Bogusław Janiczak - Jeden dzień z życia Pizancjusza

Ten dzień nie zaczął się szczęśliwie. Pizancjusz obudził się z ciężkim bólem głowy, co było efektem wczorajszej libacji. Zanim zdążył dojść do siebie, odwiedziła go przed południem Kornelia. Widać było, że jest czymś bardzo zdenerwowana.

- Czy coś się może stało?- zapytał ziewając Pizancjusz.
- Stało się, stało. Właśnie wracam od lekarza.
- A co to, jesteś może chora? Coś ci dolega?
- Jestem w ciąży, idioto. Coś ci to mówi?
- O, a z kim to Pan Bóg tak pobłogosławił? - zapytał uprzejmie Pizancjusz.
- Ty chamie! Nie wiesz z kim? Jak ty możesz!
- Nie, nie wiem. Czy możesz mi powiedzieć?
- Ty świnio!

 Najpierw trzasnął jeden policzek, potem drugi, a później trzasnęły drzwi od mieszkania. Pizancjusz został sam. Głowa rozbolała go jeszcze bardziej. Postanowił pozbyć się tego bólu metodą klina. Pomogło. Po kilku próbach zaszumiało mu w głowie, ale ból ustąpił. W butelce pokazało się dno, więc udał się do sklepu starego Kotulaka, żeby napić się piwa. Nie zważając na ludzi obecnych w sklepie, już od progu zawołał na cały głos.

- Dwa piwa panie Kotulak!  
- Ale w sklepie nie wolno pić. Chyba, że szybko!
- Szybko, szybko. Panie Kotulak, zacieliłem!
- Bój się Boga Pizancjuszu! Coś ty zrobił?
- Zacieliłem, panie Kotulak. Zacieliłem!
- Co takiego?- wybałuszył oczy stary Kotulak.
- Ten pan zrobił dziecko pani Kornelii - odezwała się nieśmiało dziewczynka z lizakiem.
- Coś ty zrobił Pizancjuszu?
- Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem!
- I Boga się nie bałeś?
- Nie, panie Kotulak. Tylko jej mamusi, bo to jędza i wiedźma. Co to za cholera ta jej mamusia, żeby pan wiedział panie Kotulak!
- Oj, to przecież bogobojna kobieta, ale fakt, dosyć ciężka, dosyć ciężka. Coś ty zrobił?
- Panie Kotulak, ale zacieliłem!
- Oj nicpoń z ciebie, nicpoń. I niedobrze ci się będzie wiodło, oj niedobrze. Niegodziwiec!
- Do widzenia, panie Kotulak.
- Do widzenia, do widzenia.

Pizancjusz włóczył się bez celu ulicami. Miał nadzieję, że spotka kogoś ze swoich znajomych ale nikogo jednak nie spotkał. Usiadł więc samotnie w barze „Pod Wisienką” i sączył piwo. Był zły. Do jego stolika przysiadł się jakiś zawiany gość i coś mruczał do siebie. Pizancjusz zły, że gość się przysiadł, zapytał go dość obcesowo:

- Nie poszedłbyś śmierdzieć gdzie indziej?
- A czemu? Przeszkadzam ci tutaj?
- Śmierdzisz, niestety i nic na to nie poradzę.
- Ja też nic na to nie poradzę. A gdzie mam iść?
- A idź w cholerę!

Gość coś zamruczał i dalej siedział, kiwając się nad stołem. Pizancjusz  zły wyszedł z baru. Natknął się na dwie starsze kobiety, które głośno rozmawiały ze sobą. W rękach trzymały mocno wypchane torby z zakupami.

- Przepraszam bardzo, czy panie może są dziwki? - zapytał uprzejmie Pizancjusz.
- Co pan chciał?- nie zrozumiała jedna z kobiet.
- Pytałem, czy panie może są dziwki?
- Ty chamie! Ty zboczeńcu! - krzyknęła ta młodsza.
- Cicho, zostaw go. Nie widzisz, że pijany?
- Ha, ha, ha!- roześmiał się Pizancjusz i poszedł przed siebie chwiejnym krokiem.

W parku na ławce siedział jego znajomy, na którego mówili Ciota. Podobno przezwisko zawdzięczał swoim skłonnościom do tej samej płci. Czy tak było naprawdę, tego Pizancjusz nie wiedział. Mógł tylko przypuszczać, że to prawda.

- Och, Pizancjusz, jak miło cię widzieć, dawno już się nie widzieliśmy. Cześć! - wykrzyknął z uśmiechem Ciota. Jego głos ciepły i miękki zawsze kojarzył się Pizancjuszowi z czymś brzydkim, w co można niechcący wdepnąć.
- Cześć Ciota, co tam u ciebie?
- Oj, ty brzydki, ty brzydki. Tak nieładnie mnie nazywasz, a ja mam na imię Czaruś.
- Dobrze Ciota, o co chodzi?
- O nic, siadaj to pogadamy.
- Masz coś do picia? Dawaj!
- Mam piersiówkę. Chcesz?
- Dawaj, dawaj. Nie ma tam żadnych dodatków?
- Nie ma, nie ma. Och ty, brzydki, podejrzliwy. Nie bój się, och ty!
- No dobra, dawaj Ciota, bo pić się chce.

Pizancjusz przypomniał sobie jak kiedyś pił wódkę u Cioty, a potem obudził się bez spodni. Nie wiedział czy Ciota go wykorzystał, a wstydził się zapytać. Od tej pory wystrzegał się Cioty, bo wiedział, że z nim bywa różnie.

- Szukała ciebie ta twoja Frania- powiedział Ciota.
- Kto? Kto mnie szukał?
- No, ta twoja Frania, czy jak jej tam?
- Kornelia.
- No, właśnie, coś takiego.
- Co ona chciała?
- Mnie się pytasz? Oj ty brzydki, ty brzydki.
- Dawno mnie szukała?
- Nie. O popatrz, właśnie idzie tutaj. To ja już pójdę sobie, cześć!
- Cześć Ciota, cześć!

Pizancjusz patrzył na zbliżającą się  Kornelię. Widać było wyraźnie, że jest zła, jak osa.

- Szukam ciebie od rana. Gdzie ty łaziłeś?
- No to mnie znalazłaś. Nigdzie nie łaziłem.
- Chlejesz od rana i jeszcze zadajesz się z tym pedałem. Po co?
- No to co z tego?
- Kiedy ty weźmiesz się za pracę?
- A ja wiem? Może ja się jeszcze będę uczył?
- Ty? Weź się za pracę leniu. Zobacz jak ty wyglądasz. Brudny, pijany. I jeszcze ten pedał.
- No i co z tego, że pedał?
- Nic. Wstawaj, pójdziesz teraz ze mną. Pojedziemy do mnie.
- Do ciebie? A po co?
- Zobaczysz! Wstawaj, idziemy na przystanek.

W tramwaju Pizancjusz zapytał Kornelię:

- A kto będzie u ciebie w domu?
- Będzie moja mamusia.
- Kto? Twoja mamusia? Ta jędza? Cholera, a po co ona?
- Będzie mamusia i tatuś też będzie.
- Co? Twój tatuś? Ten wielki byk? A co oni tam robią?
- Chcą z tobą porozmawiać.
- Ze mną? A o czym? Z twoją mamusią - jędzą nie chcę mieć nic wspólnego. Widziałem ją wczoraj jak latała na mieście. Na miotle. To stara wiedźma.
- Zamknij się, dobrze? I nie pij tyle.
- Muszę pić i będę pił. Nie ma tego, żebym ja nie pił. Nie, dziadku? - potrząsnął jakiegoś staruszka za ramię, który przysypiał na swoim siedzeniu.
- Ja tam nie wiem. Odczep się pan! - fuknął staruszek.
- Patrzcie, dziad, a jaki hardy.
- Cicho bądź, już wysiadamy.
- A o czym będziemy rozmawiać z twoją mamusią i z twoim tatusiem - bykiem?
- Zobaczysz. Spodoba ci się ta rozmowa.

Tatuś Kornelii ledwie go zobaczył, od razu pchnął na fotel.

- Siadaj ciulu i słuchaj!
- Co jest, tatusiu? O co chodzi?
- Ty się pytasz co jest? - w drzwiach stanęła mamusia Kornelii z tłuczkiem do ziemniaków.
- Ty chudziaku! Zrobiłeś dzieciaka mojej córce, to się teraz ożenisz - powiedział tatuś.
- Żenić się? Ale z kim? Może z tobą, tatusiu, albo z mamusią?
- Nie wiesz, z kim masz się żenić? Kornelia chodź no tu.
- To z nią mam się żenić? A po co?
- Po co? Kaziu, wytłumacz temu durniowi!

Tatuś Kornelii, czyli pan Kazio, chwycił Pizancjusza i mocno nim potrząsnął. A potem trzasnął go otwartą dłonią w głowę. Pizancjusz usiadł . Bolało go i nie wiedział, co ma robić.

- No i co, ożenisz się z naszą córką?- zapytał dobrotliwie pan Kazio.
- Tato, tylko ostrożnie - piszczała Kornelia.
- A on był ostrożny? Zaraz w łeb dostanie, niech tylko odmówi.

Otworzyły się drzwi i do mieszkania weszli dwaj bracia Kornelii, Konstanty i Walenty. Byli rośli i twarze mieli mało inteligentne. Pizancjusz poczuł się nieswojo.

- Co tu się dzieje? Ojciec zmiękcza zięcia? Pomóc?
- Nie trzeba, synkowie, nie trzeba. No to jak, żenisz się?!
- Nie!
- Nie?! Synkowie, pomóżcie tatusiowi.

W pokoju zakotłowało się, ze stołu spadła lampa i wazon. Kornelia wyła cienkim głosem, ojciec pan Kazio ryczał basem, synkowie mu wtórowali, a mamusia czaiła się z tłuczkiem, żeby trzasnąć nim w głowę kandydata na zięcia. Trzasnęła w końcu, ale swojego Kazia. Kiedy już wszystko ucichło, Pizancjusz leżał na podłodze, na jego głowie siedziała mamuśka Kornelii, przykrywając mu całą głowę spódnicą. Bracia trzymali go za ręce i nogi a ojciec lał go pasem. Gdy się zmęczył, zmienili go synkowie.

- Zaraz, gdzie on ma nerki?- zastanawiał się Walenty.
- O, tutaj, wal go! Tylko mocno! – zawołał Konstanty.
- Jeeezu!- wrzeszczał z bólu Pizancjusz.
- O, wierzący! To dobrze, będzie z niego dobry mąż! - zawołała mamusia, wiercąc się na skołatanej głowie Pizancjusza.
- Tylko mu krzywdy nie zróbcie! - prosiła Kornelia.
- A on mógł ci zrobić? Wal go jeszcze!
- No to jak, żenisz się? - zapytał tatuś, to znaczy pan Kazio.
- Tak - odparł słabym głosem Pizancjusz.
- Co powiedziałeś? Powtórz, bo coś cicho mówisz.
- Żenię się! Z Kornelią się żenię. Co jeszcze mam powiedzieć?!
- Z naszą córką Kornelia się ożenisz? - zapytała słodko mamusia.
- Tak żenię się z waszą córką Kornelią.
- Puśćcie go, synkowie.

Pomogli mu wstać, otrzepali mu ubranie, posadzili go na fotelu. - Jesteś fajny gość, szwagier - powiedział Konstanty.

- Jeszcze nas wszystkich polubisz, jak to w rodzinie - powiedział Walenty.

Do pokoju weszła babka Kornelii. Popatrzyła na Pizancjusza i powiedziała:

- Ach, więc to jest ten wasz wróbel w garści?
- No, no, babka! – zwrócił jej uwagę pan Kazio. - Idź spać, bo już późno.

Ojciec Kornelii podszedł do Pizancjusza i powiedział:

- Witaj w domu, zięciu!
- Witaj tatusiu!
- Witaj w domu, zięciu!- powiedziała mamusia Kornelii.
- Witaj szwagier - powiedzieli Konstanty i Walenty.
- A teraz siądziemy do stołu po tym gorącym powitaniu naszego zięcia w rodzinie i już na spokojnie, na zimno sobie porozmawiamy - powiedział tatuś, pan Kazio.
Pizancjusz pomyślał sobie, że ten gorący dzień z pewnością pozostanie mu długo w pamięci.