Włodzimierz Rutkowski - Poza kadrem

Nareszcie koniec zdjęć, to znaczy dla innych nareszcie - nie dla mnie. Ja mógłbym tak w nieskończoność, przynajmniej mam takie wrażenie. No bo jeszcze niedawno, niemiłosierny dzwonek budzika bezlitośnie przywoływał rzeczywistość, wypełnioną hałasem maszyn włókienniczych i wszędobylskim hukiem - i nagle cud - inny świat, a raczej namiastka innego świata - kamera, światła reflektorów, mikrofony, więc z czego mi się tu cieszyć, że czar prysł niczym bańka mydlana.

Pocieszam się myślą, że jutro po śniadaniu będzie dalszy ciąg snu na jawie, a póki co pakuję razem z innymi oświetlaczami ciężkie reflektory łukowe na “Jelcza”. Są niezwykle przydatne - wystarczy nawet w słoneczny dzień założyć filtry na obiektyw kamery, by przy ich silnym świetle na ekranie widz miał przed oczami najprawdziwszą noc. Nic dziwnego, że jest to często powtarzana formuła.

“W filmie rzeczy niemożliwe robi się od ręki, na cuda trzeba troszkę poczekać". Tak, jedyna wada - to ich waga. Dwóch silnych z niemałym trudem podnosi je na wysokość wyprostowanych rąk. My dla bezpieczeństwa robiliśmy to we czterech. Reszta ekipy cierpliwie czeka w autokarze wynajętym w Biurze Podróży “Orbis". Reszta, czyli garderobiane, charakteryzatorki, rekwizytorzy - bo elita - reżyser, operator, scenograf, a nade wszystko aktorzy dawno już w drodze - taksówkami - na koszt produkcji filmu, do najlepszego hotelu w okolicy, my zaś, jako że czas wakacji - do akademika, który pełnił rolę taniego hotelu studenckiego w okresie kanikuły.

W stołówce w okamgnieniu pochłaniam obiad, niestety, kucharka odmawia mi dokładki, ale i tak rozdziawiam gębę w uśmiechu, bo i jedzenie i spanie mamy darmowe - przepiękne uczucie, gdy ma się taką świadomość, nic tylko żyć - nie umierać.

Za to w pokoju niespodzianka. Współlokator zaprosił kolegów na towarzyskie spotkanie, w ogóle nie pytając mnie o zgodę. Udaję, że wszystko jest ok, choć tak naprawdę chętnie wyciągnąłbym się na łóżku i przejrzał nie czytane od paru dni numery “Przeglądu Sportowego". Chcąc nie chcąc słucham przedziwnych historii, którym nie do końca daję wiarę.

– Nie zapomnę jak sprzątaczka wylała naszą wódkę z karafki.
– Nie wylała tylko podlała nią kwiatki, myśląc, że to woda - poprawia inny. - Fakt, była tam woda ale my wylaliśmy ją do umywalki, a nalaliśmy wódki, a właściwie samogon, który kupiliśmy u chłopa w kance na mleko.
– Ej, pamiętacie jak było na dworcu we Wrocławiu? - włącza się do rozmowy jeden z kaskaderów. - Pół dnia stolarze ustawiali dekoracje, ileś tam prób z przyjazdem i odjazdem pociągu, a przy tym te idiotyczne uwagi, że za mało pary przy kołach parowozu, że dym za czarny idzie z komina, ja już cały poobijany od tego upadania i słuchajcie - przychodzi wieczór, wszystko zapięte na ostatni guzik, w końcu pojawia się on - gwiazda. Wysiada z taksówki, rozpościera ramiona i woła: “Jureczku, kopę lat!”. Jak poszli, to nie było ich dobrą godzinę. Patrzymy - wracają objęci w pół i śpiewają, chwiejąc się przy tym. “Jestem brzydka, ja wiem - nie krasiwa ja”. Kierownik produkcji złapał się za głowę i jęczy jak w malignie. - Koniec zdjęć proszę państwa, życzę miłej nocy i spokojnego snu.

Afera się zrobiła z tego. Przyjechał Przewodniczący Rady Zakładowej, i co? I nic. Powiedział nam prosto w oczy, bez najmniejszego zająknięcia, żebyśmy nie marudzili, nie narzekali tylko brali się do roboty, bo ludzie chcą jego oglądać na ekranie, a nie słuchać naszych utyskiwań. Dodał jeszcze na odjezdne, że jak się komuś nie podoba, to droga wolna, nikt nikogo na siłę nie będzie zatrzymywał. I tyle.

– Panowie, troszkę ciszej, bo znów będzie trzeba - jak w Krakowie - kwiaty dla pani dyrektor hotelu kupować i prosić o wybaczenie dobrze udawanym, błagalnym głosem - odezwał się charakteryzator.
– Który to? - wyrwało mi się z ust.
– Jak to który? Buntownik - rechotał garderobiany - o ten - wskazał na rekwizytora.  - Dyrektorkę po papierosy wysyłał, krzycząc, że tylko na posługi się nadaje, skoro wyrzuca nas z hotelu, bo wycieczka z Nowosybirska nie ma gdzie spać.
– Jak to? - pytałem z niedowierzaniem.
– Zwyczajnie - jak w filmie - zdjęcia nam się przedłużyły, więc dostaliśmy warunkowo zgodę na dalsze zakwaterowanie, ale do czasu, kiedy zjawią się zapowiedziani goście. No i zjawili się pod naszą nieobecność, a ta, niewiele się zastanawiając kazała pokojowym wszystkie nasze bagaże do jednego pomieszczenia poznosić, mówię pomieszczenie, bo to nawet nie był pokój, tylko jakiś schowek czy magazynek dla sprzątaczek.
– Niemożliwe - kiwałem głową z niedowierzaniem.
– Niemożliwe, ale prawdziwe - odezwał się kierowca “Stara" i dodał:
– Wiecie co, wszystko wszystkim, ale ja do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, za to “podwiezienie” rowerzysty, choć z drugiej strony sam sobie winien, mógł nie spać na środku drogi - polnej, bo polnej ale droga jest drogą. Musiał być mocno zdziwiony, kiedy się obudził 100 km od domu.
– Pewnie był pełen podziwu dla swojej kondycji na podwójnym gazie - pokładał się ze śmiech starszy oświetlacz.

Spotkanie w moim pokoju na nieszczęście przeciągało się w nieskończoność. Rad nie rad robiłem dobrą minę do złej gry, w końcu gdzieś koło północy co niektórzy zaczęli zbierać się do wyjścia. Wstałem i ja, wziąłem ręcznik i poszedłem po prysznic, znajdujący się na korytarzu. Wracałem z myślą o porządnym wywietrzeniu pokoju z dymu papierosowego i śnie, a tu niespodzianka. Jedna ze statystek, która przyjechała z planu zdjęciowego z nami do akademika, najzwyczajniej w świecie, jak by to było jej, a nie moje łóżko, chrapała beztrosko.

Co było robić, nie wypada przecież w środku nocy nie udzielić noclegu dziewczynie, choć wcale o to nie prosiła. Położyłem się obok niej najciszej i najdelikatniej jak tylko mogłem. Rano zapytała:

– Było coś między nami?
– Nie - mruknąłem zaspany.
– Jesteś gejem?
– Oszalałaś?! - zerwałem się z łóżka jak oparzony. Wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju bez słowa pożegnania.

Po śniadaniu, gdzieś za miastem zatrzymujemy się przy wiejskim sklepie. Większość z nas zaopatruje się przezornie w dodatkowe papierosy, bo na poligonie wszelkie zakupy są marzeniem ściętej głowy.

– Stop kamera ! To, co, mamy to? - zapytał reżyser.    
– Mamy, ale ja bym chętnie jeszcze zrobił ujęcie ze zbliżeniem.
– Świetnie, skręcimy to - zaaprobował podpowiedz operatora.

Reflektory, kamera zmieniają swoje pozycje. Delikatne, kosmetyczne poprawki charakteryzacji, pomiar światła - można kręcić.

– Uwaga, cisza na planie. Będzie zdjęcie.

Sakramentalne słowo reżysera - Kamera! – klaśnięcie klapsa, deseczki pomalowanej na czarno, na której jest napisany numer sceny wraz z tytułem filmu - i ponownie dudni ciężki karabin maszynowy - plując ogniem i wstrząsając ramieniem żołnierza. Odruchowo zatykam uszy, ale też wpatruję się jak urzeczony. Słowo - Stop! - przerywa długą serię ślepych naboi.

– Padali jak muchy, widzieliście? - żartuje aktor grający żołnierza kampanii wrześniowej.
– Masz oko człowieku, skosiłeś przynajmniej dwa plutony - podejmuje żart scenograf.

– Dobra panowie, mała przerwa i wysadzamy most. Kto nie jest potrzebny na planie niech idzie do autokaru - wydaje dyspozycje wszechwładny reżyser.

Ten most jest dekoracją filmową, więcej tam sklejki, tektury niż prawdziwego drewna, jednak jego budowa zajęła ekipie wyspecjalizowanej w tego typu przedsięwzięciach ponad tydzień. Przez pół dnia pirotechnik zakładał ładunki wybuchowe, instalował świece dymne, oblewał przęsła łatwopalnymi płynami. O efekty, wszyscy, którzy go znali byli spokojni. To doświadczony saper. W czasie wojny wysadzał prawdziwe mosty ze stali i betonu i jak mówił dzień wcześniej - dla niego taka robota to jak bułka z masłem.

Jednak niespodziewanie sytuacja się skomplikowała. Okazało się tuż przed ujęciem, że łączność techniczna między pirotechnikiem, który był po drugiej stronie rzeki, a ekipą zdjęciową nie działa. Posłano asystenta reżysera, wrócił zdyszany, jako że załamywała się pogoda, która mogła popsuć plany zdjęciowe, a wiadomo, każdy dzień pracy ekipy to duże pieniądze, obciążające budżet filmu. Było tajemnicą poliszynela, że im większe poczynione będą oszczędności, tym większe będą premie dla ekipy. Biedaczek z trudem łapał oddech słuchając przy tym narzekań reżysera.

– Co to za sprzęt? Dwadzieścia lat po wojnie i żeby takie sytuacje miały miejsce? Z kim ja tu pracuję?
– Mistrzu - starał się mówić w miarę płynnie ciągle zziajany asystent. - Wszystko jest ok, możemy kręcić.

Asystent z napięciem i omal błagalnym wzrokiem wpatrywał się w swego maestra.

– Gadaj, coście tam uradzili.
– Jak pan da znak ręką, to on natychmiast odpali ładunki.
– Dobra, niech tak będzie. Kamera! Akcja!
– Szkoda, taki solidny most, a my go w powietrze.
– Jest wojna, nie czas na sentymenty, odparł młody podporucznik sierżantowi - i gdy już miał  wydać rozkaz - Odpalaj! - stanęła kamera.
– Co się dzieje?! - wykrzyknął zdenerwowany reżyser.
– Nie mam pojęcia - odezwał się nieśmiało operator.
– Najpierw łączność, teraz kamera, a niech to wszystko diabli wezmą. Z wściekłością zerwał czapkę z głowy i rzucił nią o ziemię.

W tej też chwili powietrzem targnął odgłos detonacji ładunków wybuchowych. Tam, gdzie przed chwilą stał most unosiła się tylko czarna chmura dymu. Staliśmy oniemiali, stronę rzeki, płynącej sobie jak gdyby nigdy nic.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org