Janusz Gryz - Wigilia

I

Niewielkie miasto przy drodze na zachód ku oceanowi. Dwupiętrowy dom wśród innych bliźniaczo do niego podobnych w ślepym zaułku. Asfaltowe uliczki rozdzielane wąskimi obetonowanymi paskami przejrzystej murawy. Tu i ówdzie gazon z nagą teraz plątaniną czarnych kłujących gałązek. Na parterze domu nieprzytulny, ciężki salon z dwoma ogromnymi skórzanymi sofami i dwoma fotelami, ze sztuczną ławą, z obstawionym krzesłami stołem, z choinką między oknem i oszklonymi drzwiami otwierającymi się na przydomowy ogródek. Szyby chłodno mienią się różnokolorowymi plamkami, niczym drobnymi klejnotami. Ogródek to błotnisty, zasłany kolorowymi liśćmi skrawek ziemi pokryty zmierzwioną zgniłozieloną trawą.

 Salon pełen ludzi i dzieci, pomiędzy nimi biega czarno-biały łagodny staford. Jest wigilijny wieczór, na sztucznej choince palą się barwne lampki, pod choinką cały stos w błyszczący papier z nadrukami bożonarodzeniowych symboli pudełek. Dzieci jest dwoje: sześcioletni smagły chłopczyk o kędzierzawych włosach nadzwyczaj ruchliwy i młodsza o rok dziewczynka o przeźroczystobiałej jak opłatek porcelanowej cerze, nieco orientalnych, szaroszmaragdowych oczach i długich do ramion zwijających się w loki kasztanowych włosach. Przebiegają od okien do drzwi i z powrotem i wypatrują w czarnym wypełnionym ołowianymi deszczowymi chmurami niebie pierwszej gwiazdki. Dorośli rozmawiają, śmieją się – w większości to Polacy, którzy przyjechali tu kilka lat temu za pracą, znaleźli ją i osiedli chyba już na stałe. Nie wyobrażają sobie powrotu do ojczyzny, choć niektórzy tęsknią. Ale z nostalgii się nie wyżyje, nie wykarmi siebie i dzieci. Zadomowili się. W większości są młodzi: dwudziestoparoletni, trzydziestoparoletni, w większości żyją w wolnych związkach.

Salon wypełnia półmrok, w którym jak we mgle mętnieje żółto pod niskim sufitem kilka małych podlonych żarówek zatkniętych na metalowe pręty żyrandola. Na długim – zestawionym z dwu kuchennych – stole nakrytym za krótkim papierowym czerwonym obrusem (na niezakrytą część położono cztery żółto-czerwone wzorkowane sylwetki) potrawy: barszcz z uszkami, zupa grzybowa, smażone i gotowane ryby, sałatki; w doniczce gwiazda betlejemska.

Czasami, gdy rozmowy na chwilę milkną słychać jak nadbiegający z bezkresnych stalowych równin oceanu wilgotny wiatr uderza mocno w ściany domu, w dach. Trzeszczy poszycie, skrzypi płot ogradzający ogródek.

Wśród gości jest starsza kobieta na wózku chora na stwardnienie rozsiane, była nauczycielka akademicka. Siedzi nachylona, szare prostowłosy opadają z boków głowy, zakrywają jej zrytą cierpieniem twarz. Biała koścista ręka porusza się nad obrusem, przesuwa talerzyk, poprawia sztućce pełna utajonej nerwowej ruchliwości. Jej dwie otyłe córki, z których starsza, rozwódka jest matką chłopczyka, siedzą zagłębione w fotele. Starszej z dekoltu obcisłej sukienki wylewają się duże białe piersi. Trzyma oparty na brzuchu kopczasty talerz i je z tym bezmyślnym, skupionym na przeżuwaniu wyrazem twarzy jaki mają osoby trawione nieustannym głodem. Towarzyszy jej przyjaciel, przymilnie miękki, kobiecoruchy Anglik podobny do opasłego majowego chrabąszcza z zaczesanymi do przodu, przylepionymi do jajowatej czaszki długimi pasmami blond włosów. Oplata ją pulchnymi łapkami rąk i mówi słodka, przekrzywiając głowę i próbując zaglądać w jej nieruchome, obojętne oczy. Młodsza siostra, która przyjechała na święta z kraju, gdzie studiuje desing, ze swym narzeczonym Szkotem, studentem prawa międzynarodowego mimo zewnętrznego uderzającego podobieństwa wydaje się osobą zupełnie inną w swym bezpośrednim, bezkompromisowym zachowaniu. Nie znoi swojego siostrzeńca, tego zarozumiałego, sadystycznego chłopca, który nieustannie, jak w napadzie padaczki, miota się, krzyczy, poszturchuje i bije dziewczynkę, córkę sublokatorki, graficzni pracującej w laboratorium chemicznym. Dziewczynka co i rusz wybucha żałosnym płaczem, ciocia chłopca reaguje brutalnie na co zresztą w ogólnym harmidrze nikt nie zwraca zupełnie uwagi.

Chora unosi twarz i głuchym głosem, z przepraszająco opuszczonymi oczami proponuje, by włączyć jakąś muzykę, jakąś Kolendę. Główny najemca domu, postawny trzydziestoletni brunet w marynarce włożonej na T-shirt i trampkach ze skwapliwą uprzejmością obiecuje coś znaleźć u siebie na piętrze, wychodzi nawet z salonu, ale akurat rozbrzmiewa dzwonek u drzwi. Przychodzą spóźnieni goście – przystojny młodzieniec w okularach i czapce w kratę z drobną blondynką miłej, ładnej twarzy i głosie małej dziewczynki wpadającej nieustannie w zachwyt z byle powodu.

Pada propozycja by wyjść zapalić. Chudy, podobny do sucharka i pozbawiony lędźwi Szkot natychmiast przyklęka przy wózku i z największą ostrożnością, żeby nie urazić, umieszcza owinięte w grube czarne skarpety chorej na ruchomych podpórkach, które chwilę wcześniej opuścił i zablokował. Wszyscy odsuwają się robiąc przejście i wózek wolno, pchany z umiejętną wprawą  wjeżdża w długi, jasno oświetlony pokój.

W salonie zostaje tylko wtulona w kąt sofy za choinką matka bruneta, starsza siwowłosa pani w okularach o perłowej oprawie, do której przybiegają tera dzieci i pies i pytają niecierpliwie, kiedy wreszcie będzie można wziąć prezenty. Pani odpowiada, że jak tylko wszyscy wrócą, o rozpocznie się ich wręczanie.

- Ty – zwraca się do chłopca – będziesz czytał dla kogo prezent, a ty – mówi do dziewczynki będziesz roznosić.

Dzieci uszczęśliwione podskakują radośnie, śmieją się i klaszczą w ręce. I tak, jak powiedziała pani, się stało. Potem wniesiono ciasta i whisky i gwar wzrósł w dwójnasób, już rozłożony w grupy, przekrzykujący się, gestykulujący coraz gwałtowniej.

Wysoki młody tata, chłopięco rumiany i pucołowaty, o zagadkowym uśmiechu Mona Lisy wziął dziewczynkę na kolana i bawi się z nią wydostając szczypcami na zmianę spod obracającej się i wywijającej mackami zielonej ośmiornicy kolorowe kraby. Obok siedzi jego kolega o pociągłej, kredowej twarzy przeciętej w poprzek rzadkim czarnym wąsikiem i spadających na ramiona lśniących jak antracyt lokach, który to zdejmuje czarną z długim daszkiem czapkę – dżokejkę i kładzie obok siebie, to znów ją wkłada. Jest artystą, muzykiem, niebieskim ptakiem zdolnym robić wszystko tylko nie pracować. Nawet słowo „praca” wzbudza w nim taką odrazę, że zastępuje je zaimkiem: ja jestem – powiada - człowiek elastyczny, ja mam od niej szum w uszach.

Chora prosi, aby dolać jej do whisky trochę wody i ponownie skręcając głowę ku siedzącej za choinką kobiety i próbując się uśmiechnąć napomyka o kolędzie. Ale kobieta zajęta swoimi myślami, skryta za odbijającymi salon szkłami okularów, martwo wpatrzona nieobecnym wzrokiem w jeden punkt nie słyszy jej.

Wiatr gwałtownie narasta, bębni grubym ziarnistym deszczem w szyby okien, w szyby drzwi przysłoniętych częściowo ciężkimi brązowymi storami. Słychać jak grzechoczą pędzone po asfalcie puszki po piwie, jak uderzony nagłym porywem przewraca się z hukiem pojemnik na śmieci. Drzwi ogrodowe nie wytrzymując naporu otwierają się gwałtownie i szeroki jak otchłań oddech zimnego, rześkiego, pachnącego mrozem powietrza owiewa wszystkich wilgotną mżawką. Pies wybiega w ciemność i trzeba go wołać, by wrócił. Wreszcie pojawia się i cały mokry, lśniący od wody, wyraźnie ożywiony tą niespodziewanie przyjemną wycieczką. Muzyk przypisując znaczenie nawet drobnym, lecz zaskakującym zdarzeniom, odczytuje wtargnięcie wiatru jako znak dany mu przez los i postanawia opuścić przyjęcie. Staje w drzwiach, kłania się w pas, jak wyuczoną lekcję wypowiada po angielsku przydługą formułę pożegnalną po czym nasuwa głęboko na oczy dżokejkę i wychodzi.

Dzieci już zmęczone, osowiałe, naczekały się, nabiegały, naoglądały prezentów i siedzą teraz przy mamach, przytulone do nich i patrz zasypiającymi oczami na stół, na tych wszystkich dobrze znajomych sobie ludzi, których już prawie nie widzą, bo drzemka słodko skleja im powieki. Chora pochylona coraz głębiej, coraz dotkliwiej odczuwająca ten wielogodzinny bezruch w wózku, ból kręgosłupa i nóg wzdycha i ledwo słyszalnie szepce wydające się przynosić jej ulgę słowa – O Boże ty mój, Boże.

Jej młodsza córka zaróżowiona od alkoholu głaszcze po twarzy swojego poważnego chłopczyka-narzeczonego, dla którego wydaje się być bardziej matką niż narzeczoną, matką trzy razy od swojego smutnego synka z brylantowym kolczykiem w uchu. Głaszcze go po twarzy, muska wargami policzek, przytula się, a synek jak wystrugany z drewna, pozbawiony uczuć manekin patrzy na nią wodnistymi szkockimi oczami i nie wiadomo, co myśli, gdyż ani razu jeszcze nie otworzył ust. Polacy czynią sobie z tej pary zabawę i z frywolnością podpitych młodzieńców zastanawiają się już nazbyt głośno, nazbyt ostentacyjnie jak oni to robią.

Matka dziewczynki w zamszowych czerwonych bucikach na francuskich obcasach, w czarnej jedwabnej sukience aplikowanej czerwonymi kwiatami, szczupła i zgrabna, z delikatną słowiańską urodą twarzy, z ustami pomalowanymi czerwoną pomadką i jasnymi zaczesanymi starannie włosami bierze ją, już pogrążoną w pierwszym najsmaczniejszym śnie, na ręce i bezwładną, z rozchylonymi ustami, ostrożnie omijając krzesła wynosi z salonu. Pani zza choinki ująwszy w ręce torebki z prezentami wychodzi za nią. I chora daje znak przez stół swojej starszej córce wskazując na drzwi. Na chwilę rozmowy ucichają, a Anglik zanurzony w bezczasowym happy grzecznie przepuszcza swoją przyjaciółkę, konwojuje ją czule rozłożonymi łapkami rąk, dociera do wózka i wypycha go z pieczołowitą starannością w przedpokój. Za nimi potrącając się o meble, zataczając wchodzi chłopczyk. Trzyma pod pachą pudło z wymalowanym skrzydlatym smokiem ziejącym różowokrwistym strumieniem ognia.

Potem przyniesiono polską wódkę, piwo, zimne przekąski i pod głośną asystą Bonobo rozmawiają o kontraktach, shiftach, overtime’ach, taxach, child benefisach, znajomych, którzy wrócili do kraju, ale po dwóch, trzech miesiącach znowu przyjechali tłumacząc, że tam to już w ogóle dla młodych życia nie ma – bezrobocie, wyzysk, drożyzna, że lepszą pracę można dostać jedynie po znajomości, o tym kto z kim żyje, o urlopowych planach… Rozmowę przerywają toasty i blondynka, która sobie dobrze podchmieliła i ciągle z chichotem powtarza przysłowie swojego dziadka - Kto się świętem cieszy, ten pijaństwem grzeszy – i ciągle podsuwa szklankę.

Narzeczeni zajęci sobą nie uczestniczą w rozmowie. W końcu dziewczyna wyraźnie już rozochocona chwyta za rękę i prawie ciągnie tego swojego mrukliwego oblubieńca, a on idzie potykając się i patrzy osowiałym wzrokiem w dół na jej duży opięty dżinsami zad i trudno doprawdy odczytać z martwej, nieporuszonej maski, jego twarzy, co czuje i o czym myśli.

A mężczyźni z blondynką posiedzieli jeszcze godzinkę, pośmiali się, pospierali i rozeszli tupiąc i wychodząc w sieczną deszczem noc. Niskie szarosiwe chmury oświetlone od spodu mętnożółtym światłem miasta płyną szybko na północ gnane silnym porywistym wiatrem. Żałobnie lśni mokry asfalt, tak jakoś grobowo wzdłuż ulicy palą się latarnie, daleko na wąskiej fasadzie jednego z domów to rozjarzają się to gasną drobne niczym srebrne dżety żarówki świątecznej dekoracji. Nad czarnymi konturami dachów, w gęstwinie nagich rozhuśtanych gałęzi drzew płoną jak złowrogie ślepia nieziemskiego potwora dwa purpurowe światła umieszczone na pylonach mostu przerzuconego przez rzekę Dee.

W salonie mroczno i cicho. W rogu sofy, tam gdzie siedziała starsza pani leży, mamiony sennymi majakami popiskuje żałośnie wzdrygając się raz po raz. Deszcz nie ustaje, zdaje się nawet wzmagać, szumi spływając po wyłożonych deskami ścianach, dzwoni w szyby. I tych, zalanych strumieniami wody szybach mienią się różnokolorowymi plamkami jak drogocennymi klejnotami choinkowe lampki.

II

Pokój stołowy w starym wiejskim domu stojącym u szerokiej przesieki. Słychać jak szumi osiwiały od śnieżycy bór za oknami, jak wiatr wraz ze śnieżną kurzawą wściekle atakuje dach. W pokoju ciepło i cicho. Przez mleczny płaski talerz żyrandola zawieszonych na czarnych metalowych prętach opada na stojący na nim duży dębowy stół o toczonych nogach nakryty śnieżnobiałym obrusem łagodne żółte światło. Na stole nakrycia dla dwóch osób: stare piękne talerze ze złotą obwódką i drobnymi nieco zblakłymi niebieskimi kwiatami, poczerniale srebrne sztućce. Pośrodku na białym ażurowym talerzyku opłatek. W kącie przy oknie zaniesionym od dołu śniegiem osadzona w blaszanym wiaderku owiniętym papierem w srebrne gwiazdki pachnąca mroźną zimową świeżością lasu sięgającą sufitu choinka. Jeszcze rano ukryta w zaśnieżonym gąszczu za domem pośród swoich sióstr-rówieśniczek, a teraz tu w tym nagrzanym pokoju pachnie igliwiem, pachnie świętami Bożego Narodzenia. Czasami wolno stukając pazurami o lśniący parkiet płowa krótkowłosa suka Aba i obwąchuje dokładnie igiełka po igiełce jej gałązki. Potem przez chwilkę uniósłszy łeb nasłuchuje wysokich żałosnych tonów wiatru i wraca do królestwa zapachów, i kuchni, by asystować pani i jej gościowi – przyjaciółce, która przyjechała przed południem – w przygotowaniu wigilijnej kolacji.

Obydwie kobiety to emerytowane pielęgniarki, które kiedyś, ponad trzydzieści lat temu pracowały razem w domu opieki społecznej dla dzieci upośledzonych usytuowanym na dalekim robotniczym przedmieściu, właściwie już na wsi i nie utrzymywały kontaktów aż do lipca tego roku. Przyjezdna, Barbara z poważnymi problemami w chodzeniu z powodu trwałego urazu stawu biodrowego mieszkała nadal w tamtym mieście, ale już nie w hotelu pielęgniarek, lecz w wykupionym na własność parterowym narożnym pokoju w starej dzielnicy, w przedwojennej poniemieckiej willi. Dorota przyjechawszy w lecie z mężem odwiedzić jego rodzinę, matkę i braci, postanowiła zajrzeć do dawnej pracy, zobaczyć znowu hotelik stojący na stromym zarośniętym żarnowcem zboczu, wejść do pokoju, w którym przemieszkała tamte dwa młode lata. I wstępując po zmurszałych, zarośniętych jak dawniej trawą schodach, ostrożnie jakby lękliwie stąpając po krótkim korytarzyku na piętrze, zaglądając do maciupkiej kuchni i wreszcie dzięki uprzejmości obecnych mieszkanek, do swojego pokoju przypomniała sobie dawne koleżanki i postanowiła dowiedzieć się, co się z nimi dzieje, jak potoczyły się ich losy. Ale nikt z obecnego personelu nie potrafił udzielić jej żadnych informacji, nikt nic nie wiedział i wyglądało to tak, jakby tamci ludzie sprzed z górą trzydziestu laty w ogóle nie istnieli, nie pracowali tutaj. Było to smutne, przygnębiające. I dopiero już wychodząc, dowiedziała się od dozorczyni, że za mleczarnią, niecały kilometr stąd mieszka palacz, który dawniej tu pracował i który być może będzie coś wiedział. Przypomniała sobie tego człowieka, krępego chłopa, który je podglądał w kąpieli wspinając się na przeciwpożarową drabinkę i zaglądając przez górną niezasłoniętą szybkę okna. I uzyskała od tego przygarbionego wiekiem łysego chłopiny jeden adres, właśnie Barbary.

Pojechała do niej. Cóż za niespodzianka spotkanie, po tylu latach. Zaczęły się ściskać, oglądać i wcale nie ukradkiem wycierać łzy. Postarzały się, ale któż się nie starzeje, kto zdoła uciec czasowi. W duszy jednak pozostały młode i żeby przeciwstawić się choć na ten jeden modry jak piórko kraski letni wieczór przemijaniu, aby przybliżyć się do tamtych dni sprzed dziesięcioleci wypiły butelkę czystej wódki. I wtedy dowiedziała się od Barbary, że los rozrzucił ich koleżanki po całym dosłownie świecie od Kanady po Nową Zelandię, a jej najbliższa przyjaciółka, z którą dzieliła pokój, Ela, świadkowa na jej ślubie mieszka niedaleko niej w nadmorskim mieście oddalonym raptem sto kilometrów, jest samotna i topi samotne, nieudane życie w alkoholu.

Po dwóch tygodniach, na początku sierpnia Barbara przyjechała do Doroty, u której spędzała wakacje wnuczka. Wynajęły drewniany domek nad morzem za wydmą w przestronnym sosnowym lesie. Lato było upalne, bezchmurne niebo wysklepiło się mglistoliliową czaszą nad szmaragdowym morzem porysowanym ledwo widocznymi białymi grzebykami fal, które z cichym szelestem zamierały na piasku. Godzinami leżały nad wydmą obserwując spod półprzymkniętych powiek bawiące się na brzegu dziecko – szczupłą dziewczynkę z długimi jasnymi o miedzianym połysku włosach, z nieco azjatyckimi szaroszmaragdowymi migdałami oczu teraz nieco przyrumienioną przez słońce cerą. Czas płynął leniwie, czasu było dużo i starczało go na opowiadanie długich osobistych historii minionych trzydziestu lat.

Barbara, która sama wychowywała córkę – jej partner odszedł po urodzeniu dziecka – teraz jest babcią dwu studentek i gimnazjalisty. Córka prowadziła z mężem zakład złotniczy ze sklepem. Powodziło się jej dobrze do czasu, gdy mąż nie znalazł sobie dwudziestoletniej kochanki. Kochanka wymogła, aby przepisał na nią drugi dom. A potem wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. Wycofał udziały w sklepie i zakładzie i wyprowadził się. Izba wstrzymała comiesięczny przydział złotego złomu, popyt na wyroby wskutek kryzysu dramatycznie spadł. I nagle, prawie z dnia na dzień znalazła się bez środków utrzymania, ze znacznym kredytem. Musiała sprzedać jeden z dwu samochodów, by spłacić najpilniejsze długi i mieć za co żyć.

Barbara ledwo powstrzymuje wzburzenie, wachluje się gazetą, wyciera twarz białą lnianą chusteczką. Ludzi na plaży niewielu, jest taki skwar, że większość pozostała w domkach, w cieniach tarasów, na leżakach. I one wyczerpane upałem postanawiają wracać, wołają dziecko i wolno, wyciągając z wysiłkiem nogi z parzącego piasku, objuczone torbami, parasolami, zabawkami brną mozolnie ku drewnianym schodom.

Mąż poleciał na święta do córki i Dorota, aby nie spędzić ich samotnie – siostry mieszkały daleko: w stolicy i Hamburgu – zaprosiła Barbarę. Wyjechała po nią przed południem na oddaloną kilkanaście kilometrów stację, a kiedy wracały zerwała się wichura, nawiewała z pól śnieg tworząc wysokie zaspy, biały wirujący pył ograniczał widoczność, silne, gwałtowne podmuchy przesuwały samochód po zlodowaciałej jezdni. I kiedy pogodziły się już z myślą, że pod las nie dojadą i że będą musiały brnąć ponad kilometr wśród tonących w śnieżnej kurzawie pól pozostawiwszy auto na parkingu przed barem, nadjechał ogromny leśny ciągnik i przetarł drogę.

Ciemnieje. Zaczyna się wilgotny wieczór. Kobiety zakończywszy kuchenne przygotowania przebrały się i kiedy skrzynkowy zegar w przedpokoju wybił szóstą siadły do stołu. Podzieliły się opłatkiem i wycałowały życząc sobie tego, czego życzą sobie ludzie, których ziemska droga tak wydawałoby się nie mająca końca zbliża się jednak ku niemu powoli lecz nieuchronnie. Całe życie żyje człowiek pod znakiem śmierci – a jednak całe życie czuje się tak, jakby nigdy nie miał umrzeć. Jedzą bez pośpiechu, wszak trzeba skosztować wszystkich dwunastu potraw, aby zapewnić sobie szczęście na cały przyszły rok, rozkoszując się i obecnością drugiej osoby, i uroczystą ciszą nadchodzącego wesołego święta, i żywicznym zapachem choinki, jej kolorowymi światełkami, które jak barwne brylantowe iskry odbijają się w czarnych zimnych szybach okien. A zamieć coraz bardziej zanosi te okna śniegiem i słychać jak stojące w przesiece sosny odpowiadają przelatującej nad lasem wichurze ponurą i groźną oktawą, jak skrzypi i jęczy konar dębu zawadzający o dach. I ten nieustanny szum za ścianą powoduje, że ze szczególną radością odczuwa się starodawność, zaciszność domu.

Potem gaszą światło – w kącie płonie kolorowo choinka – i siadają w fotelach przy kominku. Cały pokój: ściany, sufit, oświetlony mętnożółtym drżącym światłem rzuconym przez huczący ogień. Oczy suki, która zeskoczyła z kanapy i położyła się koło nóg pani wpatrzone w jego ruchliwe złociste płomienie połyskują niczym dwa szmaragdy. Pękają z trzaskiem polana, przyjemnie niesie dymkiem spalenizny. Na zewnątrz ciągle buszuje zamieć, ciągle słychać głuchy nieprzerwany szum lasu.

- W ubiegły roku – mówi Barbara – byliśmy całą rodziną na pasterce u św. Katarzyny. Ludzi chmara, staliśmy przed kościołem, dwadzieścia metrów od wejścia. A kiedy wszyscy, ci w środku i my zaczęliśmy śpiewać, tak się zruszyłam, że mogłam powstrzymać łez. Wyobraź sobie, noc mroźna, gwiaździsta, jasna, że można pieniądze liczyć, miasto wydaje się pogrążone w głębokim śnie i tu nagle ten potężny śpiew wyrywający się z tysięcy gardeł. Ogarnęła mnie taka radość, taka pełna nadziei pewność, taka przelewająca serce otucha. Tak, nie ma chyba nic wspanialszego niż wspólnota wiary, która ludzi jednoczy i napełnia niewyczerpaną siłą życia.
- A pamiętasz – Dorota strząsa na dłoń okruchy makowca – naszą wigilię w hotelu. Przyniosłyśmy stoły z oddziału i ustawiliśmy je na korytarzu. Choinkę wyciął palacz. Byłyśmy wszystkie, żadna nie pojechała do domu. Coś tam ugotowałyśmy, upiekłyśmy. A potem zrobiliśmy losy i zaczęłyśmy wróżyć. I co mi wyszło: przyjedzie po ciebie książę na biały koniu. A kto przyjechał: łysy blondyn i nie na koniu tylko autobusem.

Barbara wybuchła śmiechem, po chwili poważnieje.

- Przypominam sobie, wcześniej spotykałaś się z takim wysokim szatynem chyba wuefistą.
- Nie tylko z nim – chichocze Dorota.
- O, wiem, wiem, ale on krótko po twoim ślubie ożenił się też z pielęgniarką ze szpitala wojewódzkiego.
 - I co?
- Nie żyje, zginął w wypadku samochodowym w ubiegłym roku.
- Byłabym dzisiaj wdową.
- Widzisz, jak dobrze wyszło.
- Tak, narzekać nie mogę.

Kobiety milkną na długą chwilę, patrzą w zadumie, w pierwotnym zapatrzeniu w ogień. A potem znowu wracają do rozmowy, do wspomnień. Przyjmują telefony od córek, od krewnych i same dzwonią. Przesiadają się na stojącą w rogu kanapę i zapaliwszy stojącą tam lampę oglądają fotografię. Dorota podnosi głowę znad albumu i nasłuchuje.

- Zamieć chyba ustała, chodźmy zobaczyć.

Wychodzą na zamieciony śniegiem ganek. Jak dobrze jest odetchnąć głęboko czystym mroźnym powietrzem i poczuć lekkość i cienkość odzieży na wskroś przeszytej wiatrem. Noc jest widna, księżycowa, na czarnych bezchmurnym niebie płoną ogniście gwiazdy. I tylko po wysokich, białych zaspach niczym po grobowych pagórkach unosi się przyziemna śnieżna kurzawa. Wszystko zasypane atłasowym śniegiem: podwórze, las, pola, wszystko śpi w martwej ciszy jakimś nieprzespanym, wiecznym snem. Od domu, za którym pochyla się jasny, szklany księżyc pada cień na pół podwórka. Drogi zupełnie nie widać, ani myśleć o pasterce, pójść przecież nie sposób: Dorotko z moją nogą, zamarzniemy w polu i tyle. Na prawo nad rzadkim dębowym zagajnikiem na wzniesieniu żółci się obłocznie niewielka łuna: odblask świateł kilku latarni stojących we wsi. A niebo wprost prześliczne, gwiazd zatrzęsienie, małe i duże i takie jaskrawe i czyste, że żółte i kryształowe nici spływają z nich niemal do samego śniegu odbijającego ich blask.

- Ależ noc, dawno nie było takiej zimy.
- Tak, jedyna taka noc w roku, święta noc.

Z wolna przemija wieczór, w pokoju – ciepło i cicho. Pies, który pobiegł gdzieś za dom i wrócił cały zaśnieżony, leży teraz przed kominkiem i wylizuje mokre poduszki łap. Barbara zagłębiona w fotelu, wpatrzona w jeden punkt przed sobą zaczyna śpiewać drżącym mocnym głosem, po chwili dołącza do niej Dorota:

Bóg się rodzi, moc truchleje
Pan niebiosów obnażony
Ogień krzepnie, blask ciemnieje
Ma granice – Nieskończony…

W oknie, w rozchyleniu firanki zalany mleczną poświatą księżyca czernieje las. Nad nim wielka, ostro drgająca szmaragdem gwiazda wydaje się gwiazdą u Bożego tronu, z którego wysokości Pan niewidocznie czuwa nad tym domem, nad tą śnieżną leśną krainą.

Flint, 24-28.12.2012 r.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież