Stefan Pastuszewski - Z Kołobrzegu, z Polski i ze świata… literatury

Jubileusze pisarzy podobnie jak ich pogrzeby są szalenie kłopotliwe dla tych, co muszą (chcą) o tych wydarzeniach pisać. Bo i gromkie surmy są wtedy nie na miejscu, i jęczące skrzypki…

Potrzebny jest spokojny dystans, ale rozemocjonowani odbiorcy, widzowie, kibice takiegoż dystansu za żadne skarby nie oczekują. Wręcz przeciwnie…
Ale co tam odbiorcy! Piszę jak piszę.

Piszę, bo muszę o 75-letnim Eugeniuszu Koźmińskim – poecie i prozaiku z Kołobrzegu, z Polski i ze świata… literatury.

Jego skupiony dorobek, bo nie rozmnożony aż do rozmycia, co u innych piszących bywa, kwalifikuje go do tego obszaru. Regionalizm tej twórczości nie jest prowincjonalizmem, tylko przynależnym przecież każdemu człowiekowi miejscem i czasem. Polskość nie jest nacjonalistyczną pseudo-religią, tylko, równie przynależnym człowiekowi językiem i kulturą, a świat literatury jest tą przestrzenią uniwersalną, w której realizuje się talent i praca. Nie każdy oczywiście, z uwagi na niedobór, któregoś z tych czynników w tym uniwersalistycznym, godnym niezwykłego szacunku świecie, może się znaleźć.

Eugeniusz Koźmiński w nim jest, i to bez względu na taką czy inną obecność w środkach społecznego przekazu i opracowaniach filologicznych, gdyż te dwie machiny urabiania społecznej świadomości, wcale a wcale nie kierują się obiektywizmem. Najgorzej, że apelacje od ich wyroków rozpatrywane są długo, bardzo długo i to dopiero po śmierci sądzonego, a bardzo często nawet do ich rozpatrzenia nigdy nie dochodzi. Niesprawiedliwe to, ale czyż sztuka ma cokolwiek z sądem? Ona przecież z natury swej jest autoteliczna.

Ja w ramach owej autonomii i autoteliczności sztuki głoszę pochwałę twórczości literackiej Eugeniusza Koźmińskiego.

Poezja Eugeniusza Koźmińskiego jest rozpoznawalna, co świadczy o znakomitym warsztacie twórczym, tudzież o pełnej dojrzałości ludzkiej.

Bazuje na filozofii afirmacji świata i – mimo ukrytych tęsknot – zgody na to co jest i będzie. Wiersze zazwyczaj mają charakter epicki. Autor zazwyczaj posługuje się długą frazą, malowniczo przedstawia przedmiot, zjawisko, obraz. Inną cechą tej poezji jest umiejscowienie człowieka w bogactwie przyrody. Człowiek dialoguje z morzem, mówi o przypływach, odejściach, słabości i zdradzie. Antropomorfizuje żywioł, sam przecież też będąc żywiołem.

Pejzażem, najczęściej słowem malowanym jest w tych wierszach brzeg morski, plaża, wydmy, nostalgiczne drzewa na zapleczu, tu i ówdzie przetykane zabudowaniami gospodarczymi z czerwonej cegły, wieżami kościołów z muru pruskiego.

Specialite de la maison E. Koźmińskiego są głębie morskie. Poeta, wnikając w nie swoją wyobraźnią odkrywa świat pełen dziwów, w którym życie splata się ze śmiercią, piękno z grozą, sens z bezsensem.

W tomie „Wołanie mew” (1998) czytamy:

Tu się co dzień odbywa dorzynanie dorszy (…) Tu człowiek wstępu nie ma a jeśli się znajdzie / rybak, co wodę zmąci i zapuści sieci / opuszczony przez wszystkich wzgardzony przez żywioł / umiera na piasku wpatrzony w błękity / z gardłem zeschniętym bez szansy na litość / choć woda to łzy niebios…

Część wierszy to definiowanie i nazywanie od nowa przedmiotów, istot żyjących, obrazów. Wydaje się to być pokłosiem nauczycielstwa poety, który przez wiele lat ćwiczył się w zwięzłym i klarownym informowaniu nowych pokoleń o strukturze i szczegółach tego świata. Przykładem wyrazistym jest „Szafa”, którą poeta opisuje jako lamus wspomnień. W tej grupie mieści się wiele wierszy, jak „Salmo salar”, „Kołobrzeg”, „Ustronie morskie nocą” z tomu „Dziennik meduzy”.
Pokłosiem zaś życia pełnokrwistego, ale też uduchowionego są wiersze miłosne, które ja cenię najbardziej z racji zaklęcia, w suchym przecież słowie, drgającego uczucia, nieraz przeradzającego się w niepohamowaną żądzę. Taką bowiem rolę, rolę ziarna, które padając na czytelniczą glebę winno wydać plon stokrotny, spełnia słowo poetyckie.

W „Dzienniku meduzy” (2005) wiersze tego rodzaju to przede wszystkim cykl „Liryki czerwcowe”, „Mgła”, „My”. Znajdujemy tu świeże sformułowania takie, jak: „ty jesteś jak dojrzały owoc”, „pagórki twojego ciała”, „jesień to zły czas na samotność”, „upał gęstnieje jak dojrzałe wino”.

Tytułowa wyspa z „Narodzin wyspy” to według mnie zrozumienie, mądrość, zawierająca się w pewności śmierci, prawdzie o tym jedynym produkcie młynów przemijania (s. 77):

Lustro morza, przykryte szumem, ugina się
pod ciężarem wody, pęka
wychyla się cisza, noc,
śmierć

Ale ta śmierć (z morza) ma jednak swoje drugie dno, tkwi bowiem w niej inne życie. Wprawdzie milczące, obłe i śliskie, ale życie. „Pozostajemy na brzegu, a ryby współczują nam niemo” (s.14).

Swoje życie ma również samo śmiercionośne morze (s. 74):

Tylko morze cierpliwie zjada brzeg.
Cierpliwie, kęs  po kęsie.
Żuje piasek jak znużony gospodarz wieczerzę. 

Antropomorfizacja przyrody to jeden z pomysłów konstrukcyjnych tej poezji. Stara kobieta jest „jak ryba na dnie-coraz bardziej bezradna z ustami otwartymi bezgłośnie” (s. 50). „Drzewa przedzierają się przez park z wysiłkiem, niczym kelner w restauracji, a żywioł je ogarnia, pochłania” (s. 49). „Białe domki z zamkniętymi powiekami” (s. 39). Antropomorfizacja natury, ale też martwej części ludzkiej kultury, to jej, żywiołu, oswojenie. To jeden z fundamentów owej tytułowej wyspy.

Drugim jest…. erotyzacja, Miłość, ta pełna, duchowo-cielesna, zawsze stanowić będzie antypody śmierci. Bo to ona rodzi życie. Jest wyspą. Nie jest kontynentem, czyli kosmosem, nieskończonością, ale jednak jest stałym lądem. Nie jest ciemnością (dla człowieka), zaś jako energia kosmosu jest wieczna (dla ludzkości).   
Co najmniej praca licencjacka na dobrym uniwersytecie może powstać po śledztwie w sprawie erotyki w twórczości autora „Dziennika meduzy”. Ja tylko temu śledczemu/śledczej donoszę:

śnią o lądach dalekich wykochanych w nocy
apostołowie z ulicy Nadbrzeżnej (s. 8)
w nocy przyrzeka wierność, żeby cię zdradzić przy pierwszej
słabości (s. 25)
i pagórki ciała- obietnice rozkoszy
pełne świecenia i drżeń (s. 27)
a ja szukam dla ciebie ciągle nowych imion
i w tym szukaniu nigdy nie ma końca (s. 29)
Nasze ciała przeźroczyste nie mają nic do ukrycia,
nie przekraczamy granic kiedyś nam danych,
czekamy (s. 33).
ukaże się taka jak dawniej, gdy leżąc na brzuchu
ruchliwymi palcami czesała jego włosy i wodę (s. 50)
a kobiety krzyczą czując jak wchłania je przypływ (s. 1).
Jeszcze twoje piersi, dwie kuny swawolne
ukryte niedbale pod białą bluzeczką, ten zmierzch.,
kiedy napięte podbrzusze drgało pożądaniem,
niczym sieć pełna ryb, nim wyjmą ją z wody? (s. 55).

Basta! Jeśli ktoś nie przeczytał czterech Elegii Eugeniusza Koźmińskiego, ten nigdy nie czytał poezji miłosnej!

To z tych Elegii powstały okruchy porozrzucane w nich wierszach:

A my w środku grania letnich sfer niebieskich.
Szukamy swoich ust. Ledwie oddychamy.
Spieszą się ręce wilgotne, a kiedy tracimy głowy,
pękają kruche guziki, trawy zostają nam w dłoniach.
Spójrz, ten starzec na górze (…)
łakomie spogląda na twe białe piersi (s. 58)
Twój dotyk-chłód północnego łowiska (s. 59)
Na wieszaku koszulka zmięta niecierpliwym
dotykiem, męskim potem, szaleństwem. Odrzucana przez ciało
stygnie. Tylko dwie piersi nadal istnieją w niej
na wszystkie sposoby: prężą się, falują, wzbierają (s. 66).
Tamten młody z dołu
zaczyna donosić na siebie, ona wszystkiemu
zaprzecza, mówi, że go kocha (s. 75)
posezonowa miłość, która chodzi w parze
łączy ciała splecione jak dwa wersy w dystych (s. 79)
I kobiety nagie, pełne pożądania, pary kochanków
w przeźroczystych kloszach, niepomnych mądrości, że miłość
jak szkło tak kruche …(s. 80).

Osobnego studium wymaga też gorzki egzystencjalizm (Ale czy to możliwe wobec nieistnienia świata (s. 63), malarskość i obrazowość (malowanie słowem i impresje sprzed płócien Rene Magritte, Hieronima Boscha, Rajmunda Ziemskiego).

Zachwyca w tych wierszach subtelna, nie przytłaczająca, lecz wszechobecna metaforyka, inkrustowanie symbolami szarej, a raczej białej (śmierć) rzeczywistości, no i ten wewnętrzny, bardzo konsekwentny, rytm wybijamy palcami na blacie biurka. Bo wydaje mi się, że wiersze te E. Koźmiński pisał z pamięci w skrzętnie wyposażonej w doświadczenie, wynikłe z uporczywych ćwiczeń, pracowni. Efekt: brak zbędnych słów, brak słów wyrywających się z wiersza, obcych. Jednorodny tu, ale bogaty słownik osnuty, na kilkunastu słowach-kluczach. Mowa mocno wiązana.

I dzięki temu rodzi się wyniosły, ale nie obarczony pychą, dystans, ów najwyższy stopień poetyckiej jazdy, który pozwala zakończyć omawiany tom, szokującym przeciętnego czytelnika stwierdzeniem, że „w tych wierszach nie ma miejsca nawet dla mnie” (s.81)

Głównym problemem, a proza to przecież próba rozwiązywania problemów, zbioru opowiadań „Ptaki i ludzie” (2003) jest zakorzenienie się ludzi w nowym miejscu. Idzie tu oczywiście o osadników, których los albo własna wola przygnały na Ziemie Zachodnie i Północne, a w tym przypadku w Koszalińskie. Jest to problem wciąż jeszcze przez historiografię do końca nie opracowany, czy to ze względu na lewą lub prawą ideologię opisu tego zjawiska, czy na niemożność znalezienia wspólnego mianownika dla wszystkich, bądź tylko większości przypadków. Bo – jako historyk – stykając się z tym zagadnieniem, przekonuję się, że jedynie indywidualizacja i personalizacja opisu są w stanie zbliżyć się do prawdy. A to możliwe jest tylko w literaturze.

Eugeniusz Koźmiński materiały inspirujące zbiór „Ptaki i ludzie” zbierał przez ponad dwadzieścia lat. Jest to bowiem okres jego życia, pomieszkiwania i pracy w Ustroniu Morskim. W opowieściach tych są nie tylko Polacy, którzy na te ziemie przyjechali zaraz po II wojnie światowej, ale i Niemka, która – przesiedlona – wraca do miejsca swoich narodzin, dzieciństwa i młodości. Równie dobrze miejscem akcji mogą być wszystkie inne małe, początkowo rybackie, a później turystyczno-wczasowe miejscowości polskiego wybrzeża.

Bo pisarzowi, bazującemu w tym przypadku na kontaktach osobowych i zdarzeniowych, udało się nie poddać reporterskim pokusom, tak jak reportażyście Ryszardowi Kapuścińskiemu (1931-2007) nie udało się z kolei ulec pokusom literackim, co poważnie zdewaluowało jego, niezły przecież warsztatowo dorobek.

Eugeniusz Koźmiński tak mówi o swej książce:

„Napisana jest niespiesznie, tak by można ją przeczytać w całości, ale i osobno poszczególne opowieści. Splatają się one w osobny świat, który płynie poza tym, który nas otacza, poza światem polityki, poza światem, który gdzieś goni i się tak śpieszy. Co prawda i do Poręby zagląda ten świat podczas sezonu, ale ten świat się kończy i wszystko wraca do normy. Tak napisana książka staje się opisem świata, w którym każdy z nas żyje, te światy tworzą kręgi, w których jesteśmy z rodziną, znajomymi, a obok toczy się inny świat – kręgi. Może to być książka o każdym z nas i jego własnym świecie.”   

W 26 opowieściach autor przedstawił dynamikę osady rybackiej tuż po wojnie. Jest to opowieść balladowa, codzienności autor przydaje cech poetyckości, a zdarzenia powszednie podnosi do rangi odwiecznych prawd o losie człowieka, jego przeznaczeniu i miejscu w świecie.

Większość zdarzeń w tomie dzieje się w latach czterdziestych i pięćdziesiątych w osadzie, która do 1945 roku wchodziła w skład państwa niemieckiego. Osadnicy przybywający z różnych stron, z różnymi doświadczeniami. Jedni w wagonach towarowych jechali z Kresów Wschodnich na ziemie nad Odrą i Bałtykiem, inni przeszli oflag lub mają przeszłość frontową. Część jednak to pospolici szmalcownicy, którzy dorabiali się na wojnie i tu też chcą się dorobić. Osadnicy są ludźmi okaleczonymi przez wojnę, jedni – fizycznie, inni – psychicznie. Część ucieka przed realną lub domniemaną karą. Poręba jest nie tylko nowym miejscem ich życia, tu chcą swoje życie zacząć od nowa. Życie w nowym miejscu przysparza wielu kłopotów. Nowym mieszkańcom Poręby „najtrudniej było ułożyć się z morzem. Najpierw chodzili nad jego brzeg ze strachem, bo porażał ich szum wiatru”. Warunki pionierskie zmusiły ich do zgody i działań wspólnych, także do tolerancji w ocenie bliźnich, sposobu ich życia. Wspólnie bawili się w knajpkach, wspólnie zbudowali kościół, wspólnie stanęli do walki z plagą szczurów.

Pisarz jest współczulny wobec bohaterów swoich opowieści. Stara się ich rozumieć, polubić, choć wielu z nich to łobuzy i wykolejeńcy. Cwaniactwo jest ich podstawowym sposobem na życie.

W staranności opisu zdarzeń i ludzi, w nasyceniu tychże opisów alegorycznymi szczegółami, przebija pokusa stworzenia legendy lub nowego mitu. Mitu, którym karmić można później następne pokolenia. Pisarzowi częściowo to się udaje. Klimat przedstawionego świata ma niepowtarzalny smak. Pociąga. Mamy do czynienia z narracją balladową. Charakterom i losom ludzi z osady nadaje wymiar przypowieści, legendy i symbolu.

A jednak pisarz, choć indywidualizuje, bohaterów, to jednak ulega nauczycielskiej skłonności do syntezowania i definiowania. No cóż, ta profesja staje się drugą naturą.

Wiele stwierdzeń ma bowiem wymiar uogólnienia. Nie zajmuje się na przykład opisem czynności rybaka, lecz jego miejscem w świecie:

„Od pierwszego wyjścia w morze należał do przestrzeni, nieba i wody, był częścią tego świata, gdzie słońce, sól i wiatr, szczególnie wiatr jest wyznacznikiem rybackiego świata”.

No tak, ale czy rybak, ten konkretny rybak z Ustronia Morskiego, tak siebie w świecie postrzegał?

W poszczególnych opowieściach powtarzają się niczym mantra niektóre motywy, jak zaczynanie życia od nowa, próby zerwania z trudną przeszłością, bagaż przywiezionej z innych stron hierarchii wartości, zderzenie obyczajów i kultur, stosunek do ludności niemieckiej mieszkającej na tym obszarze do początków lat pięćdziesiątych XX wieku.

„Jest to książka o nowej ziemi, dotyczy albo nas, albo naszych rodziców. Jest to książka o wyganianych i wygnanych, o Polakach z kresów wschodnich i Niemcach z ziem zachodnich – tak przedstawił podczas promocji książkę Piotr Bednarski poeta i prozaik – Nie zapomną sowich rodzinnych ziem dopóki nie przeminie pokolenie, dopóki nie umrą wygnani. Mój syn nie ma wątpliwości – on jest stąd, ta ziemia jest jego ojczyzną, dla mnie to wygnanie, dla Niemców wygnaniem jest ziemia, na której żyją, ziemią ojczystą jest dla nich ziemia tu.  Książka Koźmińskiego jest historią o historii, zastanawianiem się nad ludzką cywilizacją.”

* * *

Gdy Jubilata poinformowałem, że chcę o nim napisać całość, to żachnął się:
- Tak pisze się tylko o Tadeuszu Różewiczu.
- Nie, panie Eugeniuszu, tak pisze się o każdym, kto osiągnął pułap. Pańska twórczość jest bowiem zwarta, pełna i świadoma siebie. Wysoko fruwa…
  

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora