Ewa Klajman-Gomolińska - Mydełko lawendowe 100 g bez wagi

Jestem

Obecność jest jak światło. Brak boli, przeraża. Ma wymiar albo pustki, albo mroku. Przez i poprzez brak można właściwie docenić ten nieporównywalny z niczym dar. Miłość także wyraża się obecnością. Nie ma nic cenniejszego, co można podarować, jak i otrzymać. Nie sposób kochać w spełnieniu ducha, jak i deklarować miłości, bez ofiarowania swojego czasu. Kontakt czyni egzystencję mniej egzystencjalną; absorbuje myśli.

Człowiek zagraża sam sobie, jest największym wrogiem siebie samego, gdy ma tylko siebie i skupia tylko na sobie swoje myśli, a jedyne czego słucha to myśli jego własne. Nie wyraża ich, jedynie słucha. Brak je koślawi, popycha, innym nakłada kły. Samotnia wchłania, przygniata i okłada chorobą. Kwestia czasu. Niemożliwość do bycia z każdym staje się jedyną możliwością bycia w ogóle. Płomienia, który nigdy nie gaśnie. Choćby przyćmiony dookolnością jednego wymiaru. Pochłania negatywy z zaledwie jednego metra. Sweet focia pomarszczy się. Znajdzie się Feniks i popioły. Śmierć i zmartwychwstanie. Dla kogoś. Zasięg bez znaczenia.

 Promenada

Jakaś ściana, pod którą przesilenie dopuści światło lub jego brak. Zwycięzca wyzwoli się. Nigdy z własnego cienia do końca. Ale z cienia, za którym gonił. Coś umarło, by coś się mogło narodzić. Wyzwolenie. Mięśnie dostosowują się do ludzkiej anatomii po długich próbach. Spięcie i niedostępność jako jedyne ogrodzenie przed Draculą 3D. Optyka wymiaru dwóch równoległych światów przez zatracenie w sztuce jako sposób na życie z podwójnym czarnym słońcem. Wciąż czekamy na nauczyciela, autorytet, obraz za oknem, którego nie znamy. Chcemy dojrzewać, a nie być dojrzałymi.

Człowiek, który ma w domu wszystko, by z niego nie wychodzić, nie ma domu. Są takie miejsca, w których można poczuć się dobrze przez odnalezienie się/siebie. Wróciłam z Torunia, otworzyłam listy, wyfrunęły litery.

Spacer po ogrodach. Spacer w ogrodach

Myślałam bardzo długo w takim smutku, w takiej smudze cienia, w półmroku, który ledwie łzę na rzęsach zasłania... Myślałam, by zrozumieć siebie i móc zwrócić się do swoich własnych ogrodów słowami, na jakie zasługuje samotny wiatr. W tej przestrzeni nie ma nikogo poza mną i Tobą. Rozliczenia z niewypowiedzianych słów, potknięcia, studnie, przepaści. Rzadko zdarza mi się nie mieć nic do powiedzenia. Często nie chce mi się mówić do innych. To kaleczna deformacja psychiczna. Zazwyczaj jednak, umiem budować zdania i składać litery, wyrażać siebie, odnosić się do czegoś, przedstawiać swój punkt widzenia...

A teraz nie umiem, nie potrafię nic powiedzieć; mądrego, głupiego, żadnego. Pogubiłam się i zaplątałam, trochę jakbym sama na siebie zastawiła sieci. Przed nikim się do tego nigdy nie przyznałam, bo jestem w ogóle bardzo hermetycznym i pozatrzaskiwanym człowiekiem. Twoja obecność nasącza mój czas esencją i aromatem. Dziękuję, że żyjesz. Zatrzymujesz gdzieś, zmieniasz, choć jestem już stara i moje zmiany zachodzą w bólach i zgrzytach.

Wyświetl post

Cienie we mgle związane niewidoczną wstęgą, niewidoczne ślady na ścianie, zaciera się granica miedzy dywanem a podłogą, jakiś strach, jakiś ból, bardzo bolesne powątpiewanie, myśli nieogrzane prowadzą do wiersza zapisanego linearną prostotą dla niechcenia niepoznania nieodgadnienia.

Boli mnie, więc wstaję, odchodzę, uciekam, siadam, włączam komputer, wyłączam myślenie, może jednak skuszę się i pomyślę albo skruszeję i oddam słońcu część siebie, jakiś szloch albo jedną ćwiartkę wyrazu, bo przecież jestem pod postacią chleba słowa, którym się przełamuję na serwerze, bo zabrakło już ludziom stołu.

Nie zasiadamy za nim, nie zbieramy się przy nim, mamy mailową wieczerzę, chmury na zimnym ekranie, nie patrzymy na zachód słońca, spadające gwiazdy śledzimy w sieci, życie przemija datą na Onecie, nic się nie dzieje, nie pachnie, nie głaszcze, fizyczny kontakt z klawiaturą jak sponiewieranie ciała bez liścia, źdźbła, a mój krzyk i płacz nie wsiąka w rozłożony otwarty na kontakt laptop. Pozostaje zdziwienie kapiącego kranu, że moim wysiłkiem nie przenoszę gór i zastygam rozpaczą.

Nie zezwalaj

Tak, zdecydowanie tak. Kiedy jest coś we mnie, co chce się wykrzyczeć, a ja to chowam, wtedy klnę najwięcej i nie ma to żadnego punktu odniesienia do poruszanego tematu. Ja inaczej wtedy klnę niż zawsze. Dużo, bardzo dużo. Tak, że nie ma już merytorycznej dyskusji i to sprawia, że klnę jeszcze więcej. Zwracanie mi wtedy jakiejkolwiek uwagi nie ma najmniejszego sensu, bo po tym Rzym już tylko płonie, choć w każdym domostwie zarządzeniem Nerona był sprzęt do gaszenia pożaru.

Czy to jest język ulicy, pewnej topografii ulic, uliczek, dziur w chodnikach, wylęknionych twarzy i głodnych oczu? Pewnie tak. Jestem przecież krawężnikiem. Na ulicy spędziłam więcej czasu niż w domu, gdzie nie byłam mile widzianym dzieckiem. Czy to jest język burdelu? Nie wiem.

Za szybą

Z trudem zbieram klawiaturę pod palcami i splatam myśli w warkocz. Na parapecie leży śnieg ze śladami śmiesznej wielkości stópek ptaka. Samochody głośne jak w zwykły dzień tygodnia. Niebo poważne i skupione na niepokazaniu humoru. Słońce jest dziś światłem, ale nie głaszcze ciepłem zastygłych ścian i codziennych ruchów człowieka. Ja jestem za szybą. Czasami w nią walę, czasami za nią krzyczę, czasami przez nią wołam. Przed moją szybą przystają czasami jacyś ludzie. Jedni pomachają, inni pokrzykują, jeszcze inni przyklejają twarze do szyby, by lepiej mnie ujrzeć, ale prędzej czy później człowiek czujący swój los przechodnia wprowadza dominantę ruchu i zostawia kobietę za szybą. Niewiele rozumie z jej zachowania, gestów, a i jego codzienność - codzienność przechodnia stawia mu wymagania jakże obligatoryjne.

Każdy człowiek poważnie chory jest osobą zza szyby, a ludzie na jego drodze, bardziej i mniej przychylni, życzliwi, jacykolwiek to ludzie z drugiej jej strony. Człowiek jest zdolny do największych powstańczych gestów, ale nie jest zdolny zrezygnować z codzienności przechodnia, dlatego los człowieka za szybą jest ciężką dolą. Przechodzień uważa, że bycie za szybą to prestiż. Po pewnym czasie, pewnych latach; życie za szybą połączone ze stopniem komplikacji choroby i towarzyszącym jej strachem - największym potworem, bólem i cierpieniem wypacza tegoż człowieka i deformuje jego wyraz. Wyraz bez wyrazu.

Prowansja

Oglądam Prowansję na zdjęciach w katalogu i myślę, że bardzo tęsknię do życia, którego nie znam. Kto wie, co to za tęsknota? Lawendowe myśli, mały fioletowy odcinek prowadzący do leniwej plaży z piaskiem pamiętającym to, co dla mnie pozostanie tajemnicą. Może właśnie dlatego nie mówię ostatnio o pewnych sprawach, choć to przynajmniej z jednej strony zamyka most.

Oglądam się w stronę impresjonistów, lecz brakuje mi języka, by zapowiedzieć „będzie się działo”. To nie jest tak, że mój stan jest nie do opisania dla mnie, może nie erudytki/intelektualistki, ale osoby umiejącej zamknąć myśl w obrębie zdania. Ja nie chcę. Nie chcę, żeby Alpy się poruszyły. Bo liliowe piętra muszą żyć swoim porządkiem, kadr pokazany w mediach. Bycie z kimś poprzez serwer w sytuacjach skrajnych jest gorsze niż nie być z nim wcale. Czekanie na sygnał z komórki, gdy zostaje już tylko ona, sprowadza coś jak wiatr katabatyczny. Idź przed siebie. Choćby to miały być skaliste doliny. To będzie Twoja Prowincja.

Dialekt

Przedwczoraj śniła mi się Prowansja. Była bardzo zadaniowa. Nie mogłam jej dotknąć. Nie wiem, jaką ma skórę, ale poszukiwań trufli nie przerwałam. Mam opory do prawdziwej historii, do samego jej utkania katalońskim jak irracjonalną złością pod koniec dnia. Była wyrazem głodu i niespełnienia. Wszystkie ostatnie sic są tego wyrazem. ABC mierzone od dnia do dnia. Zwyczajne i niezwyczajne ABC.

 

Prowansję na mapie oznaczyłam różową i niebieską kredką kupioną w jakimś starym mieście. Zmiłowanie może przyjść w każdej chwili, a każda może być ostatnią albo pierwszą. Słowo się kończy. Przychodzi taki moment, że słowo się kończy i człowiekowi przestaje wystarczać... To jest ten moment. Natura człowieka, którego potężną potrzebą jest dotyk. ABC znane tylko ze słyszenia. Bladoliliowa lawenda kończy długi spacer a wyspa robi coming out bez rezerwacji. Wchodzę w życie, mam miejscówkę. Parska śmiechem, lecz upina wrzosowe wstążki. Początek jesieni. Oglądam już kalendarze z Prowansji. Zakładam bliskość przez jedyne „mam cię na oku”. Podnoszę rytuał jak rolnik grudę ziemi w polu. Jak pełnoprawna właścicielka wzgórza.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora