się na moich”. By tak jednak się stało: „moja głowa niech opowiada to twojej”. Nie odwrotnie, zdrowia głowa nie może opowiadać to mojej. Zdrowie, a więc i Bóg, bo przecież „Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą...”, On obdarzył nas wolną wolą i to od niej, by tak rzec, winien pojawić się asumpt, a w rezultacie i świadomość tego, że w załatwianiu spraw winniśmy postępować tak, jakby wszystko nie od nas zależało, a od Niego. Gdy wyzbędziemy się własnego ja, Bóg może zacząć działać. To jednak nie oznacza, że wybierze On drogę, którą byśmy teraz pomyśleli i uchroni nas od choroby, bo być może jest ona w Jego planie czymś koniecznym. A wtedy naszą kwestią jest by mieć we wszystkim, w zdrowiu czy w chorobie, jednakowe usposobienie jak twierdził mistrz Eckhart, gdyż: „ten, kto pozostaje taki sam w radości i cierpieniu, w goryczy i słodyczy, komu nic nie staje się przeszkodą, tak że okazuje się jednym w sprawiedliwości. Sprawiedliwy stanowi jedno z Bogiem.”

Co to oznacza? By przestać stać sobie na przeszkodzie. A stoimy wtedy, gdy w cierpieniu, chorobie, goryczy zachowujemy się tak, jakby dotykała nas wielka niesprawiedliwość, albo jakby to czego doświadczamy było, i to jest największy błąd, karą za nasze grzechy. W pierwszym przypadku poczucie braku sprawiedliwości oddala nas od Boga, bowiem dzieje się tak, jakbyśmy Mu ów brak zarzucali i wtedy, zgodnie z naturalną koleją rzeczy, formuła św. Ignacego nie ma zastosowania, zaczyna się bowiem od słów „Tak ufaj Bogu...”. W drugim w kwestii ufności w istocie jest analogicznie. Jak to? Przecież uważam, że to moje grzechy są powodem cierpienia, choroby, goryczy? Ufam Bogu, a wymienione to kara za ich popełnianie. Być może, lecz w gruncie rzeczy to mylny sposób myślenia. Wkraczamy bowiem wtedy w, by tak powiedzieć, kompetencje Stwórcy, a jesteśmy tylko Jego stworzeniami. Dokonaliśmy przecież niejako łatwego osądu co do swoich czynów i to w ten sposób, że pokuta nie jest zadana, lecz dana. Oto stwierdzamy, że to co nas złego spotyka to wynik grzesznego postępowania. A to jest błędne tłumaczenie i nie przynosi nam ulgi. Skąd bowiem możemy wiedzieć, że za te lub inne przewinienia właśnie to jest karą? Zastępujemy sobą Boga. I co z nas za „Bóg” skoro „pokuta” czyniona, a nie przynosi rezultatów?  To nic innego jak całkowity brak pokory, śmiem twierdzić. I równie całkowity brak ufności w Boże miłosierdzie. I w tym kontekście powiedzenie: Boże zmiłuj się nade mną – nie ma żadnego sensu. Bo co? Mam się sam nad sobą zmiłować? To tu czysty absurd.

„Sprawiedliwy stanowi jedno z Bogiem.” A takim dopiero wtedy, gdy w taki sam sposób przyjmuje radość i cierpienie, gorycz i słodycz, zdrowie i chorobę. A powodzenie tego zależy całkowicie od nas, nie od Boga. Taka postawa pozwala na krystalizowanie „miejsca”, do którego się zmierza, na zaistnienie celu, który przez nas zadany ma możliwość realizacji, gdy jesteśmy wolni. A przy tym to powodzenie, jego właśnie realizacja, tu: „... dokładaj wszelkich starań tak, jakby wszystko było do wykonania nie przez ciebie, ale przez Boga.”

Co to jednak w praktyce oznacza poza opisaną wcześniej ufnością i że tak, a nie inaczej urzeczywistnia się plan Stwórcy? Otóż gdy wydaje się nam, że cel umyka i dzieje się zupełnie inaczej nie należy czynić nic, wykonywać tzw. doraźnych kroków, które by miały temu zapobiec. To nic innego, tylko nasza niecierpliwość wkrada się w tworzone dzieło życia, to Zło; Diabeł, któremu zależy, aby się nie powiodło i poprzez ten jego atrybut braku naszej cierpliwości chce zatryumfować. Czeka, czy mu się to uda. A  każdy jego krok naprzód, to nasz w tył. I dalej jesteśmy od świętego spokoju, o którym było na wstępie. 

                                                                            

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora