• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Była to wprawdzie fascynująca (i pouczająca!) zabawa wakacyjna, jednak jej wspominanie nadaje się w sam raz na karnawałowy styczeń, mój ulubiony miesiąc roku.

    Któregoś pięknego lata (1965, 1966 lub 1967) spora grupa dzieci na wsi (plus JA, przebywająca tam dla wakacyjnego relaksu) zaczęła bawić się w kadzenie, nawet nie przypuszczając, jak bardzo te umiejętności mogą przydać się w życiu dorosłym.

    Każdy sporządził sobie kadzielnicę według potęgi własnej myśli technicznej. Zwykle była to zawieszona na sznurkach puszka z wyciętymi pracowicie otworami, przez które wydobywał się kadzidlany dym. Im gęściejszy, ciemniejszy i smrodliwszy – tym lepiej. Choć prymusów z chemii wśród nas nie  było, każdy głupi wiedział, że jakość dymu zależy od tego, CO będzie spalane. Mistrzowie zapór dymnych strzegli więc tajemnicy ich składu jak źrenicy oka.

    Cohen nie zaśpiewa w Tykocinie,
    wiary w to jakby ubywa, płynie Narew
    tutaj w szachy z mistrza igły był ogrywał
    jego dziadek z Grodna takoż – krawiec.

    Pszczeli rój basuje chórem w sadzie
    wiatr gałęzią okwieconą dyryguje
    świat faluje tu swobodnie – senno - miodnie
    C – G – C – G – D – G - Hallelujah...

    Strona 1 z 10