Stanisław Stanik - Cóż nam po czasie marnym?

Wyszła drukiem antologia 48 Warszawskiej Jesieni Poetyckiej „Miejsce urodzenia: Warszawa”. Rzecz godna uwagi, mile widziana. Każdorazowo, warszawiacy, zagłębiają się w tę lekturę. Patrzą życzliwym okiem, kochają wiersze o sobie. Ale czasem przemknie jakiś błysk niezadowolenia. We mnie taki błysk pojawił się niespodziewanie, już na początku lektury.

Marek Wawrzkiewicz, autor słowa wstępnego, bardzo zdolny poeta, zasłużony animator kultury nieopatrznie zagłębił się w dzieje poezji w Warszawie. Omówił synchronicznie poetów piszących o mieście, siedzibie sejmu, potem siedzibie stolicy kraju nad środkową Wisłą, i rozdzielił przy tym role. Nie dziwię się, że początki poezjowania warszawskiego wywodzi od Jana Kochanowskiego, ale już myli się co do roli Jarzębskiego, którego stanowczo pomniejsza. Toż jego poemat, niepowtarzalny, stał się podstawą do ustalenia topografii i urbanistyki miasta, co pomogło nawet budowniczym nowej, powojennej Starówki. A artyzm jego poematu? Jak na owe czasy nie był najgorszy, czego nie chce uznać Wawrzkiewicz, bo idąc tym tropem, i artyzm dzisiejszych poetów za trzy ponad wieki będzie godny pożałowania.

Mimochodem autor pomija zasłużonych dla Warszawy poetów oświeceniowych, jak np. Dionizego Kniaźnina, Franciszka Karpińskiego, obu z dworu Czartoryskich, którzy pracowali w stolicy, mieszkali na Powązkach, jeszcze wtedy podwarszawskiej wsi. Byli i inni poeci tego okresu zasłużeni dla Warszawy. Tu przecież zbierała się ich elita na obiadach czwartkowych u króla Stasia.

Co do Mickiewicza – wiadomo – napisał „O krytykach i recenzentach warszawskich”, a nawet umieścił w „Dziadach” akcję w salonie warszawskim. Ale co do     Cypriana Norwida – znów Wawrzkiewicz myli się nieco. Jak to nie był blisko związany z Warszawą, skoro uczył się tu w liceum, a pracował potem w Heroldii Królestwa Polskiego, wykazując dla Warszawy wielką sympatię i pisząc wiersze o niej? Miasto to okrzyknęło go wieszczem.

W drugiej połowie XIX wieku szeroko rozwinięte były zainteresowania varsavianistyczne. O stolicy pisano artykuły historyczne, pisywano i poezję. Or-Ota nie trzeba wcale pomniejszać, bo jego legendy warszawskie do tej pory budzą zainteresowanie. Podobne zasługi dla podkreślenia urody i znaczenia miasta miał Wiktor Gomulicki. M. Wawrzkiewicz, wyjątkowo podkreśla rolę Skamandrytów w wysławianiu Warszawy. Niesprawiedliwie! Byli to przeważnie bywalcy kawiarń, kabaretów i autorzy dowcipów. A były przecież grupy literackie typowo stołeczne, byli pisarze (nawet prozaicy) zagłębieni w środowisku stolicy.

Po wojnie działo się różnie, ale Warszawa (jak w czasie wojny) była ośrodkiem pełnym natchnienia i patriotyzmu. Już nie w wierszach, ale w piosenkach, jakie od lat („Warszawianka”, „Marsz Mokotowa”, „Warszawski dzień”, „Sen o Warszawie”) podnoszono piękno i niezłomność stolicy. W prozie podkreślano wyjątkowość tego miejsca (Gojawiczyńska, Grzesiuk, Nowakowski). Nie miejsce tu na rozpracowywanie tematu: jest on obszerny i wart zagłębienia. A na okoliczność wydawania antologii warszawskiej trzeba wiedzieć o wspaniałych tradycjach miasta. Tym bardziej, że w najnowszej antologii, pojawiły się nazwiska poetów, z których na pewno niejeden zasłuży na miano pisarza warszawskiego (nie tylko ze względu na miejsce zamieszkania).

Pod miano pisarza warszawskiego (może lepiej literata?) podpadają przede wszystkim twórcy urodzeni w Warszawie i w Warszawie mieszkający. W najnowszej antologii Jesieni Poezji, wydanej przez ZLP, znalazły się i nazwiska twórców o zasięgu regionalnym, z Kielc, Lublina, może jeszcze skądś? Zwracają uwagę liryki Mieczysława Machnickiego, Ewy Zelenay, Andrzeja Zaniewskiego. Pierwszy w przeuroczym, prawdziwie zaskakującym w kompozycji utworze bez tytułu ukazuje historię miłości poprzez ilość znaczków naklejanych na listy. Dobrze zbudowane liryki Zelenay, zwłaszcza „w ciszy dalekich lotnisk”, mają celowość i gradację napięcia. Ucieczką dla bohatera lirycznego staje się tu poszybowanie w wieczną ciszę, co staje się rozpaczliwym rozwiązaniem dramatu życiowego. Podobnie osobisty i przejmujący ton ma liryk Zaniewskiego bez tytułu, napisany 1 marca ubiegłego roku. Podmiot liryczny jest tu szczurem, zwierzęciem prześladowanym i tępionym. W ucieczce ratuje się uczuciem, w które nikt nie wierzy i które każdy postponuje. „Sprawdź godzinę i puls szczurze?” – kończy tę historię poeta i jakby ostrzegał przed dramatem ciała.

Ciekawe, że od wyczerpanej miłości obiektyw najnowszej poezji przesuwa się ku dramatowi ludzkiego istnienia, incydentalnej klęski, mogącej zakończyć się wyczerpaniem biologicznym. Przez wszystkich trzech poetów przemawia osobiste doświadczenie.

U Machnickiego terminowanie w ekskluzywnym klubie poezji miłosnej jak w „Twoim Stylu”, może prywatne przemyślenia z przeżytych sytuacji, u Zelenay – dramat ostatniego czasu, dramat – trzeba dodać – rodzinny, u Zaniewskiego klęska ideałów, pogłębiona o doświadczenie oddanych młodej kobiecie uczuć, które nie zaspokajają potrzeb dnia codziennego i przenoszą się z trwałego kiedyś miejsca do dalekiego miasta Modlina, aby tam doznać upokorzenia. Tak oto rozbicie świata wewnętrznego w nowych warunkach, nowej rzeczywistości, staje się osią, wokół której obraca się motyw przewodni współczesnego poety: doznanie upadku, bezsens trudu Syzyfa.

Spośród twórców uznanych i dobrze spostrzeganych przez ośrodki opiniotwórcze w jakimś stopniu zawodzą, ale pozostają w wysokich sferach wartości artystycznych, Marek Wawrzkiewicz, Stefan Jurkowski, Wojciech Kawiński, Stanisław Nyczaj, Waldemar Michalski, Andrzej Tchórzewski. Każdemu z tych poetów, dość nagłaśnianych, zdarzają się słabości kompozycji, nietrafność wypowiedzi (daleko tu od: „odpowiednie dać rzeczy słowo”) czy sprozaizowanie tworzywa, tak typowe dla Nowej Fali. Najciekawszy wydaje się Nyczaj mimo jego skłonności ku abstrahowaniu i swoistego słowiarstwa. Ukazanie w jego wierszu drugiego dna bytu, pokonanie ciszy, przez milczenie (jako sytuacja egzystencjalna) to majstersztyk. Tchórzewskiemu z kolei można zarzucić uleganie idiomom języka codziennego, kalkom w wyrażeniach typu „dzisiejsze kryteria” czy „szczątki ludzkie”. Nowofalową konkretność i incydentalizm sytuacji na próżno autor próbuje przykryć uniwersalnymi, ogólnokulturowym obrazami. Płynie przecież jakiś urok z tych wierszy, jakaś ekspresja. Podobnie – ale w innej poetyce – wypowiada się przejmująco „rozbita” Aldona Borowicz, której sens doznań osobistych można zawrzeć w słowach: „od lat przychodzi tu sama / by zagłuszyć myśli kosząc trawnik / bo mężczyzna woli wirtualny świat”. Kobieta – niewolnica u Borowicz „Umiera w swoim wnętrzu, pije piwo i płacze”. Cóż zrobić, dramat kobiety ograniczonej, odepchniętej w cudownym raju niemożności nie może być rozwiązany szczęśliwie. Milewski – klasyk trochę zawiódł. Jurkowski snuje historiozofię bez ikry odwagi (jak rozumieć wyrażenie, że żyjemy od miliardów lat?), Kawiński  mota się w lingwizmie, szukając słowa w różnych konfiguracjach (nawet przenosząc je do innych wersetów).

Wertując antologię, autor niniejszej recenzji porusza się wśród grona poetów będących kolegami, niektórych dość mu znanych. I musi zsumować ich pracę, wystawić cenzurkę, choćby tego za bardzo nie chciał, bo i sam nie jest bez grzechu, popełnia błędy. Ale znaczenia antologii, wydawanych co rok przez ZLP, nie sposób nie docenić, bo jest to jakby wspólne siedzenie za stołem z opłatkiem na czas Wigilii (faktycznie prawie co rok tak urządzanej) i podanie owocu swojego znoju do spróbowania czytelnikom.

Przerzucając karty tej książki nasunęły mi się uwagi natury formalnej. Marta Berowska rzuca refleksy na kanwę wiersza słowami ogólnymi, niewyraziście, posługując się stałymi symbolami. Jest za to poprawna, dokładna, zmierzająca do pointy. Anna Czachorowska jest oszczędna, estetyzująca, urzeczowia abstrakty i czyni to z wdziękiem. Andrzej Grabowski, poeta młodości, odwołuje się do motywów Warszawy, podobnie jak później Jerzy Ulicki, z atrakcyjności tematu czyni siłę swego słowa. Dorosłym się może podobać, ale idolem może stać się tylko dla młodych. Piotr Kitrasiewicz dosłowność zamienia w metaforę, a dosłowność jest szara, brudna i odpychająca. Paweł Soroka, poeta miłości, który zaskakująco ciepło i delikatnie „przelewa” na papier podziw dla wdzięków kobiety, czyni zaskakujące wolty. Urzeczowiając swój świat jak przystało na gościa honorowego ostatnich wyborów Miss Word, dedykuje jeden wiersz „Marii”, ujawniając swój dystans do platonicznej miłości.  Uta Przyboś, urodzona warszawianka, wynosząca swój talent pod niebiosa Kielc, gdzie terminuje z sukcesami u Nyczaja, w odróżnieniu od swego powszechnie uznanego ojca Juliana, pozostaje niezmiennie przy motywach wsi, przyrody, prowincji. Poczyniła widoczne postępy, bo umie puentować, lecz aż prosi się o więcej metafizyki. Jurata Bogna Serafińska, wyrosła z pieleszy literatury dla dzieci, wypływa na szerokie wody filozofii i gnomy. Wchodzi w stadium rozwojowe zbliżone do osiągnięć dawnej poezji chińskiej czy japońskiej (choćby haiku). Jan Stępień to prostota i oszczędność, ubrana w formę przypowieści na wzór Siemionowskich pogwarek. Podobnie jak Nyczaj, który w Kielcach siedzi i działa, sam wywodząc się z Kresów poszukuje ciszy dla swej egzystencji, należytej godności, umiejscowienia. Pyta: „A kto ciszą / wiersz napisze?”. Ciekawe głębokie pytanie, z istoty Norwidowe, u którego cisza stała się częścią mowy. A skoro potrafimy porozumieć się słowem, dlaczego nie mielibyśmy porozumieć się ciszą?  U Nyczaja porozumienie zamknęłoby milczenie, niemoc, jakaś pustka bez możliwości komunikacji, u Stępnia cisza w dzisiejszym zgiełku przepadła, ale jest możliwa do odzyskania przez „podlewanie” jej „milczeniem” czyli pielęgnację stanem zawiedzenia. Tam pesymizm, tu optymizm, obu poetów jakby spokrewnionych tym samym tematem.

Drugą część książki poświęcono przedstawieniu poetów zagranicznych, goszczących w Warszawskiej Jesieni Poetyckiej Roku 2014. Przyjaciół zjechało wielu, z różnych krajów, przeważnie z Europy Wschodniej, z większym, bo z mniejszym dorobkiem. Są w tej antologii zamieszczone wiersze Michała Ajvaza (Czechy), Anny Luizy Amarali (Rumunia), Jorgera Anagnostopoulosa  (Grecja), Igora Beiłowa (Rosja), Radowrzena Brenklesa (Słowacja), Huan Diamkqina (Chiny), Iwana Dracza (Ukraina), Carla Gremlzlena (Niemcy), Talara Halmana (Turcja), Juana Carlosa Mestre (Hiszpania), Tran Thi Nuonga (Wietnam), Vgo Piscopo (Włochy), Aleksandra Taylona (USA) i innych. Przekłady, z konieczności, nie mogły być dokładne, ale z dużą dozą poetyckości trafiają w ducha oryginału. Wśród tłumaczy znaleźli się Andrzej Tchórzewski, Anna Sobiecka, Paweł Krupka, Barbara Gruszka-Zych, Romuald Mieczkowski i Marek Wawrzkiewicz… Ostatni z tłumaczy, autor wstępu, tu, w finalnych partiach książki ujawnił wreszcie swój kunszt słowa. Jakąś urokliwą, zaczarowaną mgiełką romantyczności i miłości do małej ojczyzny, gniazda rodzinnego, okryta jest prostota i oskarżająca nagość obrazów. Ekaterina Poljanska z Rosji, która odpychając pokusę wyjazdu do Niemiec, kończy swój wiersz Kocham cię życie słowami:

Ale ja żyję w Rosji,
nie skarżąc się na Boskie wyroki,
By w nocy nie zamarznąć,
spalam deski z podłogi,
I nie wiem, za co kocham
to gorzkie i to srogie.
To nieprzytulne życie.
I wierszy  nie pisać – nie mogę.

 

Miejsce urodzenia: Warszawa. Antologia 43. Warszawskiej Jesieni Poezji, Warszawa 2014, Wydawnictwo ASTRA, ss. 234.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org