Andrzej Walter - Zaklinacz mrówek

Była u mnie mrówka
powiedziała że nie będzie
nosić moich listów do Boga

Cały czas spadamy w przepaść. Potykamy się o to życie, które nas przerasta. Śnimy, a całą noc lecimy głową w dół, ciekawi jakie jest dno, tego snu? Ciekawi, … czy Bóg przyjmuje gości?

Bo dzisiaj … każdy ma swoje kraty chroniące go przed światem. Bo dzisiaj … musisz zbudować własny świat, otoczyć go murem, aby nikt się do niego nie przedostał, nie oplątał mackami, szukającymi do ciebie dostępu, aby rozsadzić własnymi wizjami, od których napęcznieli i nie są w stanie pomieścić ich w sobie – muszą szukać ujścia w innych. Kto? Oni. Jacyś oni – jak zwykle. Oni. Choć wiemy, że Oni – to tylko my, albo, że możemy to również być my.

 Czytelniku. Zapraszam Cię w świat poezji Tadeusza Zawadowskiego ze Zduńskiej Woli. Zapraszam Cię do domu wariatów, w którym jesteś właściwie od lat, tylko jeszcze tego nie zauważyłeś, albo wydaje ci się, że to ty jesteś za murem, na zewnątrz, albo też wydaje ci się, że teraz już zatarła ci się granica wszelkich murów, stanów, miejsc przebywania i ten świat wydarza się po różnych stronach zwierciadła. Zapraszam Cię do krainy poety, celi i mrówki, do rzeczy małych, najmniejszych, a jednocześnie większych niż ty i ja i ten świat.

A mrówki jak to mrówki mozolnie
studiują każdą
literę każdy źle postawiony
przecinek nieudolnie położony
akcent analizują bezsens pozornego
sensu znacząc na kartce zapiski
i dopiski
Nad ranem taszczą na grzbietach
całe wiechcie poprawionych wersów
i układają przed moim progiem
- ludzie później dziwią się że w moich wierszach
tyle wydeptanych mrówczych
śladów

Tadeusz Zawadowski jest chory na poezję. Usiłuje się wydostać z matni naszego obłędnego świata. Usiłuje nam być: przewodnikiem, kołem ratunkowym, opisem w tej ucieczce (od siebie?) … zatytułowanej przewrotnie „Powrotem do domu wariatów”. Ucieczce nieudanej, nieudolnej. Ucieczce będącej szamotaniem się w sieci niczym ryba schwytana przez uprzemysłowionych rybaków, będąca świadomą swojego stanu położenia i nieuchronnej przyszłości związanej z przetwórstwem w ramach edukacji oraz wtłoczeniu w skomplikowany, bezduszny system współczesności.

Tak, tak. Jesteśmy w nim daniem głównym. Z duszą do: sformatowania, zutylizowania, i z głosem wyborczym – o tyleż cennym, co przez chwilę, o tyleż śmieciowym, co na stałe i z duszą do zmielenia na obraz i podobieństwo przypadku jaki stanowimy, jaki wydarzyliśmy się temu światu.

poetami bywamy również
w sytuacjach ekstremalnie
prozaicznych

jedząc bułkę
owiniętą w poemat …

Tadeusz Zawadowski nie leczy ze złudzeń, nie owija w bawełną, nie kłamie jak zastępy złotoustych znieczulaczy, nie bawi się w retorykę cywilizacji, nie konfekcjonuje skrzywionej rzeczywistości. Zawadowski koi. Uspokaja. Ubiera w słowa to, co wszyscy widzimy i czujemy, ubiera pięknie, wytrawnie, prostodusznie i otwarcie. Deklaruje: wierzę w człowieka. Tylko jest to wiara z samotności. Skonstruowana jakby na ratunek. Jedyny z możliwych.

Czyta się Zawadowskiego jednym tchem. Jednym tchem się go rozumie i jednym tchem snują się w myślach jego słowa, aby rozwiercać umysły, rozpalać namiętności, chwytać w dłonie nasze człowieczeństwo póki jeszcze nie jest zbyt późno. Póki jeszcze jest co uchwycić. Czyta się Zawadowskiego jak poetę – prozaika – myśliciela - przyjaciela – chłopaka z sąsiedztwa - jak swój własny głos wewnętrzny, który używa najprostszych słów, aby nas ostrzec przed katastrofą ostateczną, a jednocześnie jest poślednim głosem nadziei w tym: pokręconym, pokracznym i agresywnym świecie. Czyta się Zawadowskiego jak ewangelię życia na pustyni zautomatyzowania, na puszczy degradacji humanizmu i godności ludzkiej w obliczu totalitarnych bodźców zadawanych nam na nasze własne życzenie – masowo i celnie, każdemu wedle potrzeb, albo też parafrazując klasyków – każdemu wedle widzimisię …

Kim zatem jest Tadeusz Zawadowski?

Nie ma co do tego absolutnej pewności. Na jednym ze spotkań autorskich ktoś nazwał go … panem od mrówek. Warto posłuchać tego, co nam napisał. Sam o sobie i sam dla nas - w tej poezji akcji, a jednocześnie poezji uczuć, będącej zarazem poezją prawdy. Może nawet – poezji obnażenia się, świadectwa …
I ciągłych, nieustających, niekończących się poszukiwań.

i dlatego – cegła po cegle –
buduję wiarę w ludzi

pragnę rozumieć ludzi
oni jednak odsuwają się ode mnie

zapewne wkrótce
i mnie przykleją etykietkę

Tadeusz Zawadowski jest poetą totalnym. Pobity przez życie jak my wszyscy nie poddał się: frustracji, fascynacji, faktografii, formalizmowi – nie poddał się: szufladkowaniu, ogłaszaniu, wygłaszaniu i szlifowaniu. Nie poddał się: laicyzacji, alienacji, globalizacji i defraudacji. Jest kontynuacją kulminacji naszych dusz, które jeszcze żyją zawierając w sobie przeszłe pokolenia, cały bagaż tak zwanej ludzkości wraz z jej świadomością ograniczoną do czasów nadkomunikacji. Jest poetą, który wyrywa z nas złudzenie odbicia w lustrze: każdego dnia, każdej cząstki uczucia i całokształtu samego siebie poddanego przeróbce na modłę: konsumenta obrazów, zjadacza półprawd i widza spektakularnych igrzysk. Jest bardem nagiej prawdy o nas samych (i o sobie) w tym kontekście, w którym ratunek przynosi tylko jeszcze obecność bliźniego, którego winniśmy kochać jak siebie samego. I wciąż pyta nas -ten właśnie Poeta (zaklinacz mrówek?) – czy jeszcze to potrafimy? …

Dariusz Tomasz Lebioda określił poezję Zawadowskiego, że

„jest domeną krystalicznie czystego słowa i niezwykłej wyobraźni, zatrzymującej w kadrze wiersza zdarzenia i obrazy, chwile elementarne i ostateczne. To dynamiczne spektrum, w którym czas i przestrzeń tracą swoje wyznaczniki, a rzeczywistość staje się rodzajem ułudy, chwilowej ewokacji, ledwie uchwytnego błysku. Kontrapunktem dla niej jest wyostrzona i niezwykle skupiona świadomość, potrafiąca wyodrębniać poszczególne artefakty i istniejąca w zawieszeniu, jakby w unoszącym ją oddechu liryki. Wszystko może stać się dla poety zaczynem wiersza i znaleźć się w obrębie jego imaginacyjnych penetracji, jakże dogłębnych i ustalających proporcje pomiędzy stanami skupienia i integralnymi istnieniami. To jest penetracja profetyczna i zarazem odkrywcze dopowiadanie sensów, wzmacnianie znaczeń i wyrównywanie proporcji pomiędzy naturalnymi elementami. A przy tym zaduma nad sobą i miejscem osobniczej biografii w historii uwrażliwienia, zdobywania wiedzy o świecie i tworzenia nowych płaszczyzn egzystencji. Nikt nie rodzi się w wyjałowionej rzeczywistości, bez bytów sąsiadujących i różnorodnych fenomenów – nikt nie staje się poetą w próżni. Dlatego autor – rekonstruując swój świat wewnętrzny – projektuje go na zewnętrzność i tym samym przydaje jej głębi, otwiera na przestrzał kanał transcendencji. Tak osiąga w słowie zdumiewające efekty, tak dociera nim do samej istoty tego, co zakryte, co dalekie i niewytłumaczalne, tak orbituje wokół tajemnicy tajemnic – życia, przemijania i śmierci.”

Te bogate, górnolotne, barokowe wręcz słowa bardzo uznanego krytyka z iście naukowym zacięciem nie mijają się jednakże w tym przypadku z faktami. Nawet, jeśli sformułowania użyte przez Darka swą emfazą, elokwencją, wysublimowaniem i akademicką wytrawnością jakby kontrastują, nie przystają do języka poety, wprowadzając pewien dysonans poznawczy - poezja Tadka taka właśnie jest – krystalicznie czysta, elementarnie dziewicza czy wręcz nieskalana – wypływa przecież z natury tego, kim jest Tadeusz, a jest On wspaniałym człowiekiem, który tak wiele zrobił i nadal robi dla innych. Wiersze Tadeusza rodzą się wszędzie – wszędzie tam gdzie jest człowiek, jego duch, jego myśl, jego serce i uczucia … Poezja Zawadowskiego podtrzymuje w nas ducha. Nie poddawać się – takie być może, jest ciche motto Jego życia…

Jesteśmy przecież ogłuszeni, otumanieni, poddani standaryzacji i sztampie, poskładani z genów naukowo dowiedzionych w materii przetrwania, ulepieni na nowo przez perfekcyjnie zorganizowany świat, zaprogramowani na sukces i złudzenia tolerancji, która zastąpiła wielu bogów. Jesteśmy nic nie wartym śladem walki o ogień, o walory przeżycia w realności zwycięstw zawsze tylko silniejszego, śladem zmanipulowanej praprzyczyny rzeczy, przypadkiem w dziele przypadku i strzępem w materii. Tyle, że to nie jest prawda. W poezji Zawadowskiego odnajdujemy człowieka. Człowieka jeszcze czystego, wciąż odradzającą się tabula rasę, która jako taka uchować się dziś może jeszcze jedynie w domu wariatów. Czy stać nas jeszcze na jakąkolwiek ucieczkę? Albo powrót, do … domu wariatów?

Tadeusz Zawadowski jest młodym człowiekiem, w przyszłym roku ukończy sześćdziesiąt lat. Wedle dzisiejszych standardów wiele przed nim. Kilkukrotnie publikowaliśmy jego wiersze w E-tygodniku literacko-artystycznym Pisarze.pl – chyba warto ponownie tam zajrzeć…

http://pisarze.pl/poezja/7016--wiersze-tygodnia-tadeusz-zawadowski.html

http://pisarze.pl/poezja/10372--wiersze-tygodnia-12-10-15.html

http://pisarze.pl/poezja/8117--wiersze-tygodnia-tadeusz-zawadowski.html

http://pisarze.pl/poezja/2914--wiersze-tygodnia-tadeusz-zawadowski.html

Andrzej Dębkowski, Redaktor Naczelny „Gazety Kulturalnej”, uznany krytyk, eseista, publicysta i poeta – mój serdeczny przyjaciel - napisał o nim tak (z zwłaszcza o tomie „Powrót do domu wariatów”):

„Wreszcie w 1995 roku ukazują się Listy z domu wariatów, książka jakich jest mało we współczesnej polskiej poezji. Ta książka, to zapis stanów ducha poety, który balansuje na granicy między jawą a snem, między metafizyką a realnością, w końcu między życiem a śmiercią. Rzadko zdarza się, aby poeta tak szczerze mówił o sobie, kiedy próbuje opowiedzieć innych kolegów-poetów i zwykłych ludzi:
 
piszę do ciebie który także ślesz listy
– do umarłych poetów
wszyscy jesteśmy poetami
a od nas samych zależy na ile martwymi
 
podróż miałem dobrą wszyscy przeżyli
nikt nie skarżył się na zawał wiersza
– a może oni nie wiedzą że są chorzy na poezję –

Może nie wiedzą. Może już skreślili takie przypadki w listy przypadków dopuszczalnych, aby nie rzec – klinicznych przypadków (jednostek chorobowych) tego świata. Ów świat zakontraktowali w pakiecie z czystą materią. Tylko z materią. Czy tego chcemy, czy nie, duchowość umiera wraz człowiekiem naszych czasów, który stał się sterowalny, poddany, bezwolny i beznamiętny, aż wreszcie kompletnie obojętny… Umiera wraz z podstawowymi pojęciami, defraudacją miłości, wraz z: coraz mniejszym czytelnictwem, coraz uboższym namysłem nad prawdą, coraz mniejszym rozumieniem bliźniego, wraz z amputacją zachwytu nad pięknem, prostotą i zwyczajnością. Umiera stopniowo, powoli, ale skutecznie …

Rozprzestrzenia się czas apatii. Nazwany na wyrost czasem wielkiej, totalnej wolności. Wolności bez granic. Ponoć jej granicą jest tylko wolność innego, człekopodobnego przedstawiciela gatunku. Tyle, że gatunek na wzór zachodni wkrótce wymrze, a pozostanie „cała reszta” skolonizowana w całości, bądź mniej i być może dopiero wtedy przedstawi nam rachunek za świat. Tylko będzie to o czas jakiś zbyt późno…

Poeta smutno zauważa – (w różnych wierszach) …
(te wersy, być może nawet wyrwane z kontekstu są przyczyną mojej zadumy, śladem po lekturze, zdaniem prowokującym – ważnym…)

„pragnę rozumieć ludzi
oni jednak odsuwają się ode mnie”
(…)
„zapewne wkrótce
i mnie przykleją etykietę”
(…)
„już nas nie ma
- poza odciskiem pióra na kartce”
(…)
„w każdej minucie ginie w nas człowiek
- nie chcemy tego dostrzec
wypowiadając slogany o ludzkości”
(…)
„buduję dziesiątki światów
niczym klocki układam w mózgu
i burzę”
(…)
„starałem się w pociągu dostrzec człowieka
ale może było zbyt ciemno …”

Tak Tadziu. Jest zbyt ciemno. Zbyt jaskrawo (w sensie całej jaskrawości) i nazbyt głucho … Jest tak, że „nasze łzy są takie suche”

Tom Tadeusza Zawadowskiego „Powrót do domu wariatów” poleciłbym każdemu poecie, który zamierza wejść na tę drogę jako lekturę obowiązkową przed pierwszą publikacją (przed grzechem pierworodnym). Poleciłbym ją też wszystkim, którzy wierzą jeszcze, jakoś tam, w poezję, w świat, w życie i w ludzi, i nie zamarła w nich jeszcze: wrażliwość, umiejętność dostrzegania prawdziwego piękna, zdolność empatii, potrzeba rozwoju duchowości i zdrowych relacji między ludźmi.

Jedni drugich brzemiona noście. Któż jeszcze wierzy w sens tego stwierdzenia? Któż je jeszcze stosuje jako regułę życia? W takim świecie jaki nam stworzono, jaki stworzyliśmy też sami, jaki … stał się i wydarza się na naszych oczach? Któż jeszcze wierzy, że nie ma rozdźwięku pomiędzy słowami (przybranymi w hasła i idee), a codzienną rzeczywistością przybraną ciągłą walką o swoje, o dobra materialne, o bezpieczeństwo. Ponoć człowiek kończy się wtedy, kiedy już nie ma za co umierać … Myślę, że kończy się i wtedy, kiedy przestaje dostrzegać człowieka obok siebie.

Kiedy w „godzinach szczytu”, na pełnej ludzi stacji benzynowej upada normalnie ubrany i wyglądający człowiek, po czym leży tak sobie przez pół godziny, który to czas powoduje, że reanimacja następuje o 15 minut za późno? Tak umarł Ryszard Rodzik, który … jak Tadeusz Zawadowski – mógłby zapewne za Nim powtórzyć:

Kiedyś wierzyłem w naturalną skłonność człowieka
do czynienia dobra. To jednak
tylko utopia. Zbyt często
ludzie posługują się innymi
jak przedmiotami. Kiedy się zużyją
wyrzucają na śmietnik. Przed wyborami
wygrzebują spośród odpadków
prosząc o przebaczenie
do następnych wyborów. Zawsze wolałem
szukać ludzi którzy nie mieli do zaoferowania niczego
poza sercem. Może
dlatego tak właśnie odchodzili
z uśmiechem na twarzy
i zawałem …

Nie każdy rodzi się poetą. Teraz już wiem. Choć wielu z nas, tak, wielu z nas nimi jest, bywa, będzie, może będzie … a może tylko chce być. Tylko prawda w poezji zbawia. Wybawia. Otwiera oczy. Przynajmniej na dziś. Jak oceni to czas i historia… A cóż nas to obchodzi? Choć, jak wiemy, wszystkich nas to (choć trochę) obchodzi, motywuje, daje nadzieję, że jednak (łącząc ex-ante z ex-post) mieliśmy – my poeci – coś tam ważnego do powiedzenia. I dlatego nas za to życie tak skopało – bo życie poetów zawsze kopie w dupę, a jest to z reguły dupa goła, oszpecona, biedna, ogołocona z godności i powagi. Tam plecy kończą swą szlachetną nazwę i rozpoczyna się … nicość. Milkną słowa. I staje się samotność, i smutek, i – tak często i nazbyt głośno krytykowane – tego naszego karygodnego oderwania się od rzeczywistości. Innym – tym normalnym – (choć cóż to za normy) - poeta przeszkadza, albo jest powodem choćby kpin, albo choć pobłażania, skrytego półuśmiechu, albo (i to chyba najlepsze) obojętności zmieszanej ze skrywaną szczyptą pogardy oraz powszechnego niezrozumienia. Zdziwienie jest grzecznością. Zapewniam. Choć w naszych „spotkaniach” z innymi to tylko fasada …

nasze spotkania (…)
są próbą kreacji świata
rozpisanego na role
które przyszło nam grać
dla samotnego widza
w którym z czasem rozpoznajemy siebie

Po czym poeta, aby nie oszaleć kreuje sobie swoje złudzenia, swój świat wolności, swoje credo jak choćby to, że „tyle jest stacji / na których można wysiąść”. Otóż niestety: Tadziu, Andrzeju, Darku … i piszę to też do wszystkich innych „ludzi pióra z zaczerpniętym atramentem poezji” – coraz mniej jest takich stacji. Jedziemy pociągiem donikąd, a ktoś popsuł hamulce bezpieczeństwa. Jedziemy na zatracenie i tylko wiersze oraz prawo ich pisania jakoś pozwalają nam przetrwać …

Zakończę Drogi Tadeuszu, „zaklinaczu i przyjacielu mrówek” Twoim wierszem … najwłaściwszym z właściwych, tu i teraz, wierszy … o naszych wspólnych i potencjalnych przecież … domach wariatów:

(choć przecież jest to wiersz o … kawce …) aw

To my budujemy domy wariatów żeby zamykać
w nich innych niż my Linia podziału
zawsze się znajdzie Niski
wysoki Czarny biały Zawsze
gorszy od nas Nawet
dla siebie stawiamy mury
żeby udowadniać iż jesteśmy
lepsi niż w rzeczywistości Tak mało
w nas wiary w ludzi Nie mamy
w sercach miejsca nawet dla Boga
bo i Jego musielibyśmy zamknąć
za murem Trzeba być przecież wariatem
żeby chcieć zbawiać świat Kiedyś
uratowałem małą kawkę
która wpadła do rynny Nie zapomnę jej
spojrzenia kiedy wzbijała się
w górę Ponad wszelkie mury …