Janusz Orlikowski - Bóg to, czy nie?

W życiu dzieje się wiele zdarzeń, z których jedne są nam przychylne, inne nie. A w istocie jest ono nie kończącym się ich ciągiem, jeśli ująć je w tak uproszczony, linearny sposób. Nie o modelowaniu świata tu jednak, chociaż w pewnym sensie będzie to miało poniekąd znaczenie. Zabawiła mnie bowiem humoreska, zawarta w książce Modlitwa żaby (zbiór opowiadań medytacyjnych) hinduskiego jezuity Anthony de Mello,  pod nazwą Boża pomoc na pustyni.

 

„Pewien człowiek zabłądził na pustyni. Później opisując to przeżycie swym przyjaciołom, opowiedział, jak z czystej rozpaczy ukląkł i wołał do Boga o pomoc.

- Czy Bóg odpowiedział na twe modły? - zapytano go.
- Och, nie. Zanim zdążył, pojawił się jakiś badacz i pokazał mi drogę.”

Według relacji tegoż człowieka o wyratowaniu go z opresji zadecydował nie Bóg, a zwykły przypadek, zbieg okoliczności, że właśnie w tym miejscu i o tej porze znalazł się tam ów badacz, który wskazał mu drogę. Rzecz by można powiedzieć normalna, bo przecież z różnego rodzaju przypadkami spotykamy się w swoim życiu i nic w tym dziwnego. Czasem zaskakują nas pozytywnie, czasem wręcz odwrotnie. Przyzwyczailiśmy się do tego i jedynie bywa, że zareagujemy radością lub smutkiem na nieoczekiwane zdarzenie i idziemy dalej. Nie przyjdzie nam do głowy, nie zapytamy siebie: jaki może być sens  tegoż – przypadku(?). Brak nam czujności i umiejętności analizy czego wręcz, by tak powiedzieć, szczytowym przykładem jest ten człowiek, który zabłądził na pustyni i modlił się do Boga o pomoc. Tu, to ten brak powoduje w nas śmiech. Czyż nie? A mimo to, gdy nam się coś nieoczekiwanego przydarza, z reguły nie zastanawiamy się nad tym i po chwili jedynie stwierdzenia przypadku(?) przechodzimy nad nim do porządku dziennego.

A może jednak to przypadek spowodował uratowanie  błądzącego i nasz śmiech jest zupełnie nie uzasadniony? Przypadek? A cóż to takiego? Jesteśmy tylko zdolni opisać, by tak rzec, jego zewnętrzne objawy, co po mistrzowsku przedstawia Wisława Szymborska w sławnym wierszu Miłość od pierwszego wejrzenia, gdzie dwojga kochających się: „Bardzo by zdziwiło,/ że od dłuższego czasu / bawił się nimi przypadek” A on: „Jeszcze nie całkiem gotów/ zamienić się dla nich w los/ zbliżał ich i oddalał,/ zabiegał im drogę/ i tłumiąc chichot/ odskakiwał w bok”. Noblistka opisując go czyni to możliwie najbardziej dokładnie. Wskazuje, że: „Były znaki, sygnały,/ cóż z tego, że nieczytelne.” Bo przecież: „Może trzy lata temu/ albo w zeszły wtorek/ pewien listek przefrunął/ z ramienia na ramię?/ lub: „Były klamki i dzwonki,/ na których zawczasu/ dotyk kładł się na dotyk./ Walizki obok siebie w przechowalni.” A zatem, być może, już się wcześniej gdzieś „spotkali”, tyle że nie byli tego świadomi. W ten osobliwy sposób Szymborska niejako kwestionuje samą istotę przypadku. Zakochani od pierwszego wejrzenia „Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej,/ nic między nimi nigdy się nie działo.”, a w istocie mogło być inaczej, lecz tego dociec nie sposób. Wyobraźnia autorki tomu Koniec i początek przyjmując przypadek jako nieoczekiwane zdarzenie każe jej równocześnie temu zaprzeczyć logicznie kreśląc dlaczego. Poetycka intuicja podpowiada jej brak oczywistości pojęcia, które z czysto racjonalnego punktu widzenia takim się wydaje. A zatem do głosu dochodzi – dusza i wejście w obszary, które są, lecz dzieją się w ukryciu. Oczywiście Szymborska nie nazywa tego Bogiem, to byłoby sprzeczne z jej światopoglądem, tym niemniej zakwestionowanie istoty przypadku jest oczywiste.

Co to dla nas tu oznacza? Przede wszystkim to, że przypadek nie jest przypadkiem. A jeżeli nie, to czym? Jaki jest jego sens? Nie znajdziemy na te pytania odpowiedzi bez odwołania się  do  religii lub choćby odczuć metafizycznych. To dopiero tam wszystko może się wyjaśniać. Nie, nie poprzez nadanie przypadkowi sensu odwołując się do Boga. To jedynie pozwala nam w chwili nieoczekiwanego zdarzenia na stwierdzenie: Bóg tak chciał. I nic więcej. A właśnie to „więcej” jest tu niebywale istotne, bowiem w sytuacji przeciwnej będziemy na poziomie niby to obecności Boga w naszym życiu, czyli bez odpowiedzi z naszej strony. Rzecz bowiem ma się tak: nie chodzi o nadanie nieoczekiwanemu zdarzeniu sensu poprzez Boga, ile o to by ten sens był w tym zdarzeniu odkryty. To odkrycie powoduje, że przestajemy mówić o przypadku, jako czymś niewyjaśnionym. W wierszu Wyznanie napisałem tak:

przypadek?
on nic nie wyjaśnia
słowo pozbawione krwi
i kości na których by ciało
zawisło bez pytania o prawdę

Tak, przypadek w racjonalnym ujęciu jest pozbawiony sensu, jest słowem bez krwi i kości, bez treści i dopiero jasne odniesienie do religii (tu chrześcijańskiej – „ciało/ zawisło”) ten sens mu nadaje.

To nie przypadek czy szczęśliwy zbieg okoliczności spowodował, że człowiek który zabłądził na pustyni z opowiadania medytacyjnego hinduskiego jezuity odnalazł drogę za pośrednictwem badacza, lecz było to działanie Boga. Można w to wierzyć, albo nie. Jeśli nie pozbawiamy się możliwości nadania sensu, treści zdarzeniu. Dopiero – tak, otwiera przed nami perspektywy. O czym piszę? O jakie perspektywy tu chodzi? Te, które są możliwe, ale tylko dzięki naszej uwadze, powiem więcej, umiejętności odczytywania nieoczekiwanych zdarzeń. I nie chodzi tu o analizę w dosłownym tego słowa znaczeniu. To pozostawmy racjonalistom. Chodzi o zauważenie, intuicyjne odkrycie, że to co się niespodziewanie wydarzyło nie jest kwestią przypadku, ale ma swój głębszy sens. Gdy, by tak rzec, poszukamy w sobie, odpowiedź niejako sama się nasunie. Jak wspomniałem wcześniej, sens zostanie w tym zdarzeniu odkryty. I jest to droga, którą prowadzi nas daimonion, nasz duch opiekuńczy. Pisałem o nim osobny esej Mój daimonion zawarty w książce Gwałt na prawdzie. Oprócz „przypadku” to właśnie tam wskazałem na drugi sposób porozumiewania się z  człowiekiem Boga. Są to znaki. One tym różnią się od nieoczekiwanego zdarzenia, że o ile „przypadek” jest, by tak powiedzieć, cieleśnie namacalny, to znak pojawia się w formie duchowej. W postaci czegoś, czego nie można dotknąć, a jest wyraźnym dotykiem ( jak wtedy, gdy stałem przed szpitalem onkologicznym w Gliwicach – piszę o tym tekście Mój daimonion), czego nie można zobaczyć, a jest równie wyraźnym widzeniem, o czym także w tym eseju, czy głos. Przypomina mi się i wydarzenie nie tak dawne, a nie związane z przebytą chorobą. Tuż przed odejściem na emeryturę stanąłem przez chwilę w pustej sali lekcyjnej. Nagle wzrok mój samoczynnie skierował się w stronę biurka, umownie nazwijmy miejsca pracy, bo nie lubiłem prowadzić zajęć zza katedry. Niejako nieco nad nim, po jego prawej stronie, tam gdzie stał komputer była szaro-siwa, jakby kreską grafika kreślona od tułowia w górę, lekko przygarbiona postać. Tak jakbym to był ja, nie ja (?). Po chwili zniknęła. Widać mój daimonion chciał mi powiedzieć, że też się ze szkołą żegna, przy czym – nie do końca, tak jakby był tu, jest i będzie. Takie miałem wrażenie. Co to oznacza? Rzecz tkwi w pojęciu czasu. Bóg jest wiecznie trwającą aktualnością. (Pisałem o tym w eseju Wokół czasu we wspomnianej już książce Gwałt na prawdzie.)  Bez podziału na czas przeszły, teraźniejszy i przyszły, co jest wytworem człowieka. A w istocie, jak pisał T.S. Eliot w Czterech kwartetach: „Czas teraźniejszy i czas, który odszedł,/ Na równi chyba tkwią w czasie, co przyjdzie.” Stąd mój daimonion nie mógł stworzyć we mnie innego wrażenia.

Zarówno znaki jak i nieoczekiwane zdarzenia, o czym jestem przekonany, to formy kontaktu Boga z człowiekiem. To łaska jaką On nas obdarowuje. A zatem nie jest to nagroda za dobre uczynki czy miłość jaką okazujemy, ale raczej wskazanie drogi, pomoc. Dlaczego o tej, skądinąd oczywistości, piszę? O tym za chwilę.
Trzeba nam tu jeszcze rozstrzygnąć odpowiedź na tak postawione pytanie: to co nas niespodziewanie spotyka, ten przypadek, nie zawsze ma charakter pozytywny. Często bywa, że wręcz odwrotnie. Wręcz staje on w poprzek układu zdarzeń, który tworzymy w dążeniu do celu. Cóż to więc za pomoc? Otóż negatywna ocena zaistniałego stanu rzeczy jest tylko naszą  i widać tu nie ma nic wspólnego z tym, jak jest w istocie. To co nam się wydaje dobrem, nim nie jest. I to właśnie to należy do sfery naszego odkrycia. Przypominają się też słowa Ignacego Loyoli cytowane już w eseju Cel:

„Niech to będzie pierwszą regułą działania: Tak ufaj Bogu, jakby powodzenie spraw zależało całkowicie od ciebie, nie od Boga; jednak w ich załatwianiu dokładaj wszelkich starań tak, jakby wszystko było do wykonania nie przez ciebie, ale przez Boga.”

Po tym, sądzę, jasnym wyjaśnieniu wróćmy do kwestii łaski i naszego człowieka z opowiadania medytacyjnego Boża pomoc na pustyni, który to człowiek pośród jej piasków zabłądził. Uderzający tu nie jest fakt, że zabłąkany w potrzebie modlił się o pomoc, ile to w jaki sposób na nią zareagował. Stwierdził, że Bóg nie zdążył udzielić mu pomocy, lecz zjawił się jakiś badacz i pokazał mu drogę. Pytanie brzmi: a w jaki to sposób Bóg miał to uczynić? Oczywiście, mógł inaczej, poprzez na przykład głos: idź tędy. Lecz czy wtedy zbłąkany by ten głos usłyszał, a jeśli nawet, czy by go posłuchał, skoro nie odkrył nawet Bożego działania w tym nieoczekiwanym zdarzeniu?

Mamy więc kwestię wiary tego człowieka i ta jest najtrudniejsza do rozstrzygnięcia, czy wręcz niemożliwa. Nie możemy bez szkody dla niego jednoznacznie stwierdzić, czy był on personą wiary, czy też bezapelacyjnie nie, bo przecież modlił się. W moim bowiem ujęciu ktoś jest wiarą obdarowany, odkrył ją, bądź też nie. Nie widzę tu szarości: człowiek słabej wiary, mocnej, czy cokolwiek między pomiędzy tymi. Nie widzę, choć mogę to sobie wyobrazić, ale nie o tym tutaj.  Jedno jest pewne: zabłąkany nie uwierzył, że pomoc dla niego na pustyni była działaniem Boga, chyba że założymy celowość odpowiedzi „Zanim zdążył, pojawił się jakiś badacz i pokazał mi drogę” w imię wywołania efektu humorystycznego, co by kończyło wszelkie analizy. Nie to nas jednak ciekawi, bo w takiej sytuacji żadnej ciekawości nie ma, ile właściwości tego człowieka bez tego łatwego wytrychu. Pomimo modlitw zdaje się być ów człowiek wiary pozbawiony, ale tym samym co możemy powiedzieć o kapłanie z opowiadania Trzy opatrznościowe łódki z Modlitwy żaby Anthony de Mello, które zbyt długie aby je tu w całości przytoczyć, zatem pozwolę sobie na skrótową, a zawierającą sens, relację. Pewien kapłan siedział przy pisaniu kazania o Opatrzności, gdy nagle usłyszał pęknięcie tamy, wskutek czego woda coraz bardziej wzbierała i zagrażała wszystkim, a więc i jemu, utonięciem. Podpłynęła do niego łódka pełna ludzi w celu uratowania również jego. Kapłan jednak odmówił twierdząc, że on pisze kazanie o Opatrzności, a więc ta go ocali. Gdy woda sięgała kolan on wdrapał się na dach z tym samym przekonaniem i odmówił po raz drugi, gdy podpłynęła łódź. Następnie wspiął się na szczyt dzwonnicy, a gdy tam woda zaczęła mu sięgać do kolan podpłynął oficer w motorówce, aby ratować księdza. Ten jednak odmówił po raz trzeci twierdząc: „Widzi pan, ufam Bogu. On mnie nie zawiedzie.” I dalej oczywiście zajmował się swoim kazaniem o Opatrzności. W rezultacie, co łatwo tu podejrzewać, ksiądz utonął. Gdy, jak pisze hinduski jezuita, kapłan znalazł się w niebie poskarżył się Bogu: „Wierzyłem Ci. Dlaczego nic nie uczyniłeś, że by mnie ratować?” Na to Bóg mu odpowiedział: „No cóż. (…) Wiesz, wysłałem ci te trzy łódki.” Trzykrotnie kapłan piszący kazanie o Opatrzności jej odmawia. Co możemy powiedzieć o jego wierze? Oczywiście, była źle pojęta. Była więc, czy jej nie było...? Stąd moje zauważenie, że rozstrzygnięcie kwestii wiary jest trudne, czy wręcz niemożliwe. Nie do nas należy, w gruncie rzeczy, ono.

To co łączy zabłąkanego na pustyni i kapłana w obliczu śmierci, to brak odkrycia. Brak zauważenia, że Bóg się jednak z nami kontaktuje niezależnie od tego, czy ktoś w Niego wierzy, czy też nie. I On jedynie wie, jak jest w istocie. I pewnie niezależnie od tego wysyła nam w odpowiednim momencie odpowiednie sygnały. Sprawą naszej wolnej woli jest jak je przyjmiemy.  Tu On nie ma nic do powiedzenia. Obdarzył nas nią i basta.

Zarówno człowiek na pustyni jak i kapłan w pocie czoła wykluwający kazanie o Opatrzności  tą wolą się, by tak rzec, posługiwali. Temu pierwszemu, choć byśmy o jego wierze mieli marne mniemanie, się – byśmy powiedzieli – udało, drugiemu, by się wydawało, pełnego wiary – nie.  Co tu jest grane? Dzieje się sama kwestia wiary. Jeśli mówisz, że wierzysz musisz wiedzieć co mówisz. Twoja wiara powinna być odkryciem, bo tylko taka ma znaczenie. Inna jest tylko tradycją w tobie głęboko zakorzenioną i nic więcej. Co to oznacza??? A jeśli ja do tej pory nie doznałem  żadnych „przypadków”, czy też nie pojawiły się znaki Boga opatrzności to znaczy , że Bóg się ze mną nie kontaktował? Być może tak, twoje działania były O.K., tylko czy ty się temu w jakiś sposób przyglądałeś? Jeśli tak, to tym bardziej O.K. Twoja wolna wola musi to rozstrzygnąć i nikt więcej. Ot kwestia treści wiary. Ale, nawiasem mówiąc, chyba każdemu w życiu jakiś „przypadek” się przydarzył...

Rozstrzygniecie (co do treści wiary) nie jest jednak kwestią powiedzenia: wierzę, nie wierzę. Ono dzieje się inaczej. Jest procesem, którego końcowa partia dzieje się niejako samoczynnie, pojawia się, albo nie. Może ono być wynikiem szczególnych wydarzeń, ale może  też pojawić się niespodziewanie, nagle, żadnych w tej kwestii priorytetów. Co zatem jest pewne: albo się pojawia, albo nie. Albo jest wiara uzmysłowiona, bo tak wymaga plan Boga, albo nie. Uzmysłowiona wiara to łaska, o której w wierszu Cztery słowa napisałem:

(…) jeżeli przyjęta
gdy z białej chmurki daimonion
ten na ramieniu dotyk
za nic i niesłyszalny głos;
kiedy zmienia się w przekonanie
a nawet nie jest
chwilą

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora