Andrzej Ossowski - Siwek

Nazwałem Go Siwkiem. Nazwałem Go tak ze względu na kolor włosów, który był jedynym w swoim rodzaju, niespotykanym u innych ludzi odcieniem bieli. W niczym nie przypominał siwizny spotykanej u ludzi, którym  wiek głowy pokrył szronem. Był idealnie, równomiernie siwy, swoistym odcieniem srebrzystej bieli, której nie spotkałem już nigdy więcej.

Było to w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym, może piątym lub szóstym. Pewnego jesiennego wieczoru ktoś zapukał do naszego mieszkania. Ojciec podszedł do drzwi, ostrożnie, przez judasza, sprawdził kto za nimi stoi. Były to czasy, w których lepiej było zawczasu upewnić się kto przychodzi z wizytą. Za drzwiami mogli stać różni goście, od chodzącego po prośbie żebraka, szukającego okazji do pijaństwa milicjanta, do znajomego, lub kogoś z rodziny. Najbardziej obawiał się odwiedzin funkcjonariuszy UB, których wizyty, ze względu na swoją przeszłość, oczekiwał przez wiele powojennych  lat.

 Za drzwiami ujrzał nieznajomego, ubranego w brązowy prochowiec i kaszkiet w czarno białą pepitkę.

- Kto tam? – zawołał.
- Kostek, otwórz. To ja Ryszard.
- Jaki Ryszard? - zapytał ojciec, który nie rozpoznał w nim nikogo znajomego.
- Ryszard Nowicki - odpowiedział gość za drzwiami.

Usłyszałem odgłos otwieranych drzwi, kroki ojca i nieznajomego w ciemnym korytarzu. Po chwili obaj weszli do oświetlonego jasnym ,niebieskawym światłem gazowej lampy pokoju. Nieznajomym był średniego wzrostu, szczupły, a właściwie przeraźliwie chudy mężczyzna o ciemnych oczach. Kiedy zdjął płaszcz i czapkę, od razu wszyscy spojrzeli na jego włosy. Najdłużej przyglądał mu się ojciec, który w pierwszej chwili nie mógł rozpoznać w nim towarzysza  wrześniowej, wojennej tułaczki.

Ryszard,  młody uciekinier z poznańskiego, dołączył do ich oddziału gdzieś pomiędzy Bydgoszczą , a Lipnem. Dowódca przygarnął samotnego chłopaka, który w czasie jednego z ataków niemieckich lotników na kolumnę uciekinierów stracił rodziców. Chłopak, mimo młodego wieku, dołączył, jak kilku innych ochotników, do oddziału kolarzy, w którym był  mój ojciec. Lawirując pomiędzy oddziałami wojsk niemieckich  wycofywali się przez Warszawę na wschód, starając się dotrzeć do polskich umocnień w okolicach miejscowości Sarny. Ledwie kilka kilometrów od nich zaskoczyła ich napaść wojsk bolszewickich. Oddział został rozbity, żołnierze wzięci do niewoli. Ryszard zniknął.

Ojciec zaprosił Ryszarda do stołu i zaczęli wypytywać się wzajemnie o swoje wojenne losy.

- Zrób herbaty i coś do jedzenia- powiedział do matki .
- Podaj kieliszki- dodał gdy już wychodziła do kuchni.
- Jak mnie znalazłeś- spytał.
- Pracuję w spółdzielczości rolniczej i jestem tu służbowo - odpowiedział-przypomniałem sobie nasze wojenne spotkanie, rozpytałem ludzi i tak trafiłem tutaj.
- Co się z Tobą działo?- dopytywał dalej ciekaw losów dawno niewidzianego kolegi.

Opowiedział jak to, po napaści bolszewików, ukryła go pewna Ukrainka. Przeczekał u niej kilka dni i wyruszył w drogę powrotną. Udało mu się przedrzeć  w rodzinne strony,  do majątku, gdzie jego ojciec był przed wojną agronomem. Rodziców już więcej nie spotkał. Pewnie zginęli w czasie ostrzeliwania , kiedy się rozdzielili, albo później w nieznanych okolicznościach. 

- I co zrobiłeś po powrocie- spytał  ojciec- gdzie mieszkałeś? Czy ktoś się tobą zajął?
- Początkowo zamieszkałem w mieszkaniu po rodzicach, chodziłem nocą na pola kraść ziemniaki i tym żyłem. Gdzieś na początku listopada nie było już nic na polach, zacząłem zakradać się do wiejskich chałup, kradnąc co się nadawało do jedzenia.
- Nie miałeś żadnej rodziny?- spytał ojciec.
- Moi rodzice pochodzili z pod Krakowa, w poznańskim znaleźli się z powodu pracy mojego ojca.

Kiedy już stanęła przed nimi herbata, chleb i reszta skromnej wieczerzy, ojciec odważył się zadać pytanie, które od początku wisiało jakby zawieszone w próżni.

- Rysiek, a to- spytał ojciec spoglądając na jego włosy- przecież ty nie masz jeszcze trzydziestki?- dodał.
- Opowiem ci później- powiedział spoglądając wymownie na mnie.

Po kolacji zostałem wygoniony przez mamę do łóżka w sąsiednim pokoju. Mama zamknęła drzwi, dalsza opowieść miała się toczyć już bez mojego udziału.

Wizyty tego rodzaju w naszym domu zdarzały się dość często, mój ojciec ze względu na swoją wojenną przeszłość miał szeroki krąg znajomych. Często odwiedzali go różni ludzie. Wspominali czasy kampanii wrześniowej, niewolę, konspirację, czas powojennej partyzantki i przedwojenną współpracę, dziadka i ojca, z polskim wywiadem. Zawsze ciekaw tych wspomnień, do których mnie, z uwagi na wiek, nie dopuszczano, odkryłem całkiem skuteczną metodę podsłuchu. Kiedyś przypadkiem pozostawiłem rozchylona  książeczkę z obrazkami na swoim nocnym stoliku i spostrzegłem, że ustawiona pod odpowiednim kątem, wzmacnia dochodzące zza zamkniętych drzwi głosy. Przypadkowe odkrycie pozwoliło mi być cichym uczestnikiem rozmów, do których nigdy by mnie nie dopuszczono.

Tak było i tym razem. Słyszałem, stukanie kieliszków, sztućców i początkowo strzępy rozmowy, która stawała się coraz głośniejsza,  po coraz to  częstszym stukaniu  kieliszków.

- Twoje włosy?- ponowił pytanie ojciec.
- W czasie jednej z moich wypraw po prowiant zostałem złapany w gospodarstwie niemieckiego osadnika, który przejął jedno z polskich gospodarstw. Niemiec mnie pobił i zawiózł na Policję. Tam pobili mnie kolejny raz i zamknęli w areszcie. Po kilku dniach przewieźli nas, siedziało nas tam wielu, do więzienia w sąsiednim miasteczku.
- Długo siedziałeś?- spytał ojciec. Po chwili dodał-miałeś rozprawę?
- Nie. Takich jak ja wtedy nie sądzono. Siedzieliśmy tam bez wyroków , nie wiedząc jak długo to potrwa. Wywozili nas często do prac w polu, do usuwania gruzów, budowałem nawet drogi i most. Ja nawet zbytnio się nie martwiłem aresztowaniem. Tu miałem co jeść. Jadłem lepiej jak na wolności.
- Długo siedziałeś?- ponownie  spytał  ojciec.
- Gdzieś pod koniec listopada, w nocy zaczęli wyrzucać nas z cel i pakować do ciężarówki. Było nas dwunastu. Słyszeliśmy nawet tu, w więzieniu, pogłoski o rozstrzeliwaniach.
- Bałeś się? –spytał ojciec.
- Nie. Nie docierała do mnie świadomość, że za zwykłą kradzież z głodu można by kogoś zabić- po chwili milczenia kontynuował - wszyscy byli bardzo zaniepokojeni. Nie wiedzieliśmy dokąd nas wiozą. Jechaliśmy  po jakichś wertepach,  stąd domyślaliśmy się , że wywożą nas do lasu, lub w pola. Nie wiem jak długo trwała nasza podróż. Po jakimś czasie wysadzili nas na leśnej polanie. Były tam już dwie ciężarówki. Domyśliłem się , że jedną przywieźli około trzydziestu Żydów, którzy stali w wykopanym głębokim rowie, a drugą kilku żołnierzy i około dziesięciu cywilów. Rozpoznałem wśród nich Martina Szulca  , w którego gospodarstwie mnie złapano i Ottona von  Wernera, syna  właściciela jednego z sąsiednich majątków, z którym moi rodzice przed wojną utrzymywali bliski kontakt. On był już w mundurze, w stopniu porucznika.
- Kazali nam podejść do rowu z Żydami, dali łopaty,  padło polecenie wydane przez Wernera- Ryszard ponownie na chwilę zamilkł- kazał nam zakopać Żydów żywcem. Nikt z nas nie posłuchał rozkazu. Werner powtórzył go kilka razy, gdy nadal nikt z nas nie posłuchał  pozostali rzucili się na nas, bijąc kolbami karabinów, pięściami, przewracając nas i kopiąc gdzie popadło. Po chwili Werner krzykiem zmusił ich do zaprzestania bicia.
- Rozstrzelali ich?- spytał ojciec.
- Kazał im rozwiązać i  wyprowadzić Żydów z rowu.  Zauważyłem dopiero wtedy, że mieli związane nogi i ręce.
- Nie rozumiem- powiedział ojciec- przerwali egzekucję?
- Nie. Kolejnego rozkazu Wernera nie zapomnę do końca życia. Rozkazał  powiązać naszą dwunastkę i wrzucić do rowu. Kiedy już wszyscy leżeliśmy w rowie, rozkazał Żydom nas zakopać. Oni bez chwili wahania zaczęli wykonywać rozkaz. Nie zawahali się nawet przez chwilę. Gdy byłem zakopany już po szyję i piach tamował mi oddech Werner nakazał  naszym katom odkopanie nas. Z powrotem powiązano Żydów i wtrącono do rowu.   
- Zakopaliście ich?- cicho spytał ojciec, domyślając się  dalszego przebiegu zdarzenia.
- Nie. Nie umawiając się, wszyscy zareagowaliśmy tak samo. Wpadliśmy do rowu ze szpadlami-po chwili milczenia powiedział- nie wyobrażasz sobie Kostek, jak łatwo, pod ciosami szpadla, czaszka rozpryskuje się na kawałki. Biliśmy bez opamiętania. Wszyscy byliśmy zbryzgani krwią, odpryskami kości i mózgów. Dziś wspominam z wstydem i przerażeniem, że wtedy odczuwałem jakąś dziką , zwierzęcą radość z zabijania. Nie zważając na krzyki Niemców, strzelanie w powietrze, biliśmy tak długo, aż  została z nich bezkształtna masa.

Po tej opowieści zapanowało długie milczenie. Słyszałem jedynie kilkukrotnie brzęk kieliszków. Po chwili usłyszałem łkanie Ryszarda i ciche słowa, których nie zrozumiałem. Matka wyszła do kuchni zrobić kolejną porcję herbaty. Po chwili ojciec zadał pytanie:

- Jak się to skończyło?
- Kazali nam zakopać Żydów – odpowiedział Ryszard- sami uprzątnęli teren, pozbierali chrust i rozsypali na miejscu mogiły, trudno było zauważyć jakieś ślady.
- Ty przeżyłeś. Co się stało z resztą?
- Niemcy kazali nam wejść na ciężarówki, odwieźli nas z powrotem do więzienia. Nie wiem, czy tej nocy byliśmy też przeznaczeni do rozstrzelania. Jeśli tak nie wiem co uratowało nasze życia.
- A włosy?
- Dopiero w więzieniu jeden z kolegów opowiedział mi, że kiedy leżałem zasypany prawie całkiem, kiedy oni rzucali już piach na moją twarz, w ciągu ułamka sekundy osiwiałem całkowicie.
- Myślisz o tym? -Spytał ojciec.
- Często. Śni mi się czasem po nocach. Nie potrafię zrozumieć co się z nami wtedy stało. Nie wiem skąd ta zwierzęca radość z zabijania. Nie daje mi to spokoju. Nigdy więcej nikogo nie zabiłem. Krótko po tym zdarzeniu wywieźli mnie do pracy w Niemczech, do końca wojny pracowałem u bauera, gdzieś pod granicą francuską . Tam wyzwolili mnie Amerykanie i w lipcu w czterdziestym piątym wróciłem do Polski.
- Znalazłeś kogoś ze swojej rodziny?
- Nie. Jestem sam. Przed wojną byłem młody, nie poznałem nikogo z rodziny. Wiem, że mój ojciec miał brata, ale nie pamiętam gdzie.
- Musisz założyć  rodzinę - powiedział ojciec- samemu jest ciężko żyć , a z takimi wspomnieniami pewnie jeszcze ciężej.
- To jest jeden z ostatnich moich wyjazdów służbowych - powiedział Ryszard –postanowiłem, na Gwiazdkę będę już w zakonie.

Nie wiem jak skończyła się ta wizyta. Zmęczony zasnąłem . Kiedy obudziłem się rano nieznajomego już nie było. Nigdy więcej go nie spotkałem. Nie wiem nic o jego dalszych losach. Po wielu latach pytałem ojca o los Ryszarda, był zaskoczony moją wiedzą na ten temat. Nic mi nie odpowiedział. Do dziś nie wiem, czy nie chciał odpowiedzieć, czy nie wiedział nic o jego losie.